sobota, 28 maja 2016

Niemcy znowu oszukują Europę

Jedni wieszczą śmierć narodu niemieckiego, inni wręcz jego całkowitą dominację w Europie. Na razie jest tak, że Berlin jawi się tak zwanym liberalnym demokracjom jako państwo niezwykle wprost demokratyczne, otwarte na inne kultury i nacje, migrantów, uchodźców, w tym oczywiście otwarte na islam. A jeśli dodamy do tego, w pełni uzasadniony, tytuł światowej potęgi gospodarczej, to Niemcy Angeli Merkel, mimo zdarzających się niemal codziennie podpaleń ośrodków dla imigrantów, święcą tryumf. Są tak silne i wpływowe jak w czasach Bismarcka, oczywiście przy uwzględnieniu wszystkich różnic historycznych.

Tymczasem, jest niestety tak, że Niemcy oszukują Europę, zresztą nie od dziś i nie od wczoraj. Otwarcie na imigrantów nie ma nic wspólnego z troską o matki z dziećmi uciekające przez wojną. To tylko i wyłącznie, na chłodno skalkulowany, interes ekonomiczny a nie humanitarny, który ma rozwiązać problem braku rąk do pracy i starzenia się społeczeństwa. Interes ten nie najlepiej wychodzi Berlinowi, bo, jak się okazuje, większość młodych mężczyzn, którzy przybyli nad Ren i Sprewę, są najczęściej analfabetami, do tego nie bardzo garną się do pracy, za to do wysokich zasiłków jak najbardziej. Do 2020 roku rząd federalny wyda na rozwiązanie problemu migracyjnego około 100 miliardów euro, to oficjalne dane. Stąd między innymi pomysł na odpowiednią segregację. "Lepszych" bierzemy do siebie, a "gorszych" odsyłamy przymusowo na przykład do Polski, gdzie mają być trzymani w obozach. Słowo "koncentracyjnych" byłoby nadużyciem, ale trzymanie ludzi w demokratycznym kraju pod przymusem, którzy nie chcą w nim przebywać ani jednej minuty, daje do myślenia i skłania do porównań. Twarde "nie" Polski w tej sprawie jest absolutnie konieczne. A słowa prezydenta Gaucka o naszym braku miłosierdzia, ponoć przyjaznego Polsce, potwierdzają jedynie, że duch niemiecki, ów słynny "Deutsche Geist" nie poległ w powojennym niemieckim dyskursie zainicjowanym przez J. Habermasa.


Podobnie ma się sprawa z euro. Nowa waluta miała ustabilizować gospodarki krajów UE i wzmocnić wspólny rynek. Tymczasem, dała ona olbrzymi zastrzyk gospodarczy, przede wszystkim Niemcom, które zarobiły tylko w pierwszej dekadzie po jej wprowadzeniu blisko bilion euro. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro miały wcześniej najsilniejszą w Europie walutę narodową. Brytyjczycy nie dali się skusić na ten "interes stulecia" i na pewno tego nie żałują. W ten sposób dochodzimy do Brexitu, który ma być strasznym trzęsieniem ziemi dla całej gospodarki światowej. Pytanie, czy także dla gospodarki niemieckiej. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE to przede wszystkim wzmocnienie pozycji Niemiec w Europie i, pomimo wszystko, także Wielkiej Brytanii, ale w wymiarze politycznym. Francja już została przez Berlin spauperyzowana, o innych krajach nawet nie ma sensu wspominać.


Polska jest i będzie zależna od gospodarki niemieckiej przez długie lata, niezależnie od tego, kto będzie rządził w Warszawie. Ale może być w miarę niezależna w sprawach geopolitycznych, co zresztą rząd i prezydent starają się robić. Tym niemniej, na jakiś zasadniczy zwrot w polityce europejskiej, która przywróciłaby równowagę pomiędzy największymi państwami jest już za późno. Niemcy wygrały wojnę o Europę, tym razem bez jednego wystrzału, z bazami amerykańskimi na swoim terenie i amerykańską bronią jądrową.   


Zasadniczy problem polega na tym, co Niemcy zrobią z tym swoim zwycięstwem, ze swoją odczuwalną na każdym kroku dominacją. To, że nie pytali się nikogo w sprawie uchodźców, było naturalne, bo niby dlaczego i kogo? Ewentualny Brexit to zwycięstwo umocni,  a Niemcy, wbrew powszechnemu larum i obawom, "połkną" trzy miliony imigrantów. Islamizacja Europy, jeśli do niej dojdzie na wielką skalę, to kwestia dwóch dekad, a nie najbliższych kilku lat, zresztą wcale nie wiadomo, jak ów "Deutsche Geist" się znowu zachowa, bo to, że on tkwi głęboko w Niemcach, że mają go w swoich genach, nie podlega chyba dyskusji. Ale są i tacy, którzy wierzą w to, że nasi sąsiedzi wyzbyli się swoich dawnych nacjonalistycznych genów i przepełnieni są, jak Francuzi czy Holendrzy, polityczną poprawnością i umiłowaniem liberalnej demokracji. Nawet jeśli uznamy, że Niemcy przeszli długą drogę od faszyzmu i nazizmu do demokracji, to jest jeszcze coś takiego jak duch pruski, który był przecież podstawą budowy bismarckowskiej potęgi.


