czwartek, 31 stycznia 2013

Terlikowski na ratunek III RP

Można ten rząd już spuścić, spłukać medialnie bez najmniejszego problemu. Ktoś musiałby tylko nacisnąć guzik, albo pociągnąć za symboliczny sznurek. To jest pod pewnym względem fenomenalna ekipa: walą się mury, a oni siedzą w fotelach, palą cygara i snują rozważania o przyszłości. Kiedy ktoś podchodzi z boku z karteczką, że tu się sypie, tam coś zabierają, ludzie premiera mówią: - Spokojnie! Teraz zajmujemy się związkami partnerskimi. Trudno w to w ogóle uwierzyć, jakim cudem udało się znowu poruszyć temat Anny Grodzkiej. Abstrahując już, od mało ciekawej męskiej przeszłości posłanki, jakie to ma w ogóle znaczenie, kto tam w tym Sejmie będzie wicemarszałkiem z Ruchu Palikota? Jakie? I telewizje, i blogsfera podjęły dumnie ten temat, trwa spór, podsycana jest atmosfera sporu ideologicznego, a jego wcale nie ma. Większości ludzi w Polsce jest dokładnie obojętne, kto będzie mówił: za głosowało 231 posłów..... Redaktor Tomasz Terlikowski boleje nad tym, że genetyczny mężczyzna zostanie już jako kobieta będzie pełnić tak wysoką funkcję w państwie, że to będzie cyrk, że autorytet Sejmu ucierpi. Terlikowski jest jednym z wielu nieszczęśliwych dzieci III RP.  Ma szlachetne serce, ale jest wyjątkowo naiwny, sądząc, że ten Sejm ma jakiś autorytet, a to państwo, poza policją i szpiclami, jeszcze istnieje. On wierzy w tę Polskę, jak wielu innych prawicowych publicystów, wierzy w to, że da się tu żyć.

No i niech nawet Platforma zagłosuje przeciwko Grodzkiej. No i K. Będkowski, a teraz już A. Grodzka nie zostanie wicemarszałkiem. Będzie inaczej? III RP się naprawi, PO okaże się rozważna i romantyczna?  Te publicystyczne modły o naprawę III RP stają się coraz bardziej irytujące, bo tu przecież gołym okiem widać, że nie ma co naprawiać. Trudno zrozumieć, dlaczego II Komuna stanowi nadal takie wielkie dobro dla niektórych publicystów, że chcą ją ratować. Dzieje się to w momencie, gdy nawet, jak najbardziej, lewicowy amerykański dziennik „The New York Times”, pisze o rosnącej w Europie Środkowej i Wschodniej fali antykomunizmu. Dostrzega, że mieszkańcy dawnego bloku komunistycznego chcą znać prawdę o swojej historii, a jak o historii, to i o ludziach dawnego systemu. Można pójść zresztą znacznie dalej w rozważaniach, niż czyni to amerykański dziennik. Lewacki model społeczeństwa, z taką determinacją budowany przez dekady na Zachodzie, a u nas, od narodzin III RP, wcale nie święci tryumfów.

Ludzie w całej Europie odwracają się gremialnie od postmoderny i lewicowych proroków. Jaką niby siłę rażenia ma dziś Czerska albo Krytyka Polityczna? Kto słucha dziś Adama Michnika? Chyba właśnie tylko prawicowi publicyści i gwardziści z TVN –u. No i garstka nawiedzonych widzów dzwoniących do „Szkła kontaktowego”. Zróbcie rewolucję w Polsce, pozamykajcie złodziei, a przekonacie się, jak duża część młodych i wykształconych poprze  taki ruch modernizacji Polski. Niechęć do Tuska dotarła już do sytych. A wśród nich, nie wszyscy są tak zwanymi lemingami i ślepymi wielbicielami PO. Donald Tusk wisi na nitce, ale na nitce wiszą, być może poza Niemcami, rządy niemal wszystkich krajów Unii Europejskiej. Mówiąc najkrócej: Rok 1984  Orwella dobiega końca. Lewacki eksperyment w Europie się nie udał. Nadchodzi czas moralnej kontrrewolucji, powrotu do tradycyjnych wartości, do przestrzegania zasad, hasło „róbta co chceta” idzie do lamusa. A to jest przecież motto III RP.  Z uporem maniaka będę powtarzał, wracajmy do Polski, nie ratujmy III RP.  

