sobota, 22 sierpnia 2020

Nowy scenariusz dla Polski

W jakim punkcie jesteśmy? Na granicy dwóch światów – pomiędzy tradycją i wrzaskiem nowej cywilizacji, która burzy stary porządek na Zachodzie. Reakcje bywają skrajne po jednej i po drugiej stronie – nie zmienia to jednak faktu, że hasło LGBT ma być teraz kolejnym batem na „zacofaną” kulturowo Polskę. Jan Peszek* nie jest zacofany, ale jednocześnie jest tak ograniczony intelektualnie, że nie dostrzega - jak zresztą większość zgorzkniałych dziś aktorów – kluczowego momentu w historii państwa, które zaledwie odbiło się od komunistycznych zniszczeń. Tym  niemniej, ma ono jednak już tak duży potencjał gospodarczy i polityczny, że teraz – albo stanie się bardzo znaczącym graczem w Europie, albo zostanie skutecznie skarcone za swoje ambicje, aspiracje i marzenia.
 
Dziś unika się rozpatrywania procesów społecznych z punktu widzenia psychologii, a jednak chyba warto, szczególnie jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, jakie motywacje mają (mogłyby) służyć budowie zamożnej Polski, w której współistniałyby jeszcze dwa światy – ten, który tak imponował nam, gdy wychodziliśmy z komunizmu i ten, który tak agresywnie chce dziś wykorzenić nas z tradycyjnych wartości, nadal bliskich większości Polaków. Wchodzenie w analizę połajanek, wyzwisk, obraźliwych wpisów, gróźb, hejtu -  sączących się permanentnie już od wielu miesięcy, jest najzwyczajniej w świecie bezprzedmiotowe. Ani z jednej, ani z drugiej strony, nie ma dziś żadnej spójnej wizji państwa na najbliższe dekady, wszystko ogranicza się do odpierania ataków lub atakowania. A nawet jeśli zręby tej wizji są obecne w publikacjach osób związanych ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości, to i tak nie ma na ten temat szerszej dyskusji. Dominuje pyskówka ograniczona do medialnej bańki, w którą próbuje się wciągnąć cały naród, podtrzymując tezę o głębokim podziale Polaków. Z kolei patologiczne zachowanie opozycji w sporze o Polskę, sprowadzające się do negowania każdego ruchu władzy, tylko potwierdza tezę, że Platforma Obywatelska i większość lewicy, w żaden sposób nie reprezentuje interesów naszego państwa, jest raczej schyłkową formą „kompleksu polskiego”, formacją o głębokim poczuciu niższości wobec Zachodu, do tego wypełnioną pychą wobec rządzących i pogardą wobec wyborców PiS.
 
 
Tego głębokiego podziału w obrębie formacji politycznych nie da się złagodzić i nie ma zresztą takiej potrzeby, ponieważ podział ten dla przyszłości Polski nie ma większego znaczenia, a dialog już dawno został zerwany. Jeśli większość klasy politycznej w Polsce zgodzi się co do tego, że mamy wszelkie niezbędne narzędzia do tego, by wyzwolić się ostatecznie z układu jałtańskiego, z bycia gdzieś pomiędzy Niemcami i Rosją, z bezrefleksyjnego trwania jako dopieszczany od czasu do czasu uczeń „wielkich demokracji”, to niezbędna jest do osiągnięcia tego celu jasna motywacja. Nie dla starszego pokolenia, które dziś jest w cieniu gorącej debaty, tylko dla pokolenia ludzi młodych, pomiędzy dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, które albo już zostało  zagarnięte przez piewców „kompleksu polskiego”, albo jest poddawane tresurze politycznej poprawności.
 