Jedyny kraj, z którym Berlin dziś naprawdę się liczy to jest Rosja Putina. Dwustronne relacje, pomimo sankcji gospodarczych są znakomite, a te afronty Angeli Merkel wydają się być jedynie zasłoną dymną. Oczywiście, można dodać Chiny i USA, ale to nie jest ta sama skala. Polska w tym nowym europejskim rozdaniu, a jest ono więcej niż pewne i już ma miejsce, ma tylko dwa wyjścia: albo umiejętnie i pragmatycznie prowadzona polityka względnej niezależności od Niemiec i jeszcze skuteczniejsze zabiegi o ścisłą współpracę państw Europy Środkowej, krajów bałtyckich i nordyckich, albo kapitulacja a`la PO. Trzeciej drogi nie ma, chyba że Europę ogarnie konflikt zbrojny, więc wtedy takie dywagacje w ogóle nie mają sensu. Sojusz Berlina i Moskwy też nie będzie wieczny, ale ten podział, póki co, jest już faktem i USA nie mają tu wiele do powiedzenia, a może nawet nie chcą mieć. Z całym szacunkiem dla przywódców UE, ale oni z kolei nie mają w sprawach globalnych nic do powiedzenia, mogą jedynie zabrać głos, bo Unia Europejska, jako taka, formalnie jeszcze istnieje.


Określenie, że Niemcy oszukują Europę, nie jest żadnym nadużyciem, ponieważ zawsze tak robiły. Szykowały się do wojny i do panowania nad światem, a mówiły o pokoju i do tego ściśle współpracowały ze Stalinem od końca lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Trzeba zdawać sobie po prostu z tego sprawę, ale wcale nie oznacza to, że trzeba w jakikolwiek sposób na Niemcy się obrażać, podważać ich znaczenie. Co pewien czas, tak już jest, Niemcy potrzebują jakiegoś nowego paliwa do życia, a wtedy zaczyna się zamęt, a bywa że i wojna. Zamęt jest, wojny, którą miałyby wywołać Niemcy na razie nie będzie, ale dla Polski - wcale nie z powodu Trybunału czy Brexitu - nadchodzą trudne czasy. Tymczasem, co najmniej jedna trzecia Polaków żyje nadal w przekonaniu, że ciepła woda od Tuska została im dana raz na zawsze, a PiS chce to wszystko im zabrać. Architekci tej obłąkańczej wizji Polski i Europy są powszechnie znani, a TVN czuwa nad tą częścią Polaków dzień i noc.   

piątek, 27 maja 2016

Kto stracił kontakt z prawdziwą Europą?

Rzeczywiście jest tak, jak mówi prof. Roman Kuźniar red. Tomaszowi Lisowi, a mianowicie, że premier "Szydło ma słaby kontakt z rzeczywistością Europy, a prezes ma jeszcze gorszy". Tak się bowiem składa, że i Pan Profesor, i Pan Redaktor Lis (PRL), żyją nadal pełną piersią w Europie, której w zasadzie nigdy nie było: pięknej rodzinie miłujących się wzajemnie narodów, czułej i troskliwej dla wszelkich odmienności, pomagającej sobie na co dzień - w ropie, gazie i w kształtowaniu bezstronnej opinii Niemców o Polsce, dumnej, że tak naprawdę to tylko Polacy nie zhańbili się kolaboracją z Hitlerem w okupowanej Europie. Kuźniar i PRL, tak jak cały ten upadły establishment - z głupoty, wygody, egoizmu i cynizmu, przekonują nieustannie Polaków, że utopia jest rzeczywistością. Nord Stream I i II, niemieckie weto dla stałych baz NATO w Polsce, bezprecedensowa ingerencja Komisji Europejskiej w wewnętrzne sprawy naszego kraju - dla nich tych tematów nie ma, to albo troska, albo sprawy, na które nie mamy po prostu żadnego wpływu, bo jesteśmy - uwaga - zbyt krnąbrni, za mało europejscy, no i oczywiście zaściankowi, a teraz, do tego wszystkiego, mamy durną większość, która nie rozumie Europy. Oni mają lepszy kontakt z rzeczywistością europejską, niż słynna Conchita Wurst. Przyznajmy, że wyczuła na Festiwalu Eurowizji Europę jak mało kto.