środa, 30 stycznia 2013

"Kręcenie dróg" za 16 miliardów złotych

Eeeeeeeee.....taaaammm......!!! - powiedzą znawcy tematu tacy, jak Halicki, Olszewski (PO, PO), Lis, i inni. Przecież tygrys nie może być zły, tygrys skacze i kocha Puchatka. Komisja Europejska podaje, że nie chodzi już o zamrożenie 3,5 miliarda złotych na budowę polskich dróg, tylko o cztery miliardy euro, czyli szesnaście miliardów złotych. Nie jest to jeszcze zabranie, tylko zamrożenie kasy na autostrady. Rano na FB napisałem, że to początek autostradowej Amber Gold. 16 zamrożonych miliardów złotych to jest już jakaś porządna kwota, która zatrzęsie porządnie rynkiem budowlanym w Polsce i całą gospodarką. Niejaki kolega redaktor Morozowski zauważył (jakże przytomnie), że takie wstrzymywanie, zamrożenie, to w Europie standard, ale nie pokusił się o to, by podać podobne przykłady z ostatnich lat. Szukajcie więc. Jeśli jakaś firma budowlana nie padła przed EURO 2012 to padnie teraz. Za tą zmową, czyli po prostu niewątpliwie gigantyczną aferą korupcyjną kryje się mnóstwo pieniędzy, które trafiły do prywatnych kieszeni, bo inaczej kilkanaście firm, koncernów nie dogadałoby się i nie byłoby zmowy. Piękna minister Elżbieta Bieńkowska, ta, która kłamała jak najęta jesienią 2011 roku, że na EURO będzie gotowych 95% dróg, mówiła dziś, że nasze procedury są bez zarzutu. Najfajniejszy był w „Faktach” jakiś długowłosy rockman, który zapewniał z kolei, że to jest w ogóle nic – ta blokada środków – że wszystko idzie pełną parą, że wykonawcom będą wypłacane pieniądze na bieżąco, albo nawet przed czasem. Dzięki odpowiedniej funkcji w mojej kablówce, cofnąłem „Fakty” i okazało się, że „rockman” to Magdalena Jaworska – wicedyrektor GDDKiA. Kto przeczytał tę wizytówkę podczas emisji materiału, ma niezły refleks. Jeśli „ona” była kobietą, to ja już nic nie rozumiem i niech oni już uchwalą związki partnerskie i wszelkie inne związki, jak komu się chce i z kim się chce. Gość od napisów w reżyserce „Faktów” ma poczucie humoru. Tak czy inaczej, lider jakiejś „kapeli” powiedział tym wszystkim przedsiębiorcom, że kasę dostaną, nawet przed czasem, nie ma problemu! I co? Nie wierzycie? Może Kazimierz Marcinkiewicz - co stracił ostatnio pracę i zna ludzi od dróg - założy naprawdę jakąś kapelę autostradową z tym gościem z "Faktów", na przykład o nazwie „Zmowa”. Kupię ich debiutancką płytę i przyjedziemy na koncert „Zmowy” trochę „powalcować” ich razem z chłopakami od budowy, a nie od "kręcenia"  dróg. To będzie teraz modne określenie "kręcenie dróg", zamiast "kręcenia lodów".

wtorek, 29 stycznia 2013

Gramy w balona


Znowu dzisiaj grałem z moją siedmioletnią córką balonem. To było naprawdę ekscytujące wydarzenie - pełne śmiechu, zwrotów akcji, wpadek, tryumfów, potknięć, zaskakujących zagrań, i w związku z tym, naszło mnie po przegranym meczu takie nieodparte wrażenie, że my, tak na co dzień, gramy takim balonem w balona. Przerzucamy go z rąk do rąk, byle nie spadł na ziemię, byle nie zobaczyć, jak jest naprawdę. Oszukujemy się, że gramy o jakiś wynik, a wyniku żadnego nie ma, bo i sama gra jest trefna, mało znacząca. Może ciekawa, gdy ja gram z córką, ale w polityce? Balon fruwa, ludzie się przyglądają, cieszą się, gdy ktoś wyrżnie w pogoni za nim o krzesło, kibicują swoim, żeby go złapali, ale najważniejsze jest to, żeby nie dotknął ziemi. Wiadomo, strata punktu, chwila ciszy, refleksja: po co my w to gramy. Był na rynku jeden tygodnik opozycji, który miał z „ogonami” jakieś ćwierć miliona czytelników. Może nie walczył z systemem III RP, ale mierzył się z jej egzekutywą. W sposób do dziś niejasny, został wykopany z podium i dziś mamy aż trzy tygodniki opozycyjne, nasze, nie nasze, cholera wie czyje. 

Piński jest zły, Lisicki to już nie ten Lisicki, albo właśnie zawsze ten, a Karnowscy wiadomo, dołki pod Lisickim kopią od dawna. Do tego zniknął „Nowy Ekran” i od razu można sobie poczytać, jak tam mieszało towarzystwo z WSI. A ja nie mam żadnych gwarancji, że gdzie indziej nie miesza inne towarzystwo, może też z WSI, albo inne, przewerbowane po 1989 roku do nowych służb. Czytałem wpisy w NE i dawne „Uważam Rze”. Kupiłem pierwszy numer „Do rzeczy” i to jest coś zupełnie innego, niż tamten, dobrze redagowany „Tygodnik Lisickiego”. No cóż, mamy pluralizm. Może powstanie w końcu jakiś antysystemowy tygodnik, który zaproponuje czytelnikom ideę wyjścia z III RP, a nie jej ciągłego naprawiania, modernizowania i odnawiania. Byłoby miło pisać do niego. Ale takiej gazety nie ma. Gramy więc dalej w balona. W papierowej  prasie prawicowych polemik tak bardzo nie widać, ale w blogsferze aż huczy. Kto kogo wygryzł, kto marnie pisze, kto się pod kogo podszywa, a ja w pociągu rozmawiam z wykształconym facetem, który nawet nie zauważył, że tam przyszedł jakiś Piński i jest inna redakcja. Jego to nie obchodzi. Ma dość Tuska, a tam piszą co tydzień, że też mają go dość i piszą nawet, co zrobić, żeby on już sobie poszedł w jakąś niepolską normalność. Kto jest bardziej normalny w tym wszystkim? Ten facet czy naparzający się publicyści chcący zawładnąć zbiorową świadomością i „naszymi”?

Kto to są ci nasi? Ci, co chcą się dorwać do władzy i zabrać Tuskowi to, co on nam zabrał, czy ci, co chcą zmienić Polskę, wyrwać ją z korzeniami z kilkudziesięciu lat trwania w komunie, w oparach systemu i ludzi, którzy niewiele mają wspólnego z polskością, w ogóle z jej zrozumieniem. Przyszli razem z sowieckimi bagnetami, z Różą w głowie i nie chcą wyjść  naszej Polski. A przed wojną ich prawie nie było, taki tylko, co najwyżej, polityczny plankton. Za to my gramy dalej w balona. Prawica też gra, też go odbija, udając, że walka trwa, toczy się na wielu poziomach, zdobywamy przyczółki, będzie lepiej, będzie inaczej. Z boku, jednak, widać bardzo dobrze, że towarzysze starzy i młodzi, konfidenci i agenci służb różnych rechoczą na widok tego balonowego meczu, który toczymy, Nam się wydaje, że to mecz z nimi, a my bardziej gramy ze sobą.

Dzieje się tak, ponieważ część opozycji, także uznanych publicystów trzyma się wbrew deklaracjom, układu III RP, choć mówi, że z nim walczy. Trzyma się też, co nie jest tajemnicą, układów biznesowych, bo dom, bo kredyt, bo auto. Dobrze to słychać w Warszawie, kiedy rozmawia się z ludźmi z tak zwanego środowiska dziennikarskiego, Padają kwoty i nazwiska. W stanie wojennym nie kalkulowano, tylko zapieprz..... To taka jedna, zasadnicza różnica w postawach. Tamtych ludzi nie ma dziś w pierwszym, ani nawet w drugim obiegu. Żyją w biedzie, albo na jakichś swoich polskich, pojedynczych archipelagach.         
Oni jednak nie grają w balona. Oni w ogóle nie myśleli, dokonując swoich politycznych wyborów, czy będą mieli na chleb. O nich się dziś nie mówi. A to oni drukowali bibułę, w oparach farb, w ukryciu. Zamiast grać w balona, Panowie, zacznijcie grać o Polskę, bez kalkulacji i bez honorarium.     

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wielki dysonans III RP


Pamiętacie premiera Tuska, jak w 2011 roku zapowiadał w Wilnie, że zadba o Polaków mieszkających na Litwie, że sprawa ustawy oświatowej dyskryminującej polską młodzież zostanie wyjaśniona? - „Jesteście od lat, od dziesiątek lat, a można nawet powiedzieć od setek lat, największym darem dla polskości, będąc wiernymi polskiemu językowi, polskiej tradycji, polskim obyczajom, niezależnie od tego, jakie burze nad waszymi domami, waszymi głowami się przetaczały”-  tak pięknie wtedy mówił premier. I tak jest ze wszystkim u Donalda Tuska. W zasadzie mógłby swobodnie powiedzieć, że bierze pełną odpowiedzialność za to, że asteroid pędzący podobno do Ziemi na pewno nie uderzy około 15 lutego br. w nasz „sfrustrowany” glob. Biorąc pod uwagę wiarygodność premiera z PO, dopiero zasiałby totalny chaos na całym świecie.

Oczami wyobraźni można zobaczyć te paniczne wystąpienia Baracka Obamy i Angeli Merkel. Byłby to jednak, z drugiej strony, jakiś fajny sposób Tuska na to, by w końcu zaznaczyć swój realny wpływ na losy Europy i świata. Opustoszały Nowy Jork, bo przecież wiadomo, że wszystko co leci w naszym kierunku, na pewno uderzy najpierw w NYC. Inaczej nie byłoby połowy filmów katastroficznych. To tylko podpowiedź dla premiera, żeby mu pomóc. Powracając do Litwy, to właśnie będą - w rejonie solecznickim - zdejmować napisy z nazwami ulic w języku polskim, zgodnie z wyrokiem litewskiego sądu. To taki symboliczny wręcz przejaw naszych świetnych notowań i wpływów  w Europie. Nie chodzi bynajmniej o to, że  mała Litwa gra Polsce na nosie już  od kilku lat, tylko o to, że w ogóle dochodzi do takiej sytuacji. Byłoby to nie do pomyślenia, gdybyśmy w tej Europie cokolwiek znaczyli, gdybyśmy prowadzili poważną politykę.

I tu jest ten wielki dysonans III RP. Z jednej strony, ta wręcz niebywała buta wobec  rodaków, ten pokaz siły czy chamstwo takich ludzi jak Halicki, który grzebie w tragedii rodzinnej Marty Kaczyńskiej, jak carski oficer bagnetem w poszukiwaniu ukrywających się powstańców (właściwie to nie ma nawet odpowiednich słów i porównań dla tego typa), a z drugiej ta niemoc. Niemoc w Unii Europejskiej, w relacjach dwustronnych i wielostronnych, a za oceanem jeszcze coś więcej, po prostu dyplomatyczny niebyt. Nikt nas o nic nie pyta, a jak pyta to tylko dla jaj. – Pytałaś się Tuska? – zastanawia się prezydent Francji. –Tak, pytałam o godzinę – odpowiada Merkel. Takie są te nasze relacje z Unią. – Przywiozłeś kasę dla Grecji? – pytają i klepią jak głupków, i pozdrawiają, że jesteśmy tacy solidarni. Polska dziś, przepraszam za brzydkie porównanie, może sobie dłubać w nosie i słuchać co mówią inni. 

Doprawdy, już łatwiej mówić o jakimś sukcesie w budowie dróg donikąd, bo choć donikąd to jednak gdzieś prowadzą, niż o sukcesach polskiej dyplomacji. Jeśli na chłodno przyjrzymy się temu, co wyprawia MSZ pod wodzą Sikorskiego  wobec białoruskich opozycjonistów, to przecież jest to sabotaż, zdrada naszych strategicznych interesów w Europie i działanie na szkodę Białorusinów oraz tamtejszej Polonii. Za to w Polsce, władza się puszy codziennie, grzmi, poucza, kpi, naigrywa się z nas, tępi opozycję, demonstruje siłę, wsadza za nic, a winnych nie wsadza, wywyższa debili i tępi patriotów. To są fakty i to są fakty niepodważalne. A skoro to są fakty niepodważalne, to jak mamy nazwać rządy III RP, jak nazwać jej elity, które powstańców styczniowych nazywają terrorystami? No bo przecież Czerska to elita elit tej III RP. Jak to pogodzić psychologicznie i jakie wnioski wyciągnąć z tego? Kim oni są? U siebie – bezczelni, aroganccy i wręcz chamscy, a tam, w Brukseli, w Berlinie, kulający się po dywanach możnych, wystawiający tylko pokornie swoje główki do pogłaskania przez Merkel. Tak zachowują się tylko ludzie zakompleksieni, bez honoru, bez zasad, w gruncie rzeczy słabi, bez pomysłu na Polskę, bez pomysłu nawet na siebie samych. Bezosobowi, bez charyzmy, bez kręgosłupa. Zmutowani komuniści i zmutowani opozycjoniści, cwaniacy i gangsterzy, sprzedajni dziennikarze i głupkowaci celebryci. Jednym słowem, elita do koryta.   

niedziela, 27 stycznia 2013

Szczytowanie układu III RP

Trzydziestoletni, niespełna, urzędnik przyjmuje mnie w gabinecie. Uważa sam siebie za osobę decyzyjną, a więc taką, co wiele może. Wiele może w zakresie wyznaczonym mu przez dyktat ustanowiony wiele lat temu. Za oknem piękny renesansowy rynek, a w gabinecie  dobrze zachowane pozostałości XVI- wiecznych fresków. Europa pełną gębą. Młody funkcjonariusz jest z wyglądu trochę taki, jak czekiści, tyle, że zamiast czerwonej gwiazdy ma wybitą na czole nijakość. No i ubrany jest w markowy garnitur. Trafiamy z moim gościem zza oceanu w sprawie ważnego projektu medialnego. Gość przeleciał ocean, poświęca swój cenny czas dla projektu, który ma pokazać, że Polska to nie są promowane przez Obamę „polskie obozy zagłady”. Patrzę i zastanawiam się, jakim cudem III RP wyhodowała takie – przepraszam za słowo – bakterie. Na początek standard: facet nie wie, o czym ma z nami rozmawiać! Ktoś mu nie przekazał, nie dotarły kwity. O czym ma być to cholerne spotkanie? - czytamy z jego twarzy. No cóż, bywa i tak, ale łaskawca posłucha, z czym przychodzimy. Mija góra dziesięć minut i zaczyna się „dramat”. Jacyś wścibscy dziennikarze doczepili się do raportu na temat miejskiej władzy.


Gospodarz, zupełnie na luzie, bez stresu, mówi nam, żebyśmy dalej mówili, o co nam chodzi, a on będzie czytał ten raport, gadał z podwładnymi przez telefon, no i oczywiście wysłucha gościa zza oceanu. To się działo naprawdę, to nie był żart. Po około dwudziestu minutach stwierdziłem, że ja też sobie w takim razie trochę podzwonię w swoich sprawach, urzędnik w swoich, po prostu podzwonimy sobie razem z jego pokoju w świat, czyli będzie światowo. Mój gość, a w sumie to przecież i gość władz tego miasta, był trochę zdziwiony, gdyż jego zdaniem takie rzeczy widział tylko w serialu Monty Pythona, tymczasem tutaj jest ‘pajton” „na żywo”.  Kończymy po około godzinie tę rozmowę, gospodarz przeprasza i obiecuje nieduże wsparcie dla projektu. Czyli sukces, po prostu sukces. Mój gość nie mógł przez pół dnia dojść do siebie po tym wydarzeniu. Złość mieszała się z nerwowym śmiechem, chęć interwencji gdzieś wyżej z bezradnością. A więc i jego pokonał nasz dzielny system III RP. 

Dla równowagi, bez kryptoreklamy politycznej, dodam, że prezydent dużego miasta w Polsce zachował się z pełną klasą i kulturą. Ale tu nie chodzi o to, że są dobre przykłady, tylko o to, że jest tak dużo złych. Tu nie chodzi o to, że mojego gościa i sam projekt traktowano czasami przychylnie, z uznaniem. Problem zasadniczy to ustalenie, w jaki sposób III RP wyhodowała całe to nowe pokolenie, dla którego jedynym zmartwieniem są spadające notowania partii rządzącej. Prezes spółdzielni z serialu „Alternatywy 4”, na tle urzędnika X, tak go nazwijmy, to po prostu „socjalistycznym patriotą”, jeśli cokolwiek to znaczy. Tamten, dawny układ kojarzy się z piaskownicą, kreskówką, no bo z dzisiejszej perspektywy, patrząc na epokę Gierka, patologiczną jak najbardziej  - kawa ziarnista  spod lady, albo mały fiat na talon – jaki to hit? - No, Grzegorz -  jak mawia moja przyjaciółka – no nie wygłupiaj się, no proszę Cię! Układ rządzący obecnie Polską, można powiedzieć, wreszcie dojrzał i okrzepł, głupi zachodni kapitalizm ucywilizował na swój sposób i uczynił go narzędziem do załatwiania swoich prywatnych interesów. Nie jesteś swój, to jesteś, wiadomo kto.


To zasada III RP. Ludzie pełniący funkcje na szczytach władzy zobaczyli, że oni, tak jak sprytni gangsterzy na początku lat dziewięćdziesiątych, też mogą robić szemrane interesy, opływać w luksusy i to bez ryzyka, że ktoś im zrobi krzywdę – jakiś prokurator, opozycja, albo dziennikarz śledczy. Pod jednym wszakże warunkiem: nie wolno wyjść poza szereg, nie można podważać reguł gry, trzeba być posłusznym, a czasami nawet trzeba udawać idiotę, co niektórym przychodzi zresztą łatwo, bez wysiłku. Zamiast KC PZPR wielkie banki po premierostwie, zamiast Fiata 126p, wielkie przetargi, fabryki za symboliczna złotówkę, zamiast SB, korporacje i ABW, które i tak śledzą każdy Twój ruch. Przesłucha Cię psycholog w firmie, wyda opinię, że jesteś za mało energetyczny i do widzenia, wilczy bilet. To, co wyprawia na co dzień prokuratura, ciągnąc sobie latami błahe sprawy, niszcząc kariery i życie tysięcy ludzi, o czym czytamy niemal codziennie, to po prostu standard. Skala patologii jest tak duża, że to patologia jest normą, a bycie normalnym i uczciwym stało się patologią, frajerstwem, obciachem. Można powiedzieć, że w końcu doszliśmy do celu. Odwróciły się bieguny norm, zwyczajów, zachowań, zasad. To jest coś, co napawa mnie optymizmem, no bo to już jest chyba kres tych zmian. Za moment system zacznie zjadać swoich ludzi, bo nie swoich już dawno zjadł.

piątek, 25 stycznia 2013

Czas wracać do Polski

Ukazał się ważny tekst blogera Tad9 (http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/481556,nie-wstydz-sie-swojego-komucha), w którym autor w sposób wyczerpujący opisuje przemiany kulturowe w Polsce ostatnich kilkudziesięciu lat, kładąc nacisk na rolę komunistycznych i stalinowskich elit w tych przemianach, na ich przywódczą rolę, na swoisty kulturowy monopol w sprawie tego, co dla Polski jest dobre, a co nie. Dotyka też drażliwej, dla tych elit, kwestii zaglądania do korzeni rodzinnych. Znakomicie Tad9 to robi i nic więcej nie trzeba dodawać, trzeba ten tekst przeczytać. Autor rozważa też, bardzo dobry pomysł, by przyjrzeć się bliżej hipotekom domów i mieszkań różnych komunistycznych aparatczyków i ich potomków, ponieważ poniemieckość warszawskich kamienic czy willi na Mokotowie jest co najmniej dyskusyjna, tak samo jak polskość kamienic, dajmy na to w Berlinie. Wniosek, jaki mi się nasuwa osobiście z tekstu, to głębokie przeświadczenie, że w jakiś sposób przegoniono nas z Polski. Nie dokonali tego Niemcy, ale udało się to działaczom komunistycznej sekty z KPP. To fakt historyczny, a nie jakieś niesprawdzone wyobrażenia i domysły. W 1981 roku prof. Leszek Nowak z UAM, wcześniej zdeklarowany marksista, dowodził, że socjalizm to najwyższe stadium ucisku, to najbardziej totalitarna forma ustroju państwowego, co wyłożył bardzo logicznie w swojej teorii trójpanów, wskazując, że w rękach komunistycznej władzy skupione są wszystkie najważniejsze jej atrybuty: środki przymusu, środki produkcji oraz sfera totalitarnej dominacji nad umysłami ludzkimi, która w kapitalizmie jest wolna od dyktatu jednej opcji politycznej.



Sięgamy więc sedna tego, co dzieje się w Polsce obecnie i o czym pisałem już wielokrotnie, że system postalinowski w Polsce trwa nadal, a zmianie uległa jedynie jego formuła. System ten oparty na owej mniejszości kulturowej - niezwiązanej z polska tradycją, katolicyzmem, polską kulturą – najzwyczajniej w świecie adoptował wolny rynek (o ile wolnym można go w ogóle nazwać) do swoich potrzeb. Kapitalizm w Polsce został użyty w sposób świadomy i wręcz bezwzględny do jeszcze większej dominacji trójpanów nad narodem, nad polskim społeczeństwem. Teoria nie- marksowskiego materializmu historycznego nieżyjącego już prof. Nowaka, nawet jeśli z materializmem tym się nie zgadzamy, jest jak najbardziej aktualna. W tym sensie, że trójpanowie, to nikt inny jak „grupa trzymająca władzę”. Gdy wprowadzono stan wojenny w Polsce, prof. Nowaka internowano i więziono w Gębarzewie, a potem wyrzucono z pracy. Piszę o tym, bo znałem go osobiście, przeprowadziłem z nim wiele prywatnych rozmów, ceniłem go, choć nie zgadzałem się z podstawami, na których budował swój system filozoficzny. Był groźny dla systemu, więc zrobiono wszystko, by zepchnąć go na margines życia naukowego w Polsce. W zamian mamy właśnie takich „naukowców”, jak Jan Gross, którzy Polaków, wydziedziczonych kulturowo z ich własnej tradycji, obyczajów, oskarżają o zabór mienia pożydowskiego. Mamy więc dalej ten sam system, ale nie ten sam, tych samych ludzi, choć nie tych samych, bo przecież Jarosław Kuźniar czy Monika Olejnik, nikomu paznokci nie wyrywają, nikogo nie przesłuchują, choć chwilami, oglądając wywiady Pani Redaktor, można odnieść wrażenie, że wywiad pomylił jej się z przesłuchaniem w stylu stalinowskim, przepraszam, ale takie to jest tulejowskie skojarzenie.



Przegoniono nas z Polski, choć w tej Polsce mieszkamy. Urobiono nas po 1989 roku, wmawiając, że mamy wolność i demokracją, gdy tymczasem klasa trójpanów, rządząca nieprzerwanie krajem od zakończenia II Wojny Światowej, zajęła się umocnieniem swojej władzy nad Polakami. Wszędzie tam, gdzie tradycja i wartości narodowe są silne, poststalinowski model kulturowy, nie osiągnął jeszcze całkowitej dominacji, ale, jak nigdy wcześniej po wojnie, mamy trwały, ponad dwudziestoletni okres umacniania się poststalinowskiej narracji i mówiąc językiem prof. Nowaka , umacniania się w Polsce, władzy trójpanów. Wniosek nasuwa się tylko jeden: czas powrócić do Polski i czas przywrócić tradycyjny i historyczny porządek. Jego widoczne ślady, można dostrzec na rynku w Lublinie i w Krakowie, na Wawelu, a także w Warszawie, która od samego początku jest stolicą „grupy trzymającej władzę”. Czas powrócić do siebie, co oznacza rzeczywiście pewien rodzaj rewolucji, choć byłoby chyba słuszniej nazwać powrotem do naszego polskiego kodu kulturowego. Czas wracać koleżanki i koledzy komuniści tam, skąd przyszliście. Patrząc na młodych ludzi, obserwując społeczne nastroje, powracający patriotyzm, nasz powrót do Polski może nastąpić szybciej, niż Wam się zdaje. Nie trzeba będzie już nawet zaglądać do tych hipotek.....

środa, 23 stycznia 2013

Cztery tysiące kilometrów naszej Polski

Tylko prawdziwy Pisowiec może być optymistyczny. Dostrzega Polskę w budowie, a nawet Polskę już zbudowaną. To Donald Tusk zatracił swój życiowy optymizm, ten swój zapał, by wszystkim żyło się lepiej, a najlepiej jego ludziom. To Sławomir Nowak przypomina dziś wysuszona śliwkę, a premier markotnego dziadka na ławce, który przegrał z kolegami partię szachów. Tak to właśnie wygląda. W nas jest optymizm, perspektywa, pozytywne wibracje, a oni, psychicznie dogorywają, tracą wigor, o ile w ogóle go mieli. Jedynie rodzimi celebryci mają nieustający bal, sądząc w sposób całkowicie nieuprawniony, że ich piosenki zna cały świat, a dziewczyny z „Lejdis” pożąda całe Los Angeles. Kogo my mamy w tym rządzie, czy Sejmie? W szczególności mam tu na myśli garnizon PO. Marszałek Ewa Kopacz jest tak rozdygotana, że każdy szmer budzi jej strach, czy aby przypadkiem, Prawda nie dobija się znowu do jej drzwi. Minister Boni dawno już przekroczył granice galaktycznego absurdu. Mógłby z powodzeniem polecieć w kosmos i tam w innych konstelacjach walczyć z nienawiścią. Lucas to kupi, a Maciek Stuhr, który wie wszystko, zagra młodego Cedyna, który uwolni swoją planetę od latających drzwi.

Ciekawostką Trzeciej RP jest to, że zmierzch systemu najpóźniej zauważają znani artyści. Im się zawsze wydaje, że partia jest wieczna i zawsze jest z narodem. Nieważne, czy jest to PZPR czy PO. Ta sama mentalność, te same gesty, do końca, do ostatniego tchnienia. Tylko podziwiać. Na swój sposób jest to również rodzaj specyficznego optymizmu, ale nie wynika on z oceny rzeczywistości, tylko z przeświadczenia o swojej boskości i nieomylności. Porozmawiajcie sobie z nimi, oni tak o sobie myślą. Prawdziwa wiara w ducha i niezłomność naszego narodu, optymizm w myśleniu i działaniu jest domeną ludzi prawych, prawej strony. Trzeba bowiem odróżniać optymizm od debilizmu. Cieszenie się z tego, że my jesteśmy w układzie, że nasza mafia to jedna wielka rodzina, to jest czysty debilizm, niezrozumienie tego, czym jest i czym może być życie wolne od zdrady dawnych ideałów, wolne od skundlenia, od zakłamania, kłaniania się w pas największym politycznym gangsterom. Uwolnienie się od tego daje dopiero prawdziwą pogodę ducha. Debilistyczna radość ludzi systemu nie ma nic wspólnego z optymizmem, jest to najbardziej skrajna forma zniewolenia duszy polegająca na przekonaniu, że chore poczucie władzy nad ciemnym ludem, wykorzystywanie go, okradanie go każdego dnia, to postęp, to zielona wyspa. Wszyscy ci uśmiechnięci szyderczo władcy, choć tacy ponoć szczęśliwi, nie wiedzieć czemu, wyglądają jak zużyte opony samochodowe.


Piszę o tym wszystkim, po przejechaniu w ostatnich dziesięciu dniach blisko czterech tysięcy kilometrów po Polsce. Polsce różnej: zadbanej i rozpadającej się, jak droga biegnąca przez Włocławek, po kraju, w którym autostrada A-1 przypomina wiejską drogę, a droga lokalna przypomina jeden pas autostrady. Po Polsce, w której lubelska starówka, w pięknej, zimowej aurze, jawi się wręcz bajkowo, ale gdzieś zaraz dalej widać umarłe miasteczka z oddziałem banku i salonem telefonii komórkowej. W tej totalnej politycznej zawiei, dostrzec można wielu ludzi, którzy, niezależnie od chorego systemu, w którym żyją, działają pozytywnie, tworzą coś dla siebie i od siebie. Szukałem wśród nich moich modernistów* i ich znalazłem. Są naprawdę. Nie są zarażeni, ani sowieckim myśleniem, ani bezmyślnym chłonięciem telewizyjnej papki. Żyją z uśmiechem na twarzy, a jedyne, co powstrzymuje ich od większego otwarcia na politykę, jest niechęć do niej. Są to z reguły ludzie prawi i zaradni, czasami głosujący, czasami w ogóle zdystansowani do jakichkolwiek wyborów politycznych. To jest poważna siła ludzi myślących pozytywnie, których Platforma, a nawet cały ten system III RP nie jest w stanie niczym przekupić. Stanowią potencjał dla ruchu obywatelskiego, który mógłby skończyć kilkudziesięcioletnie panowanie komuny i lewactwa w Polsce. Dotarcie do tych kilku milionów ludzi byłoby przełomem. Jeśli PiS chce przełomu, to ma szansę tego dokonać razem z nimi.          
* http://benevolus.salon24.pl/476735,modernisci-i-nowa-polska