Innymi słowy, trzeba szukać pragmatycznego paradygmatu dla kilku milionów Polaków, który przekona ich, że polityka obozu władzy, nawet jeśli niedoskonała, a nawet czasami nieudolna, stawia sobie właśnie taki cel: Polska jako jedno z państw dominujących w Europie, otwarte na nowoczesność, ale broniące polskości jako fundamentu naszego istnienia na mapie świata. W takim położeniu geopolitycznym, jakie zostało nam dane, nie możemy nagle wyrwać się z naszych korzeni i liczyć na to, że przetrwamy w otoczeniu dwóch hegemonów. Silną motywacją dla wielu Polaków jest patriotyzm, odwoływanie się do przeszłości, szukanie w niej natchnienia dla ambitnych wizji. To dziś za mało. Część młodego pokolenia odrzuca tradycję, skupia się na świecie globalnym, religię traktuje jako opresję, a obecny obóz władzy prawie jak ciemiężcę.
 
Jeśli Prawo i Sprawiedliwość chce napisać dobry scenariusz dla Polski, to musi sięgnąć po nowe narzędzia, musi uwzględnić w swoim planie szersze spektrum społeczne niż w 2015 roku. Głównym wrogiem Polski nie jest dziś LGBT (choć oczywiście ta ideologia jest wielkim zagrożeniem), tylko ciągle jeszcze niemal wszechobecne przekonanie, że jesteśmy nadal gdzieś za, że jeszcze nam do kogoś strasznie daleko, że nie możemy się równać z innymi, dużymi państwami Europy. Rzecz w tym, że jest to jeden wielki fałsz wytworzony przez media, które realizują scenariusz obcy Polsce. Pod bardzo wieloma aspektami, życie tu i teraz, jest lepsze i wygodniejsze niż w wielu państwach Zachodu. Trzeba tylko patrzeć całościowo, a nie jedynie przez pryzmat PKB i wysokości zarobków. Co więcej,  pod koniec tej dekady Polska może z powodzeniem znaleźć się w pierwszej trójce najbogatszych państw Unii. To nie są mrzonki, tylko prognozy ekonomiczne, uaktualnione po kilku miesiącach pandemii, która osłabiła wiele gospodarek znacznie mocniej niż Polskę.  
 

Jeśli części młodego pokolenia nie inspiruje już przeszłość, tradycyjny patriotyzm, to zadaniem rządzących dziś Polską jest stworzenie takiej wizji, która przekona je do udziału w projekcie tworzenia zamożnej i nowoczesnej Polski, niezależnie od różnic kulturowych czy politycznych. Do tego niezbędny jest balans pomiędzy owym „starym” i „nowym” światem. Oczywiście tego balansu nie można wypracować ani z PO, ani z Lewicą, ani z potencjalnym ruchem Rafała Trzaskowskiego. Dialog z tymi siłami jest stratą czasu. Właśnie w imię pragmatyzmu, który jest dziś tak potrzebny obozowi władzy. Polityczne wilki mogą dalej tkwić w okopach, ostrzeliwać się na portalach społecznościowych i na wizji, nie ma w tym nic aż tak negatywnego, ale przyszłość Polski wymaga dziś nowego projektu. Jaki to ma być projekt, jakie będą jego filary? To jest ostatni moment, by rozpocząć na ten temat poważną dyskusję.  

czwartek, 6 sierpnia 2020

Opozycja przeciwko Polsce

Trzyletnia batalia wyborcza, ze szczególnym uwzględnieniem zakończonej niedawno kampanii prezydenckiej, to najważniejsze doświadczenie w polskiej polityce po 1989 roku. U jej kresu, uformowała się na dobre i okrzepła formacja polityczna, która występuje przeciwko Polsce, nawet się z tym szczególnie nie kryjąc. Jest przy tym klinicznym przykładem zakompleksienia wobec Zachodu. Niezwykle głębokiego, które objawia się w skrajnej postaci ukrywaniem swojego pochodzenia poza granicami kraju i opluwaniem własnej Ojczyzny gdziekolwiek się da. Ta nowa formacja nie ogranicza się jedynie do Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej (w stanie upadłości). Aspiruje do niej część Lewicy, ale póki co w kontrze, licząc zapewne na to, że zdobędzie monopol na swoją „tęczowość”.