To oczywiście proste i wręcz banalne, że obóz antyrządowy i jego dumne elity nadal promują utopijną wizję europejskiej rzeczywistości, bo oni czują się strażnikami rozkładu kulturowego naszego państwa, jego podmiotowości i niezależności. Chętnych do życia w tej idyllicznej Unii Europejskiej nie brakuje, a stopień skretynienia jest coraz większy. Beata Szydło i Jarosław Kaczyński z pewnością nie mają kontaktu z Europą PRL-a i jego kolegów, bo takiej Europy nie ma, więc jaki kontakt? To fikcja. To tylko propaganda, która przykrywa - niestety jeszcze dość skutecznie -  toczącą się walkę o przyszłość kontynentu i schyłek projektu UE. Z tamtej, zachodniej strony, też nie ma realnego kontaktu z Polską. Zastępuje go lewacki, albo pseudoliberalny bełkot w mediach. Pseudo, bo słowo "liberalny", jak wiele innych, zostało zawłaszczone przez lewaków i postmodernistów.


Mówiąc bardzo ogólnie, rząd PiS i prezydent Duda, chcąc nie chcąc, muszą zmierzyć  się z realną rzeczywistością europejską w imię podstawowych interesów Polski, co jednocześnie wcale nie oznacza podważania sensu naszego członkostwa w unijnych strukturach. Wiedzą też to, o czym zapewne wiedzą także prof. Kuźniar i PRL, że jesteśmy jednym z kluczowych państw, od których zależy przyszłość całego kontynentu. To wielkie "zainteresowanie", ta "życzliwość" Niemiec dla naszych "problemów" z demokracją nie jest więc przypadkowe. Polska jako silne państwo narodowe nie mieści się ani w strategii Niemiec, ani w utopijnych ideach lewaków. A już nie do przyjęcia jest katolickość, traktowana na Zachodzie tak jak coś wstydliwego, wstecznego, co blokuje jedynie postęp.


Jeśli rząd Prawa i Sprawiedliwości przetrwa tę niebywałą antypolską kampanię, jeśli rzeczywiście nie cofnie się ani o krok i do tego jeszcze zacznie umiejętnie odsłaniać zaślepionym (są tacy), do czego doprowadzi Polskę bycie w tak zwanym głównym nurcie, to mamy szansę, można powiedzieć nawet historyczną, na pełną samodzielność w środku Europy. Opcja III RP to wybór powolnej degradacji naszego państwa do roli ziemi niczyjej, na której możni tego świata będą realizowali swoje własne interesy, ale z pewnością nie nasze. Dlaczegóż to Niemcy miałyby wzmacniać słaby i podporządkowany sobie kraj, skoro właśnie taki stan jest im na rękę w relacjach z Rosją? Duży może więcej i ta zasada obowiązuje nadal w polityce. Płonie Francja na dwa tygodnie przed EURO 2016, kolejne starcia z migrantami, ale nikt w Brukseli nie uznaje tego za poważny kryzys demokracji. Rzecz w tym, że słowo "duży" odnosi się, choć nie w takim wymiarze jak do Francji, także do Polski. Możemy więcej znaczyć w Europie, ale tylko wtedy, gdy rząd i prezydent będą prowadzili realną politykę z Berlinem i Brukselą czy z Moskwą. W tym sensie jesteśmy nie lada problemem dla lewackiej Europy i dla Niemiec, ale z zupełnie innych powodów niż kruchy ponoć stan naszej demokracji. Liderzy ruchu uporu doskonale o tym wiedzą, więc niech się nie dziwią, kiedy ich działania nazywane są zdradą.      



