środa, 20 stycznia 2021

Kruchy początek nowej prezydentury

 

Nie wspomniał o Borysie Budce - to boli i jest po prostu niezrozumiałe, wręcz niepojęte. Nie nawiązał też wprost do prezydenta Donalda Trumpa, ale poświęcił mu tak naprawdę ponad połowę swojego inauguracyjnego przemówienia. Rasizm, biała supremacja, wewnętrzny terroryzm, przemoc – to obraz Ameryki oczami Joe Bidena. Nie odwołał się nawet pojednawczo do wyborców ustępującego prezydenta, ograniczając się jedynie do pragnienia jedności. Bodaj najszczerzej zabrzmiały słowa o srogiej zimie i pandemii koronawirusa. I właściwie nic więcej, żadnego wielkiego przesłania, które pozostałoby w pamięci nawet jego wyborców. Oczywiście, za oceanem i w Warszawie, będzie co niemiara zachwytów nad nowym otwarciem, wielkim dniem nowej Ameryki, i tak długo oczekiwanym upadkiem Trumpa. Szczególnie chyba w stacji TVN 24, której czołowi redaktorzy   odkrywali w wystąpieniu Joe Bidena frazy wprost genialne. Niestety, nic genialnego, porywającego, ani nawet przykuwającego uwagę tam nie było. Tak naprawdę banał gonił banał, i dlatego nic z tej przemowy nie pozostało w pamięci, co już zauważyli komentatorzy, występujący bynajmniej nie w TVP. Tu nie trzeba być zwolennikiem Trumpa, by zauważyć jak nijakie było otwarcie nowej prezydentury. Na to wszystko nakłada się głęboki podział społeczny. Aż trzy czwarte wyborców Republikanów uważa, że wybory były sfałszowane, więc tego nie da się tak po prostu przeskoczyć i wejść na drogę pojednania. Tym bardziej, że lwia część Demokratów nie chce żadnego porozumienia, zasypywania podziałów. Dominuje pragnienie odwetu i rewolucji obyczajowej niesionej na sztandarach tolerancji i demokracji.

 

W Polsce, z percepcją nowej prezydentury jest pewien podstawowy problem: nie ma w zasadzie chłodnego oglądu tego co się stało. Albo czerwona Ameryka, albo tryumf liberalnej demokracji, co niechybnie oznacza – a jakże – koniec rządów PiS. Radość Platformy Obywatelskiej ociera się o śmieszność, z wyjątkiem szefa tej partii Borysa Budki. Tu już mamy do czynienia z oderwaniem się od rzeczywistości, zapewne trwałym i to nie tylko w kwestii Joe Bidena. W zasadzie, to PO wygrała w USA z Trumpem - tak właśnie było, jeśli ktoś jeszcze śmie wątpić w siłę polskiej opozycji. Biden jeszcze bardziej uwolni „wolne sądy” i „wolne media”, będzie grillował PiS dzień w dzień, bo przecież po to właśnie został prezydentem. Nic z tych mrzonek Borysa Budki się nie spełni, choć nowej administracji jest z pewnością bliżej do narracji, którą posługuje się Platforma. Najbliższe dwa lata (w optymistycznym wariancie) upłyną pod znakiem globalnego chaosu politycznego i pandemicznego, walki o wpływy i nowy układ w światowej polityce.

 

W naszej rzeczywistości, być może zyskają Niemcy, ale to nie oznacza, że nowy prezydent odda im po prostu Europę. Tak naprawdę nic lub niewiele dziś  wiadomo, tym niemniej, żadnych radykalnych kroków Ameryki nie należy się teraz spodziewać, bo to nie jest czas na wielką zagraniczną ofensywę. Stany Zjednoczone muszą się najpierw same pozbierać, a nade wszystko – i to jest kwestia fundamentalna - maleje znaczenie amerykańskiego establishmentu politycznego na rzecz wielkich korporacji i radykalnych ruchów społecznych, które upatrują w Joe Bidenie pogromcy Trumpa i białej rasy. Patrząc z perspektywy kilku godzin, które upłynęły od inauguracji na Kapitolu, była ona po prostu smutna, niepewna, tak jakby wszyscy zacni goście tego wydarzenia zdawali sobie sprawę z tego, że najtrudniejsze miesiące i lata dopiero przed Ameryką.          