W przypadku PO zdrada państwa wynika z odcięcia się od polskiej państwowości na rzecz oddania obszaru Rzeczpospolitej pod dominację Niemiec, oczywiście pod sztandarami Unii Europejskiej. W tym drugim przypadku, odcięcie się od polskości wynika z pobudek ideologicznych i jest podyktowane dołączeniem do europejskiej rewolucji kulturowej, której celem jest powstanie nowego, globalnego ustroju, potocznie nazywanego demokracją liberalną, a tak naprawdę będącego klasycznym totalitaryzmem. Tyle tylko, że umocowanym na najwyższym poziomie, bo w sferze myśli i wolności słowa. Na Zachodzie ten proces trwa od początku lat dziewięćdziesiątych i dobiega już końca, w Polsce dopiero się rozpoczął. Symbolicznie, „Klątwą” w Teatrze Powszechnym, o czym już chyba zapomnieliśmy. Obydwie te formacje polityczne stanowią śmiertelne zagrożenie dla niepodległości Polski. Dlatego nie będzie trzech lat spokoju, a nade wszystko spokojnych rządów, walka z własnym państwem będzie toczyła się dalej z użyciem wszelkich sił i środków. Nie ma zmiłuj. Odpowiedzią może być jedynie absolutna determinacja wszystkich sił patriotycznych, działanie wspólne, wykluczające osobiste ambicje polityczne. Kluczowa dla przyszłości Polski będzie właśnie ta dekada, to ona zdecyduje o tym , czy zwyciężą polskie sprawy, czy zostaniemy po prostu pokonani.


Nie ma w tej diagnozie żadnej nadinterpretacji. Bojkot zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy nie był przykładem niedojrzałości politycznej, był jak najbardziej wrogim wystąpieniem wobec polskiego państwa. Przyznaniem się, że nie będzie zgody na dialog i merytoryczną dyskusję o Polsce. Niektórzy politycy Prawa i Sprawiedliwości lekceważą ten akt pogardy dla wyborców i dla demokratycznego państwa, ale szybko się przekonają, że machina, której celem jest destrukcja i depolonizacja kraju, dopiero się rozkręca. To, co może zrobić Zjednoczona Prawica i ta część opozycji, która akceptuje plan budowy silnej i zamożnej Polski, to konsekwentne wprowadzenie w życie dalszej modernizacji kraju, wzmocnienie jego bezpieczeństwa militarnego i - jeśli będzie to skuteczne – poszerzanie poprzez dialog swoich wpływów w społeczeństwie. Przekonanie wyborców radykalnej opozycji do Polski łączącej umiejętnie tradycję z nowoczesnością. Innymi słowy, takiej Polski, której fundamentem jest wolność.   


niedziela, 2 sierpnia 2020

Tęczowa barbaryzacja Polski

Pałują we Francji i to na potęgę, pałują w Niemczech i w Hiszpanii, leje się krew, w zamieszkach giną ludzie, ale demokracja zachodnia ma się świetnie. W Polsce, histeria wokół środowiska LGBT przybrała takie rozmiary, jakby gejów i lesbijki masowo bito na ulicach. Jego aktywiści podają przykłady samobójstw z powodu odrzucenia i prześladowań, ale nie podają dowodów na to, że to właśnie owa mityczna homofobia była przyczyną targnięcia się na życie. Zresztą to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ sfrustrowane rządami PiS media (a jest ich większość) tylko czekają na okazję do ataku. Na nikim nie robi wrażenia kradzież znicza spod Pomnika Jezusa Chrystusa na Krakowskim Przedmieściu, który postawił tam premier Mateusz Morawiecki po jego profanacji przez aktywistów LGBT. Przenieśli go na most, gdzie miała targnąć się na życie osoba należąca do mniejszości seksualnej. Tworzy się na naszych oczach narrację kraju, w którym opresyjna władza i ciemny lud prześladują środowisko LGBT. A wystarczy tylko zajrzeć do statystyk Berlina z ostatnich lat, by przekonać się, że dzielą nas lata świetlne w liczbie przestępstw wobec mniejszości seksualnych. W 2018 roku, tylko w samym Berlinie odnotowano ich aż 255. W Polsce, według różnych statystyk, bynajmniej nie rządowych (np. OBWE), liczba przestępstw motywowanych nienawiścią do mniejszości seksualnych nie przekroczyła w ostatnich latach stu, choć oczywiście nie powinno być ich wcale. Za to w tegorocznym rankingu Międzynarodowego Stowarzyszenia Lesbijek i Gejów, Biseksualistów i Transseksualistów (ILGA) jesteśmy na samym „dnie” Unii Europejskiej. Po prostu katastrofa.