środa, 25 maja 2016

Działania dywersyjne na wielu frontach

Naiwność to na pewno ostatnia cecha charakteru, jaką można byłoby przypisać Jarosławowi Kaczyńskiemu, dlatego można być pewnym, że nie nabierze się na żadne zagrywki Brukseli. Nikt rozsądny nie ma najmniejszych wątpliwości, że jedynym celem opozycji jest całkowity paraliż rządu i Sejmu przy pomocy Trybunału Konstytucyjnego tak długo, jak większość jego sędziów będzie pochodziła z nominacji PO. Kibicuje temu także brukselski mainstream. A ponieważ przeprowadzanie zamachu stanu na demokrację przez przegranych, w warunkach demokratycznych, nie jest wcale takie proste, jedynym sposobem na wywołanie powszechnego chaosu w państwie są działania o charakterze dywersyjnym w przestrzeni politycznej i medialnej. Na otwartą wojnę o władzę dziś opozycji jeszcze nie stać. To jest jakiś totalny absurd, kiedy ona zbiera się w Sejmie, żeby dyskutować na niby o rozwiązaniu sporu wokół TK, który to spór jest dla niej tlenem niezbędnym do życia. Dywersją polityczną, wymierzoną w PiS, zajmują się partie opozycyjne, media antyrządowe, a także Komisja Europejska. Kiedy Jarosław Kaczyński mówi więc "Gazecie Polskiej", że w sprawach obrony interesów Polski nie cofniemy się ani o krok, to tak będzie, niezależnie od tego, ile razy jeszcze Frans Timmermans będzie grał wobec Polski rolę "dobrego policjanta", a Grzegorz Schetyna tego złego. To co ich ogranicza w walce z polskim rządem, to jedynie bardzo duże poparcie społeczne dla PiS i widmo kilku realnych katastrof w Europie. 

Nowością są natomiast działania dywersyjne, jakie mają miejsce w obozie antyrządowym. Oto bowiem, kaowiec opozycji, Mateusz Kijowski, zapewne dzięki zabiegom najwybitniejszych autorytetów, spotyka się w Brukseli z Schulzem, Timmermansem i "naszym" Tuskiem.  Kwaśny Schetyna jest tym ciągiem spotkań zaskoczony, a przecież doskonale wie, że nie był i nigdy nie będzie dla warszawskiego liberalnego salonu swoim człowiekiem. Mimo to, wręcz komiczne jest to windowanie Kijowskiego, który nie ma predyspozycji  do bycia choćby i liderem takiej Rady Osiedla. Ryszard Petru jest z kolei wielkim, "megalitycznym" i  naturalnym liderem, ale kpin i memów. Nie ma nikogo, kto stanąłby na czele buntu "elit", tego wstrząśniętego biedą, wielkomiejskiego kapitalistycznego proletariatu, tych mas zgłodniałych i skrzywdzonych przez PiS. Wszyscy czekają na nowego Mesjasza, a najbardziej naiwni, tacy jak Ewa Kopacz i  Michał Kamiński, liczą na powrót Tuska. 


Nie jest niczym uzasadnione twierdzenie, że od wczoraj coś się zmieniło w relacjach rządu Beaty Szydło z Komisją Europejską, ani nie jest też prawdą, że opozycja poniosła jakąś porażkę, że jest w defensywie. Ma nadal pełne przyzwolenie europejskich biurokratów na rozwalenie rządu Prawa i Sprawiedliwości, a kto sądzi inaczej jest nie tylko naiwny. Mogą zwalniać tempo, czekać, stroić serdeczne miny, dzwonić i kłaniać się, i mówić jacy my ważni dla Europy, ale nigdy nie pogodzą się z rządami PiS-u w Polsce. I tak długo jak będzie można ten rząd "podgryzać" z każdej możliwej strony, i tak długo, jak będzie można poprzez sędziego Rzeplińskiego paraliżować system demokratyczny w Polsce, tak długo będzie trwał ten teatr pogróżek i uprzejmości, nagłych cofnięć i ponownych ataków. Platforma i Nowoczesna toczą z Jarosławem Kaczyńskim walkę na wyniszczenie. Każde potknięcie, każdy pretekst jest okazją do medialnego wrzasku, że w Polsce skończyła się demokracja. Stąd te niemal publiczne modlitwy o niższy rating. Posiłkują się przy tym takimi absurdami jak choćby tygodnik Lisa, który zbadał, czy Polacy chcą odwołania Antoniego Macierewicza ze stanowiska ministra obrony narodowej. I wyszło im, że większość chce tego. I oni to zrobili naprawdę, bo mają tak przetrącony w myśleniu elektorat, że ten w ciemno przyjmie wszystkie bzdety, jakimi się zajmą. Pomijając fakt, że Macierewicz jest bardzo sprawnym szefem MON, i to, że niewinny sondaż przeprowadzono przed szczytem NATO.