środa, 6 stycznia 2021

Bunt Ameryki na Kapitolu

 Grubo ponad 200 lat amerykańskiej demokracji właśnie legło w gruzach. Sfałszowane, bądź nie, wybory prezydenckie był tak naprawdę jedynie ostatnim akordem politycznego starcia pomiędzy dwoma światami, z których jeden – liberalny i częściowo skrajnie lewicowy uznał przedwcześnie, że stara, zmurszała i biała Ameryka, oparta na wolności i chrześcijańskich korzeniach, została ostatecznie pokonana. Szturm na Kapitol nie jest oczywiście żadnym rozwiązaniem niebywałego rozdarcia społecznego, jakie nastąpiło w Stanach Zjednoczonych, od momentu, gdy wielkomiejskie elity wschodniego i zachodniego wybrzeża uznały, że Donald Trump musi być pokonany za wszelką cenę, że symbolizuje on świat, który raz na zawsze musi zniknąć, po to, by narodził się wreszcie nowy, wspaniały ład liberalnej demokracji, która – a jakże – zwieńczy historię tradycyjnego świata podzielonego pomiędzy konkurujące ze sobą narody. To, co dziś wydarzyło się na Kapitolu było oczywiście nie tyle do przewidzenia, co było nieuchronne. Ogromna machina medialna liberalnych stacji telewizyjnych i portali walcowała przez ostatnie lata nie tylko Donalda Trumpa i Republikanów, ale przede wszystkim mówiła połowie Amerykanów: wy z południa, wy z prowincji, jesteście gorsi, wasze pomniki zasługują na zburzenie, a wasz świat jest anachroniczny.

To nie jest tylko zakwestionowanie wyniku wyborów, to jest bunt przeciwko totalitarnej Ameryce spod znaku ruchu Black Lives Matter, który oczywiście w imię demokracji, równości, walki z rasizmem, próbuje zainstalować porządek rodem z uniwersyteckich kampusów, gdzie już od dawna panuje terror poprawności politycznej. Dlatego nie może dziwić wtargnięcie do Kapitolu, ponieważ wyborcy Trumpa, a jest ich ponad 70 milionów, poczuli się zagrożeni, wręcz wykluczeni. Być może jest to przedsmak tego, co czeka nas za krótki czas w Europie. Nie wszędzie i nie od razu, ale w którymś momencie – także ze względu na zmęczenie pandemią – wyborcy o konserwatywnych poglądach nie będą dłużej znosić próby narzucenia nowego porządku kulturowego, w którym możesz czuć tylko wtedy wolnym, jeśli uznasz z góry narzucony ci system wartości, często całkowicie ci obcy. Ten problem dotyczy także Polski. Apetyty środowisk skupionych wokół tak zwanego Strajku Kobiet, Gazety Wybiorczej czy szczątkowych już elit IIIRP na rewolucję kulturową w naszym kraju mogą spotkać się z podobną reakcją jak dziś w Waszyngtonie. To nie jest oczywiście scenariusz pożądany dla Polski, nikt rozsądny tego nie chce, tylko warto w tym momencie spojrzeć właśnie na Amerykę, gdzie ofensywa liberalna przybrała rozmiary wojny kulturowej z konserwatywną częścią społeczeństwa.

To, co dziś dzieje się na Kapitolu jest historycznym i symbolicznym momentem w dziejach demokracji, nie tylko amerykańskiej. I jeśli nawet te dramatyczne wydarzenia w Waszyngtonie zakończą się pokojowo, a Joe Biden zostanie 46. Prezydentem USA, to dekonstrukcja światowego ładu jaki znamy, i w jakim jeszcze dziś żyjemy, może gwałtownie przyspieszyć, powodując skutki polityczne, których nie jesteśmy w stanie w ogóle przewidzieć. Można apelować o rozwagę, można ten proces nawet powstrzymać, ale nie wydaje się, by machina burzenia starego porządku została przez kogokolwiek powstrzymana.