 

Cóż więc się dzieje w ostatnich dniach, skąd ta niebywała nadaktywność aktywistów LGBT, profanowanie świętych symboli dla Polaków, agresja i degeneracja, której byliśmy świadkami 1 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu? Dzieje się tak, ponieważ po pierwsze: Polska jest krajem bezpiecznym i tolerancyjnym dla innych orientacji seksualnych, więc trzeba dowieść, że tak nie jest, trzeba tak długo prowokować, by doszło do odwetu, by mityczny już dzisiaj Zachód (który z dawnym Zachodem nie ma nic wspólnego), znalazł kolejny bat na znienawidzony tam „narodowo – konserwatywny rząd Prawa i Sprawiedliwości”. Dlatego wrzuca się do mediów zachodnich kłamstwo o strefach wolnych od LGBT, a Komisja Europejska ma pretekst do uderzenia w samorządy, które bronią praw rodziny. Po drugie: Polska nie pasuje do świata, który już zaczyna dominować w Holandii czy we Francji, a jest to świat wyrwany z korzeniami z jakiejkolwiek tradycji. Jest to cywilizacja zniewolonych społeczeństw żyjących w błogim przeświadczeniu, że właśnie nadszedł wielki kulturowy przełom, który zajmie miejsce tradycji judeo – grecko – chrześcijańskiej.

 

 

Ale przede wszystkim, Polska stanowi dziś dla piewców neobolszewickiej, czy jak kto woli neomarksistowskiej rewolucji, wielki problem. Jesteśmy nie tylko bastionem tradycji i wolności w skali Europy, ale także jesteśmy piątym największym państwem Unii Europejskiej. Bez przełamania oporu Polski nie da się zbudować wspólnej przestrzeni ideologicznej dla nowego świata, jaki ma powstać z ruin chrześcijaństwa. O tym wszystkim się pisze i rozmawia na zdominowanych przez lewicę uniwersytetach, a ruch LGBT jest jedynie narzędziem do zmiany obyczajów, kultury, całego naszego codziennego życia. We Francji będą nadal pałować, szarpać sędziów, w Niemczech będą bić gejów, ale to Polska jest teraz na celowniku, choćby dlatego, że swój kres ma już chyba walka o „wolne sądy”, więc teraz "prześladowania" LGBT mogą posłużyć w walce o praworządność. Gra o polskie dusze (dosłownie) toczy się zresztą od 1989 roku i nie ma potrzeby tu szerzej opisywać na czym ona polega. Jeśli czegoś nie da się odebrać Polakom, to trzeba udowodnić, że było zupełnie inaczej: nie byliśmy ofiarami tylko katami, jeśli Powstanie Warszawskie jest wielkim tryumfem wolności i wiary w niepodległą Polskę, to trzeba próbować zawłaszczyć jego symbole, albo w bezsilności profanując je.  