Żadnych złudzeń, że będzie kompromis, że przestaną namawiać na karanie Polski wszędzie gdzie tylko się da. Jak Polacy zapłacą za ewentualne obniżanie ratingów, jak wzrośnie obsługa zadłużenia zagranicznego, winny będzie PiS. Swoją drogą ciekawe jest to, że jutro ma dojść w Brukseli do spotkania  Mateusza Morawieckiego i Fransa Timmermansa. Prawo i Sprawiedliwość ma też swoje ograniczenia, i jeśli w ogóle ustąpi w czymkolwiek, to tylko ze względu na to, że z KE trzeba rozmawiać i negocjować w wielu innych sprawach, ważnych dla Polski. Być może i o tym będzie spotkanie Morawiecki - Timmermans, więc twierdzenie, że PiS się zamyka przed Europą, jest idiotyczne. To liberalna Bruksela chce najpierw odsunąć prawicę od władzy, a potem "przywrócić" stary porządek. I żaden kompromis w sprawie TK tego nie zmieni. Oni nie cierpią katolickiej Polski, nie mogą znieść tej naszej polskości, a do tego myślą i mówią o Polsce i Polakach tak, jak najwierniejsi czytelnicy "Wyborczej": nie śmieją się, nie myją, nienawidzą, żydożercy i katolicy do tego! Dlatego trzeba mieć w siedlisku "szatana" politycznej poprawności swoich emisariuszy i robić swoją dywersję - profesjonalnie i bez skrupułów. 

wtorek, 24 maja 2016

Kulisy brukselskich negocjacji, nasz głos

Jean - Claude Juncker, lekko spocony, z nieruchomymi oczami, zszedł do tajnego gabinetu AC 101 na III pietrze gmachu Komisji Europejskiej.Zbliżył rogówkę do czytnika i wszedł do środka. W specjalnej dźwiękochłonnej klatce czekał już na niego Donald Tusk - niepisany Prezydent Europy. 

- Bez kurtuazji i zbytnich wstępów Juncker, ja kocham Polskę, zatrzymaj to tsunami na mój kraj, bo nie ręczę za siebie - mówiąc to,Tusk wygrażał szefowi KE pięścią. Tamten poczuł się lekko wystraszony, ulizana grzywka spadła mu na czoło.Podszedł bliżej i pogładził ręką głowę Donalda.

- Ty jesteś nasz czy nie nasz? Odpowiedz Herrr Tusk!!! Nacjonalizmy zżerają Europę, zżerają moje ciało, każdego dnia budzę się spocony! 
-  Uspokój się Jean, za dużo pracujesz - odparł Tusk. - Znam dobrze Jarka Kaczyńskiego, znam Polaków, wiesz, ze nienawidzę PiS-u, ale jestem polskim patriotą, oddycham polskością nawet tu w Brukseli, więc zatrzymaj Timmermansa, bo drżę o moich druhów nad Wisłą! 

Dwa piętra niżej, w gabinecie C301 Elżbieta Bieńkowska, polska komisarz, przekonywała Fransa Timmermansa:
- No....Frans, nie bądź taki twardy, lubię to u Ciebie, ale tu chodzi o Polskę, a ja jestem jak widzisz Polką.....

Spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem, lekko zakłopotany.  - My nie mamy takiego trrrybunału jak Wy w Polsce, bo już przeszliśmy ten etap dziecięcej demokracji, w którym był on potrzebny.

-Rozumiem Frans, mów dalej...

-No więc, Wy jesteście na niższym poziomie, ale to jeszcze nie koniec świata! Rządzą Wami nacjonaliści,a na to! My! Niemcy! Nie pozwolimy! -Bieńkowska patrzyła na niego ze zdumieniem. 

- Ale Ty Frans jesteś przecież  Holendrem!
- I dlatego właśnie mówię! My! Niemcy! Na to nie pozwolimy! 
- Frans, ranisz moje gorące serce, opanuj emocje. I tak jesteśmy tak blisko celu... -powiedziała niemal szeptem, ale nadal nie wiedziała co zrobi Frans. 


Tymczasem, za drzwiami stał zniecierpliwiony europoseł Szejnfeld z dwoma telefonami komórkowymi gotowymi w każdej chwili do użycia. Martwił się jak nikt o grożące Polsce sankcje. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł czoło. Nadal nie było przekazu do Warszawy. Czuł się tak, jakby na swoich barkach dźwigał całą Polskę, a nawet całą Europę. Tak charakterystyczny dla niego serdeczny uśmiech, tu, w brukselskich korytarzach zamienił się w posępną minę. Czuł jednak jak przed jego oczami powiewa piękna biało - czerwona flaga. Otulił się w nią i czekał w napięciu na ostateczne rozstrzygnięcia.     