piątek, 28 sierpnia 2020

Kampania o Polskę trwa w najlepsze

 Donald Tusk nie tylko rozgrywa opozycję jak chce, ale nawet ma rację, kiedy mówi , że trzeba skakać PiS- owi do gardeł. To oczywiste: ani chwili spokoju, ani jednego dnia odpoczynku dla znienawidzonej władzy. Trzeba nękać za wszystko, manipulować i kłamać, bo inaczej ludzie przysną, zajmą się sobą, a co najgorsze, mogą nawet zauważyć, że w tym reżimie da się żyć. Radyklane skrzydło Zjednoczonej Prawicy myśli chyba podobnie. Nie dać opozycji ani chwili odpoczynku, postawić na konflikt, a przy okazji zebrać punkty u wyborców. Towarzyszy temu przekonanie, że mamy teraz trzy lata przygotowań, reorganizacji, nowych rozdań i gier strategicznych. Że można się na nowo poukładać, zająć nowe, mocniejsze pozycje na szachownicy. To niezwykle naiwne założenie. Kampania o Polskę trwa w najlepsze, do tej pory udało się zaledwie zająć przyczółki, z których można przygotować się do właściwej bitwy o przyszłość kraju. O jaką? Wolną od kompleksów, ambitną, nowoczesną, opartą na narodowej tożsamości, bez której po prostu nas nie będzie.

Spoglądając na sytuację opozycji, eksperci nie mogą się nadziwić, po co tworzyć ruch poza Platformą, pod wodzą człowieka, który jest wiceszefem tej partii. Po co deklarować, że ten ruch nie wystartuje w wyborach, choć lider tego ruchu Rafał Trzaskowski zdobył 10 milionów głosów. Wygląda to na działanie odśrodkowe, mające pogrzebać starą PO, ale czy naprawdę analizowanie tych dziwnych działań opozycji ma jakikolwiek sens? A może po prostu chodzi o to, co dla Donalda Tuska i zachodnich elit jest dziś najważniejsze, skoro nie udaje się pokonać prawicy w demokratycznych wyborach: wywołać chaos. Skłócić wszystkich ze wszystkimi, zablokować jakiekolwiek porozumienie w polskich sprawach i trzymać kciuki za te siły polityczne na prawicy, które chcą obecnie zająć bardziej eksponowane miejsce w obozie władzy. Jeśli polegnie Platforma, będzie Ruch Trzaskowskiego, który albo przekształci się w partię, albo rozleci się po roku. Nie będzie „ruchu Rafała”, to będzie nowa inicjatywa, kolejna rekonstrukcja, do której rekonstruktorów z pewnością nie zabraknie. Bo dopóki jest PiS, wojna trwa, a przeciwnik wydaje się słabnąć pod ciężarem gospodarczych wyzwań i wewnętrznych tarć. Nie jest wcale tak, że władza jaką dziś dysponuje Prawo i Sprawiedliwość zapewnia rządzącym komfort i przewagę nad opozycją. Szturm mediów na PiS nie ustanie ani na moment, każdy błąd będzie traktowany jako niebywały skandal, a zagranica będzie wspierać dekompozycję polityczną wszelkimi dostępnymi metodami.


Dlatego przeświadczenie, że obóz władzy ma teraz przed sobą trzy lata stabilnych rządów jest mrzonką, a przekonanie, że nadszedł właśnie dobry moment do nowego rozdania na szczytach władzy jest głupotą polityczną. Wprost przeciwnie. Nie ma ani jednego dnia na tego typu dywagacje i sny o potędze. Z drugiej strony pójdzie, rozproszony co prawda, ale jeszcze bardziej niebezpieczny atak na PiS. Wezmą w nim udział samorządy dużych miast, ruch LGBT, praktycznie wszystkie liczące się na rynku media, z wyjątkiem telewizji publicznej, dojdą kolejne rezolucje i czarny „pijar” o Polsce , w której rządzi nacjonalistyczny reżim, bezwzględnie niszczący demokrację. Dziś, prawda w polityce i w mediach nie ma już większego znaczenia. Jeden pobity gej w Polsce to więcej niż trzystu gejów pobitych w Berlinie. Udało się już wytworzyć na Zachodzie absurdalną opinię o naszym kraju, jako miejscu torturowania mniejszości seksualnych. Nie ma nawet czasu tych bredni prostować, ponieważ to jest kampania oparta na zbiorowym wysiłku wszystkich tych sił, które decydują po prostu o narracji politycznej nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.

Nie jest to jednak powód do histerii po stronie obozu władzy. PiS ma tylko jedno rozsądne wyjście w tym nierównym starciu. Rozmawiać z ludźmi tak, jakby to był środek kampanii wyborczej. A przy tym brać z owoców władzy znacznie mniej niż można, rządzić z pokorą, a nie obrażać się na tych, którzy często słusznie wytykają błędy i zaniechania. Innymi słowy, dziś Prawu i Sprawiedliwości potrzebna jest pokora i pełna mobilizacja do decydującego rozdania, jakie nastąpi za trzy lata. Wcale nie jest tak, że wybory prezydenckie były najważniejsze i przełomowe. Każde następne będą jeszcze ważniejsze i jeszcze bardziej przełomowe, ponieważ każde następne zwycięstwo polskiej racji stanu, polskich spraw nad obcymi, przybliży Polskę do zajęcia w Europie miejsca, o jakim nam się jeszcze kilka lat temu nie śniło.