 

To jest początek, a skoro tak, to jest czas na to, by postawić tamę barbaryzacji naszego kraju. Nowoczesność i otwartość jest w Polsce znakomicie rozumiana i obecna, doprawdy, nie trzeba tu nic lub niewiele zmieniać. Zagrożona jest najważniejsza wartość: wolność. Musimy jej bronić, a kluczową rolę do odegrania ma edukacja młodego pokolenia. Nie ma żadnych przeszkód, by uczniowie ostatnich klas szkoły podstawowej mieli przez semestr lub dwa obowiązkowy przedmiot „Powstanie Warszawskie”. Bo to jest wiedza o wolności i polskości. W wymiarze narodowym i uniwersalnym. Ale nie mniej ważna staje się dziś edukacja ekonomiczna i zrozumienie współczesnego świata, który w epoce smartfonów, został zdominowany przez siewców barbaryzacji życia. Odciąć od korzeni, od tożsamości – to nie jest coś co nas czeka, tylko coś, co się dzieje już, tu i teraz.

sobota, 1 sierpnia 2020

Polska kotwica wolności

Przypadkowa Polska istnieje na co dzień, każdego dnia, odcięta od korzeni, zachwycona wyzwoleniem od nieznośnej ciężkości narodowego bytu. Wszystko co polskie i biało – czerwone irytuje i wymaga nowoczesnej dekonstrukcji. Tęczowy orzeł, tęczowy znak Polski Walczącej, to wszystko nie jest tylko prowokacją, ale nade wszystko świadomym działaniem zniszczenia fundamentów wolności, najcenniejszej dla nas wartości. Za wolność Polacy ginęli, ale walcząc o wolność również zwyciężali. W czasach komunizmu, który był dla większości społeczeństwa nieznośną „koniecznością”, i w czasach, gdy tak wielu Polaków pamiętało jeszcze II Rzeczpospolitą, wolność, wbrew obiegowym opiniom o zniewoleniu całych narodów Europy Środkowej, była w nas obecna, doświadczaliśmy jej w sobie samych. Wtedy, gdy powstawała „Solidarność” i wtedy, gdy po chwilowym zwątpieniu, powstawał ruch podziemny w stanie wojennym. Wtedy też wydawało się, a może nawet byliśmy tego pewni, że chcemy by było tak jak na Zachodzie, słusznie sądząc, że w Paryżu czy Londynie wolność jest fundamentem, na którym zbudowana jest zachodnia demokracja. Dziś jednak z tego dawnego Zachodu niewiele już pozostało. Strzępy wolności, strzępy tradycji.




W Polsce, po 1989 roku, nie było wielkiego wybuchu wolności, można mówić co najwyżej o chwilowym entuzjazmie, że w końcu ten wymarzony Zachód do nas zawitał. Pierwsze lata to dramat milionów ludzi, którzy zamiast zyskać, stracili niemal wszystko. Ale wtedy Zachód oddychał jeszcze wolnością, tak jak my dziś jeszcze nią oddychamy, jeszcze ją mamy, choć jest ona znowu zagrożona jak nigdy wcześniej. Bez jednego wystrzału, bez ofiar. Paradoksalnie, to Polska jest dziś bastionem wolności, a Zachód światem niemal zniewolonym. Oczywiście, dostatnim, bogatym, z niebywałą wręcz różnorodnością, ale w ramach jednej nowomowy, jednej ideologii, która ten dawny „wolny świat” kontroluje. Na razie, Polska dość skutecznie broni się przed nacierającym nowym totalitaryzmem, który jest przeciwieństwem wolności i wrogiem polskości. Przełom 2015 roku, poza konsekwencjami politycznymi, miał jeszcze o wiele ważniejsze konsekwencje kulturowe. Udało się bowiem powstrzymać oddanie naszego państwa w ręce tak zwanej demokracji liberalnej, która z ideą wolności nie ma nic wspólnego.