Przystanek Polska

"Rozbrojenie" rządów Prawa i Sprawiedliwości to marzenie wszystkich europejskich lewaków i liberałów, socjalistów, a nawet chadeków, którzy chyba już tylko z nazwy są chadekami. Jak wielkie jest to marzenie opozycji parlamentarnej w Polsce, tego nawet nie ogarnia Ryszard Petru, który z reguły wszystko ogarnia, poza samym sobą i tym co mówi. Ostatnie dni są tego dowodem  niepodważalnym, choć cała gra toczy się już od pół roku. Na użytek chyba niezbyt rozgarniętych wyborców Platformy i Nowoczesnej sprzedawany jest codziennie zestaw antypisowski: zamach, faszyzm, ruina wizerunku, sankcje, rating, wstyd. "Niezbyt rozgarniętych" nie jest określeniem obraźliwym, są bardziej dosadne, ale wiadomo - trzeba przyciągać, a nie odpychać lud od siebie. Jeśli bowiem taki przysłowiowy wyborca PO - a jest takich jak mrówków - chwali czyn posłanki Pomaski jako szlachetny i odważny, albo oburza się wręcz, jakim prawem PiS sprzeciwia się w czymkolwiek Komisji Europejskiej, to świadczy to co najmniej o dwóch rzeczach: po pierwsze, jest co najmniej mało rozgarnięty, a po drugie, co jest konsekwencją pierwszego, ładowanie kitu do jego głowy jest dużo prostsze od ładowania telefonu komórkowego. Wyborcę Petru wystarczy podłączyć co drugi dzień do "Faktów" TVN o 19.00. i po 15 minutach jest ideologicznie wyprostowany jak drąg. 


Jedni twierdzą, że na Polskę patrzy dziś cała Europa, a trwoga niesłychana ogarnia naszych przyjaciół w Brukseli, drudzy uważają, że to co tak naprawdę martwi J.C. Junckera to imigranci i Brexit, a nie problemy polskiego Trybunału. I jedni i drudzy trochę się mylą. Przystanek Polska jest niezwykle ważny i dla Berlina, i dla Brukseli, i dla Moskwy, ale bynajmniej nie z powodu obrony sędziego Rzeplińskiego przed pisowską tyranią. Od upadku Związku Sowieckiego i komunizmu w Europie Środkowej, wszyscy możni tego świata byli zainteresowani tym, jak wciągnąć Polskę w swoje tryby, a nie tym, by w centrum kontynentu powstało nowe, silne i samodzielne państwo, z ambicjami do bycia współgospodarzem demokratycznej Europy. Przez ćwierć wieku, czy nam się to podoba czy nie, byliśmy pod bardzo silnym wpływem polityki niemieckiej, której symbolem jest Donald Tusk, a po wrześniu 2009 roku, swoje wpływy w Polsce umocnił także Putin, który wcześniej mógł liczyć tylko na agenturę wpływu i dawne służby. Molo zrobiło swoje...


Prawo i Sprawiedliwość, po październikowych wyborach, nie przystąpiło do rewolucji, w polityce zagranicznej nie było tak spektakularnych działań jak historyczna wizyta Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji. PiS skupił się na uporządkowaniu wewnętrznych spraw państwa, jego umocnieniu. Innymi słowy, zajął się na poważnie Przystankiem Polska, co zresztą jasno zapowiedział w kampanii wyborczej. PO przygotowała jednak już dużo wcześniej totalną blokadę dla tych działań, tworząc z Trybunału Konstytucyjnego ostatni bastion III RP. Sędziowie TK, z jego prezesem, z oczywistych powodów na to przystali. W ślad za tym uruchomiono KOD i wszystkich pisożerców na całej kuli ziemskiej. I oczywiście niesłychaną, czarną propagandę, która odgrywa w walce z Jarosławem Kaczyńskim olbrzymią rolę:  "trzyma za mordę" elektorat PO i N w ryzach. 


O ile Niemcy i Bruksela grają o podporządkowanie Polski strategicznym interesom tak zwanej starej Europy i nie chcą dopuścić do tego, żeby Polska była ważnym graczem na kontynencie, a Moskwa nie chce pogodzić się z utratą swojej "bliskiej zagranicy", o tyle Platformie i Nowoczesnej chodzi tylko i wyłącznie o zdobycie władzy, Pozycja Polski w Europie nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, a namacalnym dowodem, jednym z wielu jest choćby aplauz liderów opozycji po ultimatum Brukseli, które było, a potem go nie było, choć oczywiście było. PO wystarczy status lokaja, liczy się tylko frukty władzy. Niewykluczone, że wskutek twardej postawy premier Beaty Szydło, a także dzięki wytrawnym zdolnościom negocjacyjnym wiceministra Konrada Szymańskiego, Timmermans i jego drużyna, na jakiś czas odpuszczą Polsce, co nie znaczy, że teraz będzie rządowi PiS lekko.Każdy kompromis w rozmowach z Brukselą zostanie uznany w antyrządowych mediach za kapitulację, wyszło na nasze i takie tam inne różne bzdury.