Skoro w tym zdekonstruowanym świecie nie ma już miejsca na prawdę, to Prawo i Sprawiedliwość musi mieć także swoją własną narrację, o tyle być może skuteczniejszą, bo jednak opartą na realnych osiągnięciach ostatnich pięciu lat. Tyle tylko, że wszystko wokół nas tak bardzo przyspiesza, że za rok nikt już nie będzie o tym pamiętał, albo tylko niewielu. Kampania o Polskę trwa więc w najlepsze, będzie jeszcze bardziej bezwzględna, bo i Zachód, i Platforma mają ten sam cel: zniszczyć PiS, dokonać depolonizacji kraju i rozparcelować wpływy pomiędzy największych graczy. To dla tak zwanych Europejczyków wmarzona przyszłość. Lekko, łatwo i przyjemnie, bez potrzeby rządzenia i odpowiedzialności za losy państwa. Obóz władzy nie ma czasu na rozważania, tarcia i ambicjonalne popisy tych czy innych liderów politycznych. Można rzec, jego problem. Jak tego nie widzi, to kąsanie może się okazać skuteczne. I nie chodzi tu bynajmniej o twitterowe kąsanie Tuska.


sobota, 22 sierpnia 2020

Nowy scenariusz dla Polski

W jakim punkcie jesteśmy? Na granicy dwóch światów – pomiędzy tradycją i wrzaskiem nowej cywilizacji, która burzy stary porządek na Zachodzie. Reakcje bywają skrajne po jednej i po drugiej stronie – nie zmienia to jednak faktu, że hasło LGBT ma być teraz kolejnym batem na „zacofaną” kulturowo Polskę. Jan Peszek* nie jest zacofany, ale jednocześnie jest tak ograniczony intelektualnie, że nie dostrzega - jak zresztą większość zgorzkniałych dziś aktorów – kluczowego momentu w historii państwa, które zaledwie odbiło się od komunistycznych zniszczeń. Tym  niemniej, ma ono jednak już tak duży potencjał gospodarczy i polityczny, że teraz – albo stanie się bardzo znaczącym graczem w Europie, albo zostanie skutecznie skarcone za swoje ambicje, aspiracje i marzenia.
 
Dziś unika się rozpatrywania procesów społecznych z punktu widzenia psychologii, a jednak chyba warto, szczególnie jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, jakie motywacje mają (mogłyby) służyć budowie zamożnej Polski, w której współistniałyby jeszcze dwa światy – ten, który tak imponował nam, gdy wychodziliśmy z komunizmu i ten, który tak agresywnie chce dziś wykorzenić nas z tradycyjnych wartości, nadal bliskich większości Polaków. Wchodzenie w analizę połajanek, wyzwisk, obraźliwych wpisów, gróźb, hejtu -  sączących się permanentnie już od wielu miesięcy, jest najzwyczajniej w świecie bezprzedmiotowe. Ani z jednej, ani z drugiej strony, nie ma dziś żadnej spójnej wizji państwa na najbliższe dekady, wszystko ogranicza się do odpierania ataków lub atakowania. A nawet jeśli zręby tej wizji są obecne w publikacjach osób związanych ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości, to i tak nie ma na ten temat szerszej dyskusji. Dominuje pyskówka ograniczona do medialnej bańki, w którą próbuje się wciągnąć cały naród, podtrzymując tezę o głębokim podziale Polaków. Z kolei patologiczne zachowanie opozycji w sporze o Polskę, sprowadzające się do negowania każdego ruchu władzy, tylko potwierdza tezę, że Platforma Obywatelska i większość lewicy, w żaden sposób nie reprezentuje interesów naszego państwa, jest raczej schyłkową formą „kompleksu polskiego”, formacją o głębokim poczuciu niższości wobec Zachodu, do tego wypełnioną pychą wobec rządzących i pogardą wobec wyborców PiS.
 
 
Tego głębokiego podziału w obrębie formacji politycznych nie da się złagodzić i nie ma zresztą takiej potrzeby, ponieważ podział ten dla przyszłości Polski nie ma większego znaczenia, a dialog już dawno został zerwany. Jeśli większość klasy politycznej w Polsce zgodzi się co do tego, że mamy wszelkie niezbędne narzędzia do tego, by wyzwolić się ostatecznie z układu jałtańskiego, z bycia gdzieś pomiędzy Niemcami i Rosją, z bezrefleksyjnego trwania jako dopieszczany od czasu do czasu uczeń „wielkich demokracji”, to niezbędna jest do osiągnięcia tego celu jasna motywacja. Nie dla starszego pokolenia, które dziś jest w cieniu gorącej debaty, tylko dla pokolenia ludzi młodych, pomiędzy dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, które albo już zostało  zagarnięte przez piewców „kompleksu polskiego”, albo jest poddawane tresurze politycznej poprawności.
 
Innymi słowy, trzeba szukać pragmatycznego paradygmatu dla kilku milionów Polaków, który przekona ich, że polityka obozu władzy, nawet jeśli niedoskonała, a nawet czasami nieudolna, stawia sobie właśnie taki cel: Polska jako jedno z państw dominujących w Europie, otwarte na nowoczesność, ale broniące polskości jako fundamentu naszego istnienia na mapie świata. W takim położeniu geopolitycznym, jakie zostało nam dane, nie możemy nagle wyrwać się z naszych korzeni i liczyć na to, że przetrwamy w otoczeniu dwóch hegemonów. Silną motywacją dla wielu Polaków jest patriotyzm, odwoływanie się do przeszłości, szukanie w niej natchnienia dla ambitnych wizji. To dziś za mało. Część młodego pokolenia odrzuca tradycję, skupia się na świecie globalnym, religię traktuje jako opresję, a obecny obóz władzy prawie jak ciemiężcę.
 
Jeśli Prawo i Sprawiedliwość chce napisać dobry scenariusz dla Polski, to musi sięgnąć po nowe narzędzia, musi uwzględnić w swoim planie szersze spektrum społeczne niż w 2015 roku. Głównym wrogiem Polski nie jest dziś LGBT (choć oczywiście ta ideologia jest wielkim zagrożeniem), tylko ciągle jeszcze niemal wszechobecne przekonanie, że jesteśmy nadal gdzieś za, że jeszcze nam do kogoś strasznie daleko, że nie możemy się równać z innymi, dużymi państwami Europy. Rzecz w tym, że jest to jeden wielki fałsz wytworzony przez media, które realizują scenariusz obcy Polsce. Pod bardzo wieloma aspektami, życie tu i teraz, jest lepsze i wygodniejsze niż w wielu państwach Zachodu. Trzeba tylko patrzeć całościowo, a nie jedynie przez pryzmat PKB i wysokości zarobków. Co więcej,  pod koniec tej dekady Polska może z powodzeniem znaleźć się w pierwszej trójce najbogatszych państw Unii. To nie są mrzonki, tylko prognozy ekonomiczne, uaktualnione po kilku miesiącach pandemii, która osłabiła wiele gospodarek znacznie mocniej niż Polskę.  
 

Jeśli części młodego pokolenia nie inspiruje już przeszłość, tradycyjny patriotyzm, to zadaniem rządzących dziś Polską jest stworzenie takiej wizji, która przekona je do udziału w projekcie tworzenia zamożnej i nowoczesnej Polski, niezależnie od różnic kulturowych czy politycznych. Do tego niezbędny jest balans pomiędzy owym „starym” i „nowym” światem. Oczywiście tego balansu nie można wypracować ani z PO, ani z Lewicą, ani z potencjalnym ruchem Rafała Trzaskowskiego. Dialog z tymi siłami jest stratą czasu. Właśnie w imię pragmatyzmu, który jest dziś tak potrzebny obozowi władzy. Polityczne wilki mogą dalej tkwić w okopach, ostrzeliwać się na portalach społecznościowych i na wizji, nie ma w tym nic aż tak negatywnego, ale przyszłość Polski wymaga dziś nowego projektu. Jaki to ma być projekt, jakie będą jego filary? To jest ostatni moment, by rozpocząć na ten temat poważną dyskusję.  