W dniu 76. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego nie warto zgłębiać współczesnego dramatu Polski, jakim jest konsekwentne dążenie części opozycji do tego, by Polska stała się krajem przypadkowym w środku Europy, tęczowym, bez właściwości, odciętym od chrześcijańskich korzeni, w pełni dyspozycyjnym wobec zachodnich elit, jeszcze jednym miejscem na mapie Europy, w którym będzie się dobijać wolność, w imię mitycznej demokracji liberalnej. Wielu Polaków święcie wierzy w to, że to jest właśnie ów wymarzony Zachód, a część z nich odnosi się z pogardą do świata, bez którego nigdy by nie było zwycięskiej Bitwy Warszawskiej i nigdy by nie było wielkiego zrywu bohaterskiej Warszawy. Mamy więc jeszcze kotwicę wolności w kotwicy Polski Walczącej, w niemitycznej, ale prawdziwej polskości, więc agresorom nie będzie łatwo odebrać nam wolność, która, tak jak dziś, zachwyca i daje nam siłę.

piątek, 26 czerwca 2020

Globalny spór o Polskę

Na ostatni dzień kampanii prezydenckiej kandydat Rafał Trzaskowski „rzucił” do obiegu swój program wyborczy. Zrobił to tylko po to, żeby o nim mówić, mówić cokolwiek, bo przecież on nie ma żadnego znaczenia. Stworzono go tylko po to, żeby prowokował, żeby wytykać błędy, które się w nim znalazły. Owszem, prymat Europy nad Polską w relacjach z USA, oddaje myślenie i wizję nowego imperium europejskiego ze stolicą w Berlinie, ale na dziś, idea ta, wydaje się mało realna. Nawet wtedy, gdyby Donald Trump przegrał listopadowe wybory prezydenckie w USA. Nie warto jednak dłużej pochylać się nad wizją Polski Trzaskowskiego, bo sam kandydat takiej wizji w ogóle nie ma, nie po to został wystawiony do tych wyborów, by miał cokolwiek realizować w swoim imieniu lub w imieniu swojego ugrupowania. Do chwili ewentualnego odzyskania pełni władzy, zwycięzca obozu zagranicy, ma jedynie dalej generować w Polsce chaos i konflikt wokół tych wszystkich spraw, które owej zagranicy służą.
Często zadawano sobie pytanie, dlaczego Platforma Obywatelska nie miała w zasadzie żadnej wizji Niepodległej, nie kreowała samodzielnej polityki zagranicznej, a jedynie powoływała się na mit europejskości, wspólnej Europy, a tu na miejscu prowadziła politykę wyprzedaży i przyzwolenia na okradanie państwa. Program PO był i jest poza granicami Polski. I to nie jest program, który ma służyć Polsce. To jest przekazanie losów polskiego państwa szeroko rozumianej zagranicy w zamian za „święty spokój” i profity dla tak zwanych elit. Oczywiście z wydatną pomocą całej machiny medialnej, która ma urabiać tak zwane masy społeczne, że to jest nasza wizja, nasze polskie interesy w Europie i nic innego, lepszego przydarzyć się nam nie może przez najbliższe sto lat. Tymczasem, mamy do czynienia z jednym wielkim oszustwem, z kontynuacją PRL-u w nowej, aksamitnej, jakże europejskiej odsłonie. Cała kampania Rafała Trzaskowskiego była jedną wielką bezprogramową agresją skierowaną do wyborców Prawa i Sprawiedliwości, którą co jakiś czas „przykrywały” wzniosłe hasła o wspólnocie.
Oceniajmy uczciwie rządy PiS i prezydenturę Andrzeja Dudy, wytykajmy niespełnione obietnicy, wskazujmy pożądane zmiany, ale zauważmy jednak, że na ten moment jest to przede wszystkim globalny spór o miejsce Polski w Europie, o jej siłę, potencjał gospodarczy, o jej wielkość i realną niepodległość. O Polskę nie jakąś tam, tylko o Polskę, która będzie miała wpływ na architekturę Europy, bez głosu i wiedzy której, nie będą podejmowane kluczowe decyzje. Że to jest taki właśnie spór, świadczy ta wszechobecna kpina i agresja związana z wizytą Andrzeja Dudy w Waszyngtonie. Ona nie była spektakularna, nawet nie ustalono, ilu żołnierzy amerykańskich trafi dodatkowo do Polski, choć będzie z pewnością ich więcej niż tysiąc. Ta wizyta była jasnym i klarownym przekazem USA skierowanym do Moskwy i Berlina, że Stany Zjednoczone nie godzą się na realizację planu wielkiej euroazjatyckiej wspólnoty pod przywództwem Niemiec i Rosji. Ewentualne zwycięstwo Trzaskowskiego, byłoby krokiem milowym dla planów Zachodu wobec Polski. I to jest w wielkim skrócie i uproszczeniu globalna gra, która rozgrywa się teraz na naszych oczach, a jej wynik zależy w ogromnym stopniu od nas, wyborców.