Przystanek Polska jest ważny dla wszystkich możnych tego świata, i póki co, nic się nie zmieniło w tej sprawie od blisko 300 lat. Prawdę mówiąc, nie ma się z czego cieszyć. Polityka zagraniczna Polski należy do najtrudniejszych w Europie, od setek lat, przede wszystkim z racji naszego położenia. Jeśli dziś pęknie w końcu napięcie wokół TK za sprawą dialogu Szydło - Timmermans, albo przynajmniej, bitwa z Kaczyńskim zostanie odłożona na jesień tego roku, to karta TK już nie działa, a innej, tak mocnej,  ani opozycja, ani Komisja Europejska, ani nawet Berlin nie mają. Dziś więcej mocnych kart w ręku ma Prawo i Sprawiedliwość, a jedną - trudną do podważenia przez kogokolwiek - to duże poparcie społeczne. PiS, wbrew bałwanom u progu lata, nie idzie na wojnę, PiS zatrzymał się na Przystanku Polska i nie zamierza się z niego ruszyć, bo zawsze z tej perspektywy patrzył na nasze polskie sprawy. To niesłychane, ale innym wydaje się to dziwne albo wręcz szkodliwe, tu, w Polsce, nie w Brukseli. Tam, zaczynają rozumieć, że PiS nie ruszy się z tego przystanku.

sobota, 21 maja 2016

PASAŻER RP: Cichy "przewrót" Prawa i Sprawiedliwości

PASAŻER RP: Cichy "przewrót" Prawa i Sprawiedliwości: Doprawdy, potrzeba choć odrobiny czasu, tak co najmniej 24h, żeby nie ulec złudzeniom co do sejmowego tsunami, które, wbrew pozorom, nie b...

Cichy "przewrót" Prawa i Sprawiedliwości

Doprawdy, potrzeba choć odrobiny czasu, tak co najmniej 24h, żeby nie ulec złudzeniom co do sejmowego tsunami, które, wbrew pozorom, nie było tylko kolejną zwykłą awanturą. Można powiedzieć, że to był dramat, koszmar i "pomaska"- jako nowy synonim obciachu, poruty i katastrofy umysłowej. Konsekwencje mocnego wystąpienia premier Szydło, i tego co stało się potem, będą o wiele poważniejsze niż tylko publikacja ewentualnej i negatywnej opinii Komisji Europejskiej o stanie praworządności w Polsce. Platforma Obywatelska doszła w piątek do ściany, właściwie nie ma już dla niej jakiejś nowej przestrzeni do sporu, została wywrócona, stąd może aż tak irracjonalne i gwałtowne zachowania jej liderów. Mówiąc najprościej, ani Schetyna, ani Neumann nie mają już "czym" werbalizować swojej totalnej opozycji, dlatego zdradzając interesy Polski, sami mówią o zdradzie PiS, bo nie mają już żadnych środków wyrazu. Zupełnie zagubiona w tej nowej sytuacji jest Nowoczesna. Nie ma tyle zaciekłości co Pomaska, ale też nie ma własnego "ja" w sporze o Trybunał. Schetyna wypuścił z siebie takie opary absurdu, że nawet Ryszard Petru nie mógł już nic dorzucić od siebie, czegoś jeszcze bardziej absurdalnego, choć jego możliwości pod tym względem wydają się być nieograniczone.


Platforma Obywatelska nie jest już żadną nadzieją dla jej wyborców, jest tylko politycznym punktem odniesienia, określającym ich nienawiść do Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei Ryszard Petru, jakimś cudem, w ostatnim badaniu CBOS-u cieszy się zaufaniem 33% respondentów - nie wiemy, nie ogarniamy tego, najwyraźniej głupota i niewiedza są w cenie. Tym niemniej, Nowoczesna po wczorajszej debacie, też nie ma czego się chwycić, licytować się z PO nie jest już w stanie, tak więc można podsumować, że wytoczenie "ciężkich dział" przez Beatę Szydło odniosło konkretny skutek. PO została niemal zepchnięta ze sceny politycznej, nie ma nic, żadnej narracji, może tylko powielać te same słowa, które i tak już wszyscy znamy. Nowoczesna jest natomiast całkowicie zagubiona, nie chce bowiem, jak można przypuszczać, być posądzana o sojusz z Brukselą przeciwko Polsce, a jednocześnie chciałaby tak jak PO, obalić rządy Prawa i Sprawiedliwości. Tylko jak tu zrobić przewrót i czego tego oczekują wyborcy Petru? Poza hasłem "Nienawidzimy PiS-u tak  jak Wy", Schetyna i Petru nie mają nic ciekawego do powiedzenia swoim wyborcom.