czwartek, 6 sierpnia 2020

Opozycja przeciwko Polsce

Trzyletnia batalia wyborcza, ze szczególnym uwzględnieniem zakończonej niedawno kampanii prezydenckiej, to najważniejsze doświadczenie w polskiej polityce po 1989 roku. U jej kresu, uformowała się na dobre i okrzepła formacja polityczna, która występuje przeciwko Polsce, nawet się z tym szczególnie nie kryjąc. Jest przy tym klinicznym przykładem zakompleksienia wobec Zachodu. Niezwykle głębokiego, które objawia się w skrajnej postaci ukrywaniem swojego pochodzenia poza granicami kraju i opluwaniem własnej Ojczyzny gdziekolwiek się da. Ta nowa formacja nie ogranicza się jedynie do Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej (w stanie upadłości). Aspiruje do niej część Lewicy, ale póki co w kontrze, licząc zapewne na to, że zdobędzie monopol na swoją „tęczowość”.


W przypadku PO zdrada państwa wynika z odcięcia się od polskiej państwowości na rzecz oddania obszaru Rzeczpospolitej pod dominację Niemiec, oczywiście pod sztandarami Unii Europejskiej. W tym drugim przypadku, odcięcie się od polskości wynika z pobudek ideologicznych i jest podyktowane dołączeniem do europejskiej rewolucji kulturowej, której celem jest powstanie nowego, globalnego ustroju, potocznie nazywanego demokracją liberalną, a tak naprawdę będącego klasycznym totalitaryzmem. Tyle tylko, że umocowanym na najwyższym poziomie, bo w sferze myśli i wolności słowa. Na Zachodzie ten proces trwa od początku lat dziewięćdziesiątych i dobiega już końca, w Polsce dopiero się rozpoczął. Symbolicznie, „Klątwą” w Teatrze Powszechnym, o czym już chyba zapomnieliśmy. Obydwie te formacje polityczne stanowią śmiertelne zagrożenie dla niepodległości Polski. Dlatego nie będzie trzech lat spokoju, a nade wszystko spokojnych rządów, walka z własnym państwem będzie toczyła się dalej z użyciem wszelkich sił i środków. Nie ma zmiłuj. Odpowiedzią może być jedynie absolutna determinacja wszystkich sił patriotycznych, działanie wspólne, wykluczające osobiste ambicje polityczne. Kluczowa dla przyszłości Polski będzie właśnie ta dekada, to ona zdecyduje o tym , czy zwyciężą polskie sprawy, czy zostaniemy po prostu pokonani.


Nie ma w tej diagnozie żadnej nadinterpretacji. Bojkot zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy nie był przykładem niedojrzałości politycznej, był jak najbardziej wrogim wystąpieniem wobec polskiego państwa. Przyznaniem się, że nie będzie zgody na dialog i merytoryczną dyskusję o Polsce. Niektórzy politycy Prawa i Sprawiedliwości lekceważą ten akt pogardy dla wyborców i dla demokratycznego państwa, ale szybko się przekonają, że machina, której celem jest destrukcja i depolonizacja kraju, dopiero się rozkręca. To, co może zrobić Zjednoczona Prawica i ta część opozycji, która akceptuje plan budowy silnej i zamożnej Polski, to konsekwentne wprowadzenie w życie dalszej modernizacji kraju, wzmocnienie jego bezpieczeństwa militarnego i - jeśli będzie to skuteczne – poszerzanie poprzez dialog swoich wpływów w społeczeństwie. Przekonanie wyborców radykalnej opozycji do Polski łączącej umiejętnie tradycję z nowoczesnością. Innymi słowy, takiej Polski, której fundamentem jest wolność.   


niedziela, 2 sierpnia 2020

Tęczowa barbaryzacja Polski

Pałują we Francji i to na potęgę, pałują w Niemczech i w Hiszpanii, leje się krew, w zamieszkach giną ludzie, ale demokracja zachodnia ma się świetnie. W Polsce, histeria wokół środowiska LGBT przybrała takie rozmiary, jakby gejów i lesbijki masowo bito na ulicach. Jego aktywiści podają przykłady samobójstw z powodu odrzucenia i prześladowań, ale nie podają dowodów na to, że to właśnie owa mityczna homofobia była przyczyną targnięcia się na życie. Zresztą to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ sfrustrowane rządami PiS media (a jest ich większość) tylko czekają na okazję do ataku. Na nikim nie robi wrażenia kradzież znicza spod Pomnika Jezusa Chrystusa na Krakowskim Przedmieściu, który postawił tam premier Mateusz Morawiecki po jego profanacji przez aktywistów LGBT. Przenieśli go na most, gdzie miała targnąć się na życie osoba należąca do mniejszości seksualnej. Tworzy się na naszych oczach narrację kraju, w którym opresyjna władza i ciemny lud prześladują środowisko LGBT. A wystarczy tylko zajrzeć do statystyk Berlina z ostatnich lat, by przekonać się, że dzielą nas lata świetlne w liczbie przestępstw wobec mniejszości seksualnych. W 2018 roku, tylko w samym Berlinie odnotowano ich aż 255. W Polsce, według różnych statystyk, bynajmniej nie rządowych (np. OBWE), liczba przestępstw motywowanych nienawiścią do mniejszości seksualnych nie przekroczyła w ostatnich latach stu, choć oczywiście nie powinno być ich wcale. Za to w tegorocznym rankingu Międzynarodowego Stowarzyszenia Lesbijek i Gejów, Biseksualistów i Transseksualistów (ILGA) jesteśmy na samym „dnie” Unii Europejskiej. Po prostu katastrofa.

 

Cóż więc się dzieje w ostatnich dniach, skąd ta niebywała nadaktywność aktywistów LGBT, profanowanie świętych symboli dla Polaków, agresja i degeneracja, której byliśmy świadkami 1 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu? Dzieje się tak, ponieważ po pierwsze: Polska jest krajem bezpiecznym i tolerancyjnym dla innych orientacji seksualnych, więc trzeba dowieść, że tak nie jest, trzeba tak długo prowokować, by doszło do odwetu, by mityczny już dzisiaj Zachód (który z dawnym Zachodem nie ma nic wspólnego), znalazł kolejny bat na znienawidzony tam „narodowo – konserwatywny rząd Prawa i Sprawiedliwości”. Dlatego wrzuca się do mediów zachodnich kłamstwo o strefach wolnych od LGBT, a Komisja Europejska ma pretekst do uderzenia w samorządy, które bronią praw rodziny. Po drugie: Polska nie pasuje do świata, który już zaczyna dominować w Holandii czy we Francji, a jest to świat wyrwany z korzeniami z jakiejkolwiek tradycji. Jest to cywilizacja zniewolonych społeczeństw żyjących w błogim przeświadczeniu, że właśnie nadszedł wielki kulturowy przełom, który zajmie miejsce tradycji judeo – grecko – chrześcijańskiej.

 

 

Ale przede wszystkim, Polska stanowi dziś dla piewców neobolszewickiej, czy jak kto woli neomarksistowskiej rewolucji, wielki problem. Jesteśmy nie tylko bastionem tradycji i wolności w skali Europy, ale także jesteśmy piątym największym państwem Unii Europejskiej. Bez przełamania oporu Polski nie da się zbudować wspólnej przestrzeni ideologicznej dla nowego świata, jaki ma powstać z ruin chrześcijaństwa. O tym wszystkim się pisze i rozmawia na zdominowanych przez lewicę uniwersytetach, a ruch LGBT jest jedynie narzędziem do zmiany obyczajów, kultury, całego naszego codziennego życia. We Francji będą nadal pałować, szarpać sędziów, w Niemczech będą bić gejów, ale to Polska jest teraz na celowniku, choćby dlatego, że swój kres ma już chyba walka o „wolne sądy”, więc teraz "prześladowania" LGBT mogą posłużyć w walce o praworządność. Gra o polskie dusze (dosłownie) toczy się zresztą od 1989 roku i nie ma potrzeby tu szerzej opisywać na czym ona polega. Jeśli czegoś nie da się odebrać Polakom, to trzeba udowodnić, że było zupełnie inaczej: nie byliśmy ofiarami tylko katami, jeśli Powstanie Warszawskie jest wielkim tryumfem wolności i wiary w niepodległą Polskę, to trzeba próbować zawłaszczyć jego symbole, albo w bezsilności profanując je.  

 

To jest początek, a skoro tak, to jest czas na to, by postawić tamę barbaryzacji naszego kraju. Nowoczesność i otwartość jest w Polsce znakomicie rozumiana i obecna, doprawdy, nie trzeba tu nic lub niewiele zmieniać. Zagrożona jest najważniejsza wartość: wolność. Musimy jej bronić, a kluczową rolę do odegrania ma edukacja młodego pokolenia. Nie ma żadnych przeszkód, by uczniowie ostatnich klas szkoły podstawowej mieli przez semestr lub dwa obowiązkowy przedmiot „Powstanie Warszawskie”. Bo to jest wiedza o wolności i polskości. W wymiarze narodowym i uniwersalnym. Ale nie mniej ważna staje się dziś edukacja ekonomiczna i zrozumienie współczesnego świata, który w epoce smartfonów, został zdominowany przez siewców barbaryzacji życia. Odciąć od korzeni, od tożsamości – to nie jest coś co nas czeka, tylko coś, co się dzieje już, tu i teraz.

sobota, 1 sierpnia 2020

Polska kotwica wolności

Przypadkowa Polska istnieje na co dzień, każdego dnia, odcięta od korzeni, zachwycona wyzwoleniem od nieznośnej ciężkości narodowego bytu. Wszystko co polskie i biało – czerwone irytuje i wymaga nowoczesnej dekonstrukcji. Tęczowy orzeł, tęczowy znak Polski Walczącej, to wszystko nie jest tylko prowokacją, ale nade wszystko świadomym działaniem zniszczenia fundamentów wolności, najcenniejszej dla nas wartości. Za wolność Polacy ginęli, ale walcząc o wolność również zwyciężali. W czasach komunizmu, który był dla większości społeczeństwa nieznośną „koniecznością”, i w czasach, gdy tak wielu Polaków pamiętało jeszcze II Rzeczpospolitą, wolność, wbrew obiegowym opiniom o zniewoleniu całych narodów Europy Środkowej, była w nas obecna, doświadczaliśmy jej w sobie samych. Wtedy, gdy powstawała „Solidarność” i wtedy, gdy po chwilowym zwątpieniu, powstawał ruch podziemny w stanie wojennym. Wtedy też wydawało się, a może nawet byliśmy tego pewni, że chcemy by było tak jak na Zachodzie, słusznie sądząc, że w Paryżu czy Londynie wolność jest fundamentem, na którym zbudowana jest zachodnia demokracja. Dziś jednak z tego dawnego Zachodu niewiele już pozostało. Strzępy wolności, strzępy tradycji.




W Polsce, po 1989 roku, nie było wielkiego wybuchu wolności, można mówić co najwyżej o chwilowym entuzjazmie, że w końcu ten wymarzony Zachód do nas zawitał. Pierwsze lata to dramat milionów ludzi, którzy zamiast zyskać, stracili niemal wszystko. Ale wtedy Zachód oddychał jeszcze wolnością, tak jak my dziś jeszcze nią oddychamy, jeszcze ją mamy, choć jest ona znowu zagrożona jak nigdy wcześniej. Bez jednego wystrzału, bez ofiar. Paradoksalnie, to Polska jest dziś bastionem wolności, a Zachód światem niemal zniewolonym. Oczywiście, dostatnim, bogatym, z niebywałą wręcz różnorodnością, ale w ramach jednej nowomowy, jednej ideologii, która ten dawny „wolny świat” kontroluje. Na razie, Polska dość skutecznie broni się przed nacierającym nowym totalitaryzmem, który jest przeciwieństwem wolności i wrogiem polskości. Przełom 2015 roku, poza konsekwencjami politycznymi, miał jeszcze o wiele ważniejsze konsekwencje kulturowe. Udało się bowiem powstrzymać oddanie naszego państwa w ręce tak zwanej demokracji liberalnej, która z ideą wolności nie ma nic wspólnego.




W dniu 76. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego nie warto zgłębiać współczesnego dramatu Polski, jakim jest konsekwentne dążenie części opozycji do tego, by Polska stała się krajem przypadkowym w środku Europy, tęczowym, bez właściwości, odciętym od chrześcijańskich korzeni, w pełni dyspozycyjnym wobec zachodnich elit, jeszcze jednym miejscem na mapie Europy, w którym będzie się dobijać wolność, w imię mitycznej demokracji liberalnej. Wielu Polaków święcie wierzy w to, że to jest właśnie ów wymarzony Zachód, a część z nich odnosi się z pogardą do świata, bez którego nigdy by nie było zwycięskiej Bitwy Warszawskiej i nigdy by nie było wielkiego zrywu bohaterskiej Warszawy. Mamy więc jeszcze kotwicę wolności w kotwicy Polski Walczącej, w niemitycznej, ale prawdziwej polskości, więc agresorom nie będzie łatwo odebrać nam wolność, która, tak jak dziś, zachwyca i daje nam siłę.