piątek, 19 czerwca 2020

Spór o Polskę zastąpiła wspólnota nienawiści

Jacek Żakowski popełnił tekst*, w którym rozpisuje się o „zdziczeniu polskiego państwa” za czasów prezydentury Andrzeja Dudy, między innymi tak: „a największym z tych problemów jest dzikość. Narastająca. Przygniatająca. Niszcząca. Degenerująca. Ciekaw jestem, czy Andrzej Duda widzi, jak dramatycznie zdziczał przez pięć lat sprawowania urzędu i jak bardzo za jego prezydentury zdziczało polskie państwo.”
Można byłoby spuentować słowa publicysty - nie mów o sobie w drugiej (trzeciej) osobie, ale przecież do ludzi tego pokroju, o tak wyjątkowej pogardzie do wyborców PiS, Moherów, Ciemnogrodu, nie dotrze już nic. Nie ma zresztą żadnej granicy nienawiści, której nie przekroczyłby z dumą tak zwany Salon. „Zadzwoń do brata” – to zawołanie do Jarosława Kaczyńskiego doskonale opisuje stan umysłów, nie tylko polityków opozycji, ale całego „betonu” III RP, który nadal rości sobie prawo do wyznaczania standardów życia politycznego w Polsce, nie wspominając już o dążeniu za wszelką cenę do odzyskania władzy. Ponoć nienawiść rodzi się często z bezsilności, ale to chyba nie jest ten przypadek. Skala pogardy do wyborców PiS, jaka w tej kampanii przetacza się przez sieć, i którą słychać i widać w wystąpieniach polityków opozycji, ma dziś wymiar powszechny i patologiczny, wręcz nieodwracalny. W spotach (póki co anonimowych), które trafiły do Internetu, odczłowiecza się część polskiego społeczeństwa. To nie jest karykatura, to jest tylko skryte nieudolnie wezwanie do unicestwienia.**
W tym samym czasie, kandydat Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski, w tym samym przemówieniu, mówi kilka razy „mamy dość” i jednocześnie, kilka razy zapewnia wszystkich, że chce budować wspólnotę. Przekaz jest całkowicie sprzeczny i absurdalny, ale jego wyborcy są już tak zafiksowani na punkcie obozu władzy, że trafia do ich umysłów i jedno i drugie. Tak rodzi się chęć odwetu, przepełniona absolutnym poczuciem wyższości wobec wszystkich tych, którzy myślą inaczej. Nie są tu potrzebne żadne uniwersyteckie badania, by dostrzec, że wyborcy Platformy szczerze nienawidzą wyborców PiS -u. Z drugiej strony jest to co najwyżej złość, niechęć i powtarzające się pytanie: dlaczego oni tak nas nienawidzą?
Odpowiedź wydaje się być banalnie prosta. Tak zwane elity III RP, trawione od zawsze kompleksem niższości wobec Zachodu oraz poczuciem pychy wobec tych, których po 1989 roku bezlitośnie wykorzystano lub zepchnięto na margines   życia społecznego, utwierdziły część społeczeństwa w bezgranicznym przekonaniu, że należy ona do innego, lepszego, europejskiego świata wartości. Inni, kultywujący tradycję, pachną przecież tylko „naftaliną”. To nie jest jedynie poczucie wyższości, to jest obrzydzenie do innych, inaczej myślących ludzi, i teraz właśnie to obrzydzenie jest wyrażane explicite, bez niedomówień. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są niedorozwinięci, gdyż mają „za małe lub za duże ciałko migdałowate w mózgu” – tak mówi prof. Magdalena Środa.
Oczywiście wcale nie jest tak, że miliony Polaków żyją w nieustającej wojnie, że miliony wyborców Platformy są niemal żądni krwi. Ale dziś nie mówi się już o możliwym kompromisie z obozem władzy, ale o jego zniszczeniu. Jeśli Andrzej Duda wygra wybory, jeśli nawet PiS wygra kolejne wybory parlamentarne, i jeśli nawet Polska gospodarczo mocno przyspieszy po pandemii, obóz Antypisu z całym zapleczem medialnym, nie odpuści. Odpuszczą może starzy i znudzeni walką z PiS, owe „tłuste koty”, a stery przejmą jeszcze bardziej cyniczni i bezwzględni gracze młodszego pokolenia, do tego wszystkiego toporni w myśleniu o Polsce i współczesnej Europie. Wsparci przez zagranicę będą tak długo żyć z nienawiści, jak długo ta nienawiść będzie fundamentem sporu z resztą społeczeństwa. Pokonanie tej nienawiści, ale nie samych podziałów, jest dziś jednym z najważniejszych wyzwań, przed jakimi stanie nowo wybrany Prezydent RP.
*https://wyborcza.pl/7,75968,26041677,czy-prezydent-widzi-jak-za-jego-prezydentury-zdziczalo-polskie.html
**https://www.youtube.com/watch?v=KOWjUjRQyJs 