Stało się tak z bardzo prostego powodu. Prawo i Sprawiedliwość realizuje na co dzień program, który ogłosiło podczas kampanii wyborczej. Nie ma w tych działaniach jakiegoś wybitnego etatyzmu, nie ma w nim zagrożenia dla wolności gospodarczej, z 500+, być może nawet z pewnym zażenowaniem, skorzystają także wyborcy antypisowcy. Osią sporu jest tylko i wyłącznie sprawa Trybunału Konstytucyjnego, gdyby wyjąć ją z naszej rzeczywistości, opozycja nie miałaby przeciwko rządowi dosłownie nic, a w każdym razie nic poważnego. To jest schyłek PO, to jest także hamowanie Nowoczesnej, ponieważ ich wyborcy, zajadle atakujący Szydło, Dudę i Kaczyńskiego w końcu zaczną się pytać co dalej, jak to będzie z tym rychłym obaleniem PiS-u? W najbliższych tygodniach i miesiącach, jeśli nie zdarzy się nic wyjątkowego, nastąpi demobilizacja elektoratu PO, aczkolwiek nie będzie to jakiś radykalny odwrót. Obóz III RP, czy tego chce czy nie chce, przechodzi powoli do historii i niewiele pomoże już codzienne podgrzewanie nastrojów przez antyrządowe media. 

Ani PO, ani Nowoczesna, nie mają nowego koła zamachowego, dzięki któremu mogliby zniszczyć Prawo i Sprawiedliwość. Taki zamach stanu, jaki miał miejsce w czerwcu 1992 roku, nie jest dziś możliwy. Bruksela musiałaby złamać wszystkie możliwe traktaty, gdyby chciała nałożyć na Polskę jakiekolwiek sankcje finansowe. Może jednak, na różne sposoby, blokować przepływ środków z unijnej kasy przeznaczonych na rozwój Polski, to jednak nie jest wystarczające, by wszystkim obrzydzić PiS. To, co wyprawia opozycja przypomina trochę radosne podskakiwanie Romana Giertycha, ale jak długo można tak bez sensu podskakiwać?

Zbudowano olbrzymim wysiłkiem wielką niechęć do Jarosława Kaczyńskiego i jego obozu, bazując tylko i wyłącznie na emocjach i stereotypach oraz na kłamstwie. Minie co najmniej jedno pokolenie, zanim ta absurdalna nienawiść do polskiej prawicy minie. Już dziś tej narracji nie kupuje młode pokolenie, stracone całkowicie dla  "Gazety Wyborczej". Zauważmy, że nie ma ograniczenia wolnego rynku, za chwilę własność wieczysta zostanie zamieniona na własność hipoteczną, małe firmy będą płacić mniejsze podatki (15%), dzięki transportom gazu skroplonego do Świnoujścia, wzrośnie bezpieczeństwo energetyczne Polski. Na to także patrzą zagraniczni inwestorzy, a nie tylko na spór wokół TK, którego w Polsce nie rozumieją do końca nawet sami prawnicy, z których ci najbardziej zdystansowani do sporu mówią, że powstała "pętla logiczna". Suma korzyści z robienia z interesów z Polską wydaje się dziś dużo większa niż ewentualna korzyść z ataku spekulacyjnego i "rejtingowego" na Polskę, po to, żeby tylko zmusić PiS do kapitulacji. PO i N nie mają już czym oczarować swoich wyborców, dlatego, albo dokonają jakiegoś wyraźnego zwrotu programowego, albo będą dryfować w nieznanym dziś bliżej kierunku. Oczywiście jest KOD, to ogólne "oddolne" poruszenie, że coś trzeba zrobić z tym naszym "europejskim" obozem, z tą nie naszą demokracją. Do wzięcia jest jakieś 5-6 milionów wyborców, więc chętnych nie brakuje i nie zabraknie.


Prawo i Sprawiedliwość wcale nie ma komfortowej sytuacji. Będzie jeszcze długo atakowane za to tylko, że w ogóle jest - i z Polski i z Brukseli, i z Berlina. Także po zakończeniu sporu o Trybunał Konstytucyjny. Ale może sporo zrobić dla uzdrowienia praktycznie wszystkich instytucji państwa, dla wyrównania szans Polaków na lepsze życie. Spokoju nie będzie, ale nie będzie też zamachu   stanu na demokratycznie wybrany rząd. Jakkolwiek oceniamy użycie przez PiS słowa "suwerenność"  do rozprawy politycznej z opozycją, nie tylko wyborcy prawicy są na tym punkcie czuli. A radość opozycji z zapowiadanych sankcji jest widoczna gołym okiem, dodajmy, nie tylko okiem pisowca. Jarosław Kaczyński z pewnością o tym wie, ale warto przypomnieć całemu obozowi rządowemu cenną radę prof. Marka Chodakiewicza, że najbardziej bezwzględnym należy być wobec samego siebie. Jeśli PiS przetrwa tę niesłychaną agresję, opozycję czeka już tylko Konwent Adama Michnika.