środa, 31 marca 2021

PiS na środku czy na końcu drogi?

 Wszystko w pandemii na nowo się układa, ale niestety niezbyt dobrze dla Polski. Zdrajcy mają się świetnie, otwarcie i z premedytacją niszczą wszystko to, co w tradycji narodu jest polskie, katolickie, nasze, a nie obce. Fakt, że większość liderów opozycji cierpi na niedowład intelektualny i na brak jakiejkolwiek koncepcji politycznej rozwoju państwa, nic nie znaczy. Warto w tym miejscu zauważyć, że od 2007 roku Platforma nie miała już żadnego programu, bo wtedy – co zrozumiałe – musiałaby ogłosić wszem i wobec, za jaką Polską się opowiada. A skoro za żadną (poza bajdurzeniem o europejskości), to nie realizowała przez osiem lat żadnej strategicznej wizji rozwoju kraju. Zamykanie stoczni (przy całym dramacie zwalnianych ludzi) to proste robótki ręczne Donalda Tuska. Cel był i nadal jest dalekosiężny i niespełniony: wymazanie nas z mapy Europy pod pozorem budowy silnych europejskich sojuszy. Nie ma znaczenia tu, czy szeregowy poseł PO zdaje sobie z tego sprawę. Najpewniej niewielu.


Oczywiście wszyscy „bardzo pragną” silnej Polski w centrum Europy, więc my sami nic nie musimy robić, będziemy silni siłą Niemiec – zdaje się, że to właśnie chciał powiedzieć w Berlinie Radosław Sikorski. Zalew obelg i bluzgów oraz dość obrzydliwa i prostacka kampania medialna znakomicie uzupełniają strategię zdrajców. Sprowadzić wszystko w polskiej polityce na samo dno, wywołać chaos, a potem moherom i pospólstwu zamknie się mordy raz na zawsze i będzie koniec pisowskiej Polski, a w zasadzie Polski, przynajmniej takiej jaką dziś znamy – jeszcze ułomnej, słabej instytucjonalnie, ale gospodarczo ogarniętej, z której można już budować silne i samodzielne państwo na dziesiątki dekad. Niepodległe.


Czy PiS to wszystko widzi? I ilu widzi? Dwóch, pięciu, dziesięciu? Oby tak było. Rzecz jasna PiS jako całość, jako tak zwana Zjednoczona Prawica. Jej skrzydła oślepły i to w sposób tak widoczny, tak oczywisty, że trzeba po prostu przyjąć założenie, że skrzydła o tym doskonale wiedzą, że idą na zatracanie, nie siebie bynajmniej, ale całości projektu realizowanego z takimi oporami po 2015 roku. No bo jeśli nie, to znaczy to tylko tyle, że pycha odebrała resztki rozsądku ich liderom. Dotyczy to zarówno Solidarnej Polski jaki i Porozumienia. Ale dotyczy to również niektórych liderów PiS-u. Wielu z nich trąbi dzień i noc te same melodie, a tymczasem ucieka młody elektorat, ludzie nie chcą już nosić maseczek, nie chcą też słuchać o tym, że „dobra zmiana” jest dobra. Narasta zmęczenie społeczne, co zwiększa oczywiście podatność na każdy zły news o PiS. A „newsy” o PiS w machinie propagandowej Wiertniczej są tylko złe albo bardzo złe. To nadal działa sprawnie, choć jest tak prostackie i do bólu przewidywalne.


Po pamiętnym, spotkaniu Jarosława Kaczyńskiego z prezydentem Andrzejem Dudą w 2017 roku, prezes PiS powiedział, że idziemy środkiem drogi. W gruncie rzeczy powiedział to, co powinno dziś cementować obóz władzy. Środek drogi, a nie jej prawy czy lewy skraj. Bardzo to oczywiste, nie tylko teraz, gdy każde szarpnięcie na boki wywołuje taką radość w opozycji i za granicą. Nie jesteśmy tak silnym państwem, by iść skrajem drogi jak tego chce Solidarna Polska. Nie ma też miejsca na przeciąganie liny i ustawiczne muchy pod nosem, co ostatnio prezentuje nieustannie część polityków Porozumienia. Oczywiście czynią to w mediach, których celem jest wykończenie PiS. I nie ma miejsca na mrzonki o budowaniu alternatywnych koalicji, bo jądro opozycji, czyli Koalicja Obywatelska, nie jest zainteresowane budową niepodległej Polski. Co do tak zwanej lewicy, jest to dziś jedynie niezbyt udany mutant zachodnich trendów ideologicznych sprzed dekady, albo i dwóch. Garstka tej lewicy może i ułożyłaby się w Polsce z PiS, ale zaćma ideologiczna jest tam dziś powszechna.


Reasumując na krótko. Prawo i Sprawiedliwość ma ostatnie pięć minut na ogarnięcie chaosu wewnątrz swojego obozu politycznego, a skrzydła mają ostatnią minutę na opamiętanie. Wszystko się na nowo układa w skali globalnej, dosłownie wszystko, i może być tak, że Polska w tej nowej politycznej konstelacji – jak rzadko kiedy w historii - wyjdzie na swoje, silniejsza i bogatsza, jeszcze bardziej niezależna. To nie są wybujałe marzenia, tylko całkiem realna i bliska perspektywa. Może się to skrzydłom nie podobać, ale środek drogi to jest dziś targany po szczękach rząd Morawieckiego i sam lider PiS. Zegar oczywiście tyka i nie jest to tykanie, które sprzyja Polsce. Apele nic tu nie dadzą, więc żadnego apelu nie będzie. Puenta jest oczywista: jedna pięść. Polityczna oczywiście.

czwartek, 4 lutego 2021

Wielka Platforma, wielcy ludzie

Borys Budka jest bez wątpienia znakomitym politykiem. Błyskotliwe riposty, garść merytorycznych oskarżeń pod adresem władzy w każdym momencie. Celnie i dobitnie. Mógłby z powodzeniem kierować największymi partiami europejskimi, niezależnie od ich barwy politycznej. Zawsze potrafi znaleźć słaby punkt u przeciwnika, który bezlitośnie wykorzysta. Miażdżąca przewaga intelektu nad pozostałymi rywalami wewnątrz Platformy Obywatelskiej. Do tego uśmiech, który tak przyciąga do niego kobiecy elektorat. I co najważniejsze, zawsze pozytywna wizja państwa i program na lata, a nie - zbędne u polityka - małostkowe polemiki, które są domeną pisowskich liderów.

Rafał Trzaskowski, choć nie trzyma dziś sterów Platformy, może z powodzeniem być znacznie kimś więcej, niż tylko szefem PO czy całej Koalicji Obywatelskiej. Wyróżnia go wręcz mordercza pracowitość i poświęcenie w każdej sprawie, której się podejmuje. Potrafi stracić dwa, a nawet trzy weekendy, żeby tylko coś co ma być, rzeczywiście było. Mógłby z powodzeniem zostać już teraz szefem Komisji Europejskiej, ale Warszawa i jej problemy pochłaniają Rafała Trzaskowskiego bez reszty. Jest nadzieją całej „wspólnoty ludzi, którzy wierzą w demokrację”. Chwilami można odnieść wrażenie, że wystarczyłoby jego jedno polityczne pstryknięcie, a system autorytarny w Polsce rozpadłby się między wschodem a zachodem słońca. Wydaje się, że czeka jedynie na odpowiedni moment, by tego wreszcie dokonać.

Donald Tusk już przeszedł do historii światowej polityki, ale on sam nie jest przecież historią. Znany z niebywałej wręcz empatii, potrafi zrozumieć każdą, najmniejszą nawet ludzką bolączkę. Udowodnił to, gdy jako premier rozganiał chmury nad krajem, by przedostały się do nas promienie słońca. Nigdy nie przechodzi obojętnie wobec problemu. Staje, rozważa i znajduje rozwiązanie. To jego bodaj największa zaleta. Bez złośliwości, z troską o losy Polski, wytyka każdy błąd autorytarnej władzy. A ponieważ błędów jest co niemiara, serdecznie, ale i godnie, karci swoich przeciwników, pokazuje im drogi naprawy. Jest jak przewodnik po ciemnym lesie, w którym co chwilę spotykasz wygłodniałego wilka. Najwięksi politycy globu czują przed nim respekt, niektórzy wręcz unikają jego oczu, bo mają świadomość tego, czym może się to dla nich skończyć. Jego ojcowska troska o Polskę nie pozwala mu teraz szarpnąć politycznymi cuglami i wyrwać kraj z opresji. Chce, co absolutnie zrozumiałe, by jego wierni kamraci z Ojczyzny przygotowali wreszcie spójną strategię odsunięcia reżimu od władzy. Co wtedy zrobi? Cokolwiek by nie zrobił, pozostanie przewodnikiem polskiej demokracji.

Ktoś powie, że brakuje w tym gronie wybitnych kobiet. Nic bardziej mylnego. Małgorzata Kidawa- Błońska już pokazała całej Polsce, jak można dzielnie i dostojnie walczyć o najpiękniejsze wartości demokracji, jak można celnie pogrążać przeciwnika błyskotliwymi ripostami. Jest jednak w Platformie kobieta, która już teraz mogłaby z powodzeniem piastować najwyższe stanowiska w światowej elicie biznesowej, a więc tym bardziej mogłaby też przeprowadzić swoją partię i Polskę przez dramatyczny czas pandemii i zapaści gospodarczej. Nie bryluje na salonach, nie aspiruje tak otwarcie o przywództwo, co wynika oczywiście z jej niebywałej wprost skromności. W domowym zaciszu obserwuje przeciwnika i bezlitośnie obnaża każdy błąd władzy. Codziennie pokazuje Polsce i światu, że PiS kłamie. Dysponując znakomitą wiedzą ekonomiczną i wręcz matematycznym umysłem, obraca w pył gospodarcze urojenia rządu Morawieckiego. Dziś każdy szanujący się ekonomista zaczyna dzień od czytania najnowszych diagnoz i raportów Izabeli Leszczyny. Jeśli własny obóz nie wykorzysta jej wiedzy, odejdzie zapewne do Międzynarodowego Funduszy Walutowego. Byłaby to olbrzymia strata dla całej polskiej gospodarki.

Niech nikt nie czuje się pokrzywdzony, bo lista znakomitych polityków Platformy Obywatelskiej jest znacznie dłuższa, bo można oczywiście zapytać: a dlaczego nie ma tu Radosława Sikorskiego? Oczywiście, to znowu jest ten format polityczny, który odnaleźć można jedynie w waszyngtońskich salonach czy na brukselskich rautach. Rzecz w tym, że Platforma ma znakomitych liderów, znakomity program dla Polski, jest znakomicie przygotowana do przejęcia władzy. Nie traci czasu na zbędne dywagacje, idzie jak taran, po zwycięstwo. Jeśli chce w najbliższą sobotę powiedzieć coś Polsce i Polakom, to bardzo dobrze, bo Polska i Polacy na to czekają. Niepotrzebnie jednak ulega chwilami tej medialnej i obrzydliwej nagonce TVN, że nie ma ponoć programu. Ma znakomitych liderów, znakomity program, jeden z najlepszych programów na świecie, a może nawet najlepszy. Po prostu, Kielce.


sobota, 30 stycznia 2021

"Babcie, córki, wnuczki" z TVN

 „Babcie, córki i wnuczki” w setnym dniu protestów znów wyszły na ulice. Taki był dziś początek głównego wydania „Faktów” TVN. Nie, nie chodzi tu o to, że doszło do jakiegoś przekłamania. Może niewielkiego. Babć na protestach w Warszawie było niewiele, za to kilkunastoletnich dzieci aż nadto. Stacja Miszczaka robi niesamowity skręt z manipulacji w kierunku cenzury, i to na wielką skalę. Informując o wczorajszych protestach zwolenniczek aborcji w Warszawie, skupiła się na Polonezie, który młodzież tańczyła niedaleko domu Jarosława Kaczyńskiego, pokojowym przesłaniu i zachowaniu protestujących, wsparciu, jakiego udzielił im Prezydent Rafał Trzaskowski i brutalnym działaniom policji. Wisienką na torcie była późniejsza rozmowa z Klementyną Suchanow. Podarujmy sobie tłumaczenia aktywistki, że po prostu mogła być na terenie Trybunału Konstytucyjnego, bo to jest instytucja obywatelska. Podarujmy sobie to, że spontaniczność tych ulicznych rozrób jest fikcją, tak jak fikcją jest tu rzeczywista walka o prawa kobiet.

W Warszawie niszczono na potęgę mienie – są liczne nagrania, atakowano policjantów – są ranni funkcjonariusze, a dzieci wykorzystywano do skandowania haseł zachęcających do zbijania nienarodzonych dzieci – te filmy też są ogólnie dostępne. Nie jest to kwestia religii, konkretnego światopoglądu. Nawet w liberalnym świecie Zachodu, aborcja nie uchodzi bynajmniej za coś, co jest O.K. Ale wczoraj właśnie to O.K. skandowali uczniowie podstawówek. Wiele osób patrzy na to z przerażaniem, bo nawet nie bardzo wiadomo, jak na to wszystko zareagować. Można oczywiście potępiać do woli, ale to będzie działo się dalej. O.K. zajdzie jeszcze dalej, nie miejmy złudzeń.

W tym jednym, konkretnym wydaniu „Faktów”, nie padło ani jedno zdanie o zniszczonych witrynach i budynkach. Dla szefów tej stacji nie ma żadnego znaczenia, że dzieci skandowały wulgaryzmy, a młodzi ludzie niszczyli po drodze wszystko, co im się nie spodobało. Tu nie chodzi o to, że narracje stacji telewizyjnych różnią od siebie. To samo w sobie jest we współczesnym świecie mediów czymś wręcz oczywistym. Widz decyduje sam, co chce oglądać, czego chce się dowiedzieć i od kogo. Są jednak pewne granice selektywnego traktowania wydarzeń. Taką granicą jest ukrywanie zdarzeń przestępczych. Nie ma znaczenia, w imię jakich haseł ktoś rzuca kamieniami w witrynę z plakatem promującym życie. Nie ma znaczenia, gdy ktoś po prostu atakuje policjantów za to, że ci interweniują, by uniknąć groźnego wypadku z udziałem samochodu organizatorów protestu. Przemilczanie takich zdarzeń, niezależnie od tego, jakie wartości są bliskie stacji telewizyjnej, jest po prostu emitowaniem kłamstwa. Nie ma nic wspólnego z informacją ani z dziennikarstwem. Jutro telewizja TVN będzie cały dzień celebrować Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, która w tym roku „zagra” razem ze Strajkiem Kobiet. Dziś kamienie, jutro sama dobroć. Niektórym, dawnym fanom i wolontariuszom WOŚP zbiera się na wymioty. A to dopiero preludium do tego, co zdarzy się jeszcze w tym roku w imię „tolerancji i wolności”. Liczyć tylko na to, że to się „wypali” to za mało. Skutki dotychczasowych protestów dla młodzieży wciągniętej w ideologiczną hucpę i tak będą fatalne. Nie dla PiS, dla nas wszystkich

czwartek, 28 stycznia 2021

Zimowa tragifarsa, czyli lewacki kicz

 

Aborcja tu i teraz, zawsze, to moja macica, ale być może nie jestem kobietą. Godek, Ty szmato! I wreszcie: „Czas na kolejny Smoleńsk!”- taki napis też się wczoraj pojawił. Socjologowie milczą, bo trudno to ogarnąć, ale tu tak naprawdę nie ma w ogóle czego ogarniać, bo tu nie ma żadnych wartości, więc tylko dramat jest większy, a raczej tragifarsa, gdy redaktorzy TVN i GW próbują nadać tej proaborcyjnej hecy symbol wolnościowego protestu. Tymczasem, jest tu tylko czysta przemoc i jednocześnie niemoc. To nie jest żadna rewolucja, nie ma tu żadnej idei, to nie jest nawet żaden ruch lewacki. To jest po prostu „rzygolucja”. Obalanie władzy, ogólne wypier....ć, wsadzanie lekarzy do więzień, wtargnięcie na teren TK,  jakieś rządy z losowania wśród obywateli, przecież nic głupszego nie można już spotkać nie tylko w polskiej rzeczywistości. „Porządne lewactwo” jest za oceanem, w uniwersyteckich kampusach, w Warszawie błąkają się po ulicach z megafonami niespełnione feministki, nieliczne nawiedzone posłanki, którym wydaje się, że doświadczają właśnie obyczajowej rewolucji. I to jest na rękę tak znienawidzonemu przez „protestantki” Ordo Iuris. I obozowi władzy. Gdyby lewica zaproponowała jakiekolwiek poważne rozmowy, takie rozmowy musiałaby dojść do skutku i przynieść jakiś efekt. Rozmów nie ma, więc kompromisu na razie nie będzie. Ale też nie ma w zasadzie w Polsce lewicy. Coś próbowała zmajstrować Partia Razem, ale ona również dała się wkręcić w tę histeryczną zadymę. Zero powagi.

 

Najśmieszniejsza jest sytuacja Koalicji Obywatelskiej. Kobiety! Jesteśmy z Wami! – krzyczą liderzy tacy jak Borys Budka, ale przecież szef PO w ogóle nie wie już nawet, w jakiej jest rzeczywistości, mówiąc potocznie, nic nie ogarnia. Nie ogarnia też wiele, wbrew złaknionym rewolucji stetryczałym intelektualnie elitom III RP, zbawca i wybawca Donald Tusk. Jego wpisy na Twitterze to raczej jedna wielka beka z tego, co się dzieje w Polsce. Pisze to, czego łakną jego miłośnicy w sieci. Żeby było jeszcze bardziej strasznie, opozycja boi się powiedzieć cokolwiek złego na Martę Lempart. Każdy bluzg jest uzasadniony kulturowo, to wręcz nowy, atrakcyjny przekaz, wyraz oburzenia na reżim, no jednym słowem płynie to z serca, bo na proteście bije serce Warszawy – co jakże trafnie zauważyła redaktorka TVN 24. Pandemia - nawet jeśli jej nie ma- właśnie jest, a w jej cieniu zmienia się cały świat. To jednak odrębny i poważny temat, a przecież mowa tu o rzygolucji, czyli niczym nieskrępowanym wydalaniu z siebie agresji do innych ludzi, poniżaniu ich, pogardzie dla każdego kto z nie z nami. Niedobitki dziennikarskie i polityczne z opozycji lekko łapią się już za głowę, że to chyba jednak nie prowadzi do pokonania tak znienawidzonego reżimu.

 

Na refleksję, jaki to będzie miało wpływ na młodych ludzi, tych kilkunastoletnich,  którzy ryczą na ulicach samymi przekleństwami, nie ma miejsca ani czasu. Więcej, wydaje się, że liderki tej koszmarnie bezideowej i pustej rewolty, liczą zapewne na to, że wyłoni się z tego jakaś nowa rewolucyjna formacja. Już heca z Margot pokazywała, że to jest jakiś spóźniony o dwie dekady, żywcem jak zwykle zerżnięty z Zachodu,  obrazoburczy happening. O ile ataki na kościoły miały rzeczywiście charakter przestępczy i powinny zostać surowo ukarane zgodnie z polskim prawem, o tyle cała reszta przypominała jedynie bezmyślną i bezkształtną farsę, zbitkę haseł zapożyczonych od zachodnich lewaków, ale jak to zwykle u nas bywa, przetworzonych na kulturowy kicz, nawet nie na jakiś bunt. Cały ten protest aborcjonistek jest kiczem, kiczem słabym, który nic nie wnosi nawet do lewicowej narracji w Polsce. Joe Biden nazwał atakujących Kapitol motłochem. Jego prawo. Dzieciaków po kilkanaście lat, sfrustrowanych i rozpieszczonych epigonów w stadium nauki zdalnej, nawet tak nie można nazwać. To jest jakieś jedno wielkie antykulturowe nieporozumienie. I choć ta uliczna hucpa budzi zrozumiały niepokój, a u wielu słuszne oburzenie, to przede wszystkim pogrąża ona lewicę i ośmiesza trwającą w błogim letargu Koalicję Obywatelską. Ciekawe, czy liderzy opozycji już to widzą, czy też nadal będą tak strachliwi, że w końcu „pokochają” Martę Lempart i razem z nią pójdą na polityczne dno. 

środa, 20 stycznia 2021

Kruchy początek nowej prezydentury

 

Nie wspomniał o Borysie Budce - to boli i jest po prostu niezrozumiałe, wręcz niepojęte. Nie nawiązał też wprost do prezydenta Donalda Trumpa, ale poświęcił mu tak naprawdę ponad połowę swojego inauguracyjnego przemówienia. Rasizm, biała supremacja, wewnętrzny terroryzm, przemoc – to obraz Ameryki oczami Joe Bidena. Nie odwołał się nawet pojednawczo do wyborców ustępującego prezydenta, ograniczając się jedynie do pragnienia jedności. Bodaj najszczerzej zabrzmiały słowa o srogiej zimie i pandemii koronawirusa. I właściwie nic więcej, żadnego wielkiego przesłania, które pozostałoby w pamięci nawet jego wyborców. Oczywiście, za oceanem i w Warszawie, będzie co niemiara zachwytów nad nowym otwarciem, wielkim dniem nowej Ameryki, i tak długo oczekiwanym upadkiem Trumpa. Szczególnie chyba w stacji TVN 24, której czołowi redaktorzy   odkrywali w wystąpieniu Joe Bidena frazy wprost genialne. Niestety, nic genialnego, porywającego, ani nawet przykuwającego uwagę tam nie było. Tak naprawdę banał gonił banał, i dlatego nic z tej przemowy nie pozostało w pamięci, co już zauważyli komentatorzy, występujący bynajmniej nie w TVP. Tu nie trzeba być zwolennikiem Trumpa, by zauważyć jak nijakie było otwarcie nowej prezydentury. Na to wszystko nakłada się głęboki podział społeczny. Aż trzy czwarte wyborców Republikanów uważa, że wybory były sfałszowane, więc tego nie da się tak po prostu przeskoczyć i wejść na drogę pojednania. Tym bardziej, że lwia część Demokratów nie chce żadnego porozumienia, zasypywania podziałów. Dominuje pragnienie odwetu i rewolucji obyczajowej niesionej na sztandarach tolerancji i demokracji.

 

W Polsce, z percepcją nowej prezydentury jest pewien podstawowy problem: nie ma w zasadzie chłodnego oglądu tego co się stało. Albo czerwona Ameryka, albo tryumf liberalnej demokracji, co niechybnie oznacza – a jakże – koniec rządów PiS. Radość Platformy Obywatelskiej ociera się o śmieszność, z wyjątkiem szefa tej partii Borysa Budki. Tu już mamy do czynienia z oderwaniem się od rzeczywistości, zapewne trwałym i to nie tylko w kwestii Joe Bidena. W zasadzie, to PO wygrała w USA z Trumpem - tak właśnie było, jeśli ktoś jeszcze śmie wątpić w siłę polskiej opozycji. Biden jeszcze bardziej uwolni „wolne sądy” i „wolne media”, będzie grillował PiS dzień w dzień, bo przecież po to właśnie został prezydentem. Nic z tych mrzonek Borysa Budki się nie spełni, choć nowej administracji jest z pewnością bliżej do narracji, którą posługuje się Platforma. Najbliższe dwa lata (w optymistycznym wariancie) upłyną pod znakiem globalnego chaosu politycznego i pandemicznego, walki o wpływy i nowy układ w światowej polityce.

 

W naszej rzeczywistości, być może zyskają Niemcy, ale to nie oznacza, że nowy prezydent odda im po prostu Europę. Tak naprawdę nic lub niewiele dziś  wiadomo, tym niemniej, żadnych radykalnych kroków Ameryki nie należy się teraz spodziewać, bo to nie jest czas na wielką zagraniczną ofensywę. Stany Zjednoczone muszą się najpierw same pozbierać, a nade wszystko – i to jest kwestia fundamentalna - maleje znaczenie amerykańskiego establishmentu politycznego na rzecz wielkich korporacji i radykalnych ruchów społecznych, które upatrują w Joe Bidenie pogromcy Trumpa i białej rasy. Patrząc z perspektywy kilku godzin, które upłynęły od inauguracji na Kapitolu, była ona po prostu smutna, niepewna, tak jakby wszyscy zacni goście tego wydarzenia zdawali sobie sprawę z tego, że najtrudniejsze miesiące i lata dopiero przed Ameryką.          

środa, 6 stycznia 2021

Bunt Ameryki na Kapitolu

 Grubo ponad 200 lat amerykańskiej demokracji właśnie legło w gruzach. Sfałszowane, bądź nie, wybory prezydenckie był tak naprawdę jedynie ostatnim akordem politycznego starcia pomiędzy dwoma światami, z których jeden – liberalny i częściowo skrajnie lewicowy uznał przedwcześnie, że stara, zmurszała i biała Ameryka, oparta na wolności i chrześcijańskich korzeniach, została ostatecznie pokonana. Szturm na Kapitol nie jest oczywiście żadnym rozwiązaniem niebywałego rozdarcia społecznego, jakie nastąpiło w Stanach Zjednoczonych, od momentu, gdy wielkomiejskie elity wschodniego i zachodniego wybrzeża uznały, że Donald Trump musi być pokonany za wszelką cenę, że symbolizuje on świat, który raz na zawsze musi zniknąć, po to, by narodził się wreszcie nowy, wspaniały ład liberalnej demokracji, która – a jakże – zwieńczy historię tradycyjnego świata podzielonego pomiędzy konkurujące ze sobą narody. To, co dziś wydarzyło się na Kapitolu było oczywiście nie tyle do przewidzenia, co było nieuchronne. Ogromna machina medialna liberalnych stacji telewizyjnych i portali walcowała przez ostatnie lata nie tylko Donalda Trumpa i Republikanów, ale przede wszystkim mówiła połowie Amerykanów: wy z południa, wy z prowincji, jesteście gorsi, wasze pomniki zasługują na zburzenie, a wasz świat jest anachroniczny.

To nie jest tylko zakwestionowanie wyniku wyborów, to jest bunt przeciwko totalitarnej Ameryce spod znaku ruchu Black Lives Matter, który oczywiście w imię demokracji, równości, walki z rasizmem, próbuje zainstalować porządek rodem z uniwersyteckich kampusów, gdzie już od dawna panuje terror poprawności politycznej. Dlatego nie może dziwić wtargnięcie do Kapitolu, ponieważ wyborcy Trumpa, a jest ich ponad 70 milionów, poczuli się zagrożeni, wręcz wykluczeni. Być może jest to przedsmak tego, co czeka nas za krótki czas w Europie. Nie wszędzie i nie od razu, ale w którymś momencie – także ze względu na zmęczenie pandemią – wyborcy o konserwatywnych poglądach nie będą dłużej znosić próby narzucenia nowego porządku kulturowego, w którym możesz czuć tylko wtedy wolnym, jeśli uznasz z góry narzucony ci system wartości, często całkowicie ci obcy. Ten problem dotyczy także Polski. Apetyty środowisk skupionych wokół tak zwanego Strajku Kobiet, Gazety Wybiorczej czy szczątkowych już elit IIIRP na rewolucję kulturową w naszym kraju mogą spotkać się z podobną reakcją jak dziś w Waszyngtonie. To nie jest oczywiście scenariusz pożądany dla Polski, nikt rozsądny tego nie chce, tylko warto w tym momencie spojrzeć właśnie na Amerykę, gdzie ofensywa liberalna przybrała rozmiary wojny kulturowej z konserwatywną częścią społeczeństwa.

To, co dziś dzieje się na Kapitolu jest historycznym i symbolicznym momentem w dziejach demokracji, nie tylko amerykańskiej. I jeśli nawet te dramatyczne wydarzenia w Waszyngtonie zakończą się pokojowo, a Joe Biden zostanie 46. Prezydentem USA, to dekonstrukcja światowego ładu jaki znamy, i w jakim jeszcze dziś żyjemy, może gwałtownie przyspieszyć, powodując skutki polityczne, których nie jesteśmy w stanie w ogóle przewidzieć. Można apelować o rozwagę, można ten proces nawet powstrzymać, ale nie wydaje się, by machina burzenia starego porządku została przez kogokolwiek powstrzymana.


piątek, 28 sierpnia 2020

Kampania o Polskę trwa w najlepsze

 Donald Tusk nie tylko rozgrywa opozycję jak chce, ale nawet ma rację, kiedy mówi , że trzeba skakać PiS- owi do gardeł. To oczywiste: ani chwili spokoju, ani jednego dnia odpoczynku dla znienawidzonej władzy. Trzeba nękać za wszystko, manipulować i kłamać, bo inaczej ludzie przysną, zajmą się sobą, a co najgorsze, mogą nawet zauważyć, że w tym reżimie da się żyć. Radyklane skrzydło Zjednoczonej Prawicy myśli chyba podobnie. Nie dać opozycji ani chwili odpoczynku, postawić na konflikt, a przy okazji zebrać punkty u wyborców. Towarzyszy temu przekonanie, że mamy teraz trzy lata przygotowań, reorganizacji, nowych rozdań i gier strategicznych. Że można się na nowo poukładać, zająć nowe, mocniejsze pozycje na szachownicy. To niezwykle naiwne założenie. Kampania o Polskę trwa w najlepsze, do tej pory udało się zaledwie zająć przyczółki, z których można przygotować się do właściwej bitwy o przyszłość kraju. O jaką? Wolną od kompleksów, ambitną, nowoczesną, opartą na narodowej tożsamości, bez której po prostu nas nie będzie.

Spoglądając na sytuację opozycji, eksperci nie mogą się nadziwić, po co tworzyć ruch poza Platformą, pod wodzą człowieka, który jest wiceszefem tej partii. Po co deklarować, że ten ruch nie wystartuje w wyborach, choć lider tego ruchu Rafał Trzaskowski zdobył 10 milionów głosów. Wygląda to na działanie odśrodkowe, mające pogrzebać starą PO, ale czy naprawdę analizowanie tych dziwnych działań opozycji ma jakikolwiek sens? A może po prostu chodzi o to, co dla Donalda Tuska i zachodnich elit jest dziś najważniejsze, skoro nie udaje się pokonać prawicy w demokratycznych wyborach: wywołać chaos. Skłócić wszystkich ze wszystkimi, zablokować jakiekolwiek porozumienie w polskich sprawach i trzymać kciuki za te siły polityczne na prawicy, które chcą obecnie zająć bardziej eksponowane miejsce w obozie władzy. Jeśli polegnie Platforma, będzie Ruch Trzaskowskiego, który albo przekształci się w partię, albo rozleci się po roku. Nie będzie „ruchu Rafała”, to będzie nowa inicjatywa, kolejna rekonstrukcja, do której rekonstruktorów z pewnością nie zabraknie. Bo dopóki jest PiS, wojna trwa, a przeciwnik wydaje się słabnąć pod ciężarem gospodarczych wyzwań i wewnętrznych tarć. Nie jest wcale tak, że władza jaką dziś dysponuje Prawo i Sprawiedliwość zapewnia rządzącym komfort i przewagę nad opozycją. Szturm mediów na PiS nie ustanie ani na moment, każdy błąd będzie traktowany jako niebywały skandal, a zagranica będzie wspierać dekompozycję polityczną wszelkimi dostępnymi metodami.


Dlatego przeświadczenie, że obóz władzy ma teraz przed sobą trzy lata stabilnych rządów jest mrzonką, a przekonanie, że nadszedł właśnie dobry moment do nowego rozdania na szczytach władzy jest głupotą polityczną. Wprost przeciwnie. Nie ma ani jednego dnia na tego typu dywagacje i sny o potędze. Z drugiej strony pójdzie, rozproszony co prawda, ale jeszcze bardziej niebezpieczny atak na PiS. Wezmą w nim udział samorządy dużych miast, ruch LGBT, praktycznie wszystkie liczące się na rynku media, z wyjątkiem telewizji publicznej, dojdą kolejne rezolucje i czarny „pijar” o Polsce , w której rządzi nacjonalistyczny reżim, bezwzględnie niszczący demokrację. Dziś, prawda w polityce i w mediach nie ma już większego znaczenia. Jeden pobity gej w Polsce to więcej niż trzystu gejów pobitych w Berlinie. Udało się już wytworzyć na Zachodzie absurdalną opinię o naszym kraju, jako miejscu torturowania mniejszości seksualnych. Nie ma nawet czasu tych bredni prostować, ponieważ to jest kampania oparta na zbiorowym wysiłku wszystkich tych sił, które decydują po prostu o narracji politycznej nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.

Nie jest to jednak powód do histerii po stronie obozu władzy. PiS ma tylko jedno rozsądne wyjście w tym nierównym starciu. Rozmawiać z ludźmi tak, jakby to był środek kampanii wyborczej. A przy tym brać z owoców władzy znacznie mniej niż można, rządzić z pokorą, a nie obrażać się na tych, którzy często słusznie wytykają błędy i zaniechania. Innymi słowy, dziś Prawu i Sprawiedliwości potrzebna jest pokora i pełna mobilizacja do decydującego rozdania, jakie nastąpi za trzy lata. Wcale nie jest tak, że wybory prezydenckie były najważniejsze i przełomowe. Każde następne będą jeszcze ważniejsze i jeszcze bardziej przełomowe, ponieważ każde następne zwycięstwo polskiej racji stanu, polskich spraw nad obcymi, przybliży Polskę do zajęcia w Europie miejsca, o jakim nam się jeszcze kilka lat temu nie śniło.


Skoro w tym zdekonstruowanym świecie nie ma już miejsca na prawdę, to Prawo i Sprawiedliwość musi mieć także swoją własną narrację, o tyle być może skuteczniejszą, bo jednak opartą na realnych osiągnięciach ostatnich pięciu lat. Tyle tylko, że wszystko wokół nas tak bardzo przyspiesza, że za rok nikt już nie będzie o tym pamiętał, albo tylko niewielu. Kampania o Polskę trwa więc w najlepsze, będzie jeszcze bardziej bezwzględna, bo i Zachód, i Platforma mają ten sam cel: zniszczyć PiS, dokonać depolonizacji kraju i rozparcelować wpływy pomiędzy największych graczy. To dla tak zwanych Europejczyków wmarzona przyszłość. Lekko, łatwo i przyjemnie, bez potrzeby rządzenia i odpowiedzialności za losy państwa. Obóz władzy nie ma czasu na rozważania, tarcia i ambicjonalne popisy tych czy innych liderów politycznych. Można rzec, jego problem. Jak tego nie widzi, to kąsanie może się okazać skuteczne. I nie chodzi tu bynajmniej o twitterowe kąsanie Tuska.