czwartek, 28 maja 2020

Po kampanii strachu, kampania destrukcji

Zlikwidujemy to, czego wcześniej nie udało nam się zlikwidować.  Zlikwidujemy kopalnie, zlikwidujemy PiS, zlikwidujemy przekop Mierzei Wiślanej, sprywatyzujemy KGHM Polska Miedź i PKN Orlen (tylko trzeba odwagi – pisze na TT polityk PO), zlikwidujemy TVP,  zlikwidujemy wszystko co nie nasze, albo zabierzemy wszystko, żeby było nasze. A żeby tak było, zlikwidujemy CBA, a to czego nie zlikwidujemy, oddamy w dobre ręce, nasze lub obce, i wtedy zbudujemy taką Polskę, której tak naprawdę już nie będzie, ale nasi Polacy, nie tamci Polacy, będą „w tym kraju” szczęśliwi. Żeby nie było, że to jest jakaś przerysowana czarna wizja, to takie, i podobne im postulaty, stanowią dziś oficjalny przekaz liderów Platformy Obywatelskiej. Oceńmy realnie. Partia, która głosiłaby bliźniacze pomysły w Niemczech czy we Francji, zostałaby w miesiąc  wyrzucona na śmietnik historii. W Polsce ma jednak swoich zaciekłych zwolenników, gotowych uwierzyć w największy absurd,  jeśli tylko ów absurd stoi w opozycji do partii rządzącej. Trochę to porażające, ale skoro jedna trzecia Narodu uważa, że to jest dobra koncepcja, to nie można się obrażać. Wolność i demokracja. 
Kampanię prezydencką można śmiało podzielić na dwa zasadnicze etapy. Najpierw była kampania oparta na strachu. Zabójcze koperty, widmo dyktatury, ustawione wybory, sfałszują, Duda wygra w I turze, bo tylko szaleńcy z PiS będą dotykać zarażonych kart wyborczych, więc my do tego nie dopuścimy. Udało się. Rewolta samorządów, panika i destrukcja w Senacie uratowała PO przed klęską, którą, żeby było jeszcze bardziej paranoicznie, od początku sama sobie reżyserowała, lekceważąc własną kandydatką na Prezydenta. Drugi etap, a więc wszystko to co dzieje się po 10 maja, to kampania destrukcji – prowadzonej na wielu poziomach, która zaczęła się od nagłego zwrotu: idziemy na wybory! Ale tak było tylko przez tydzień, bo przecież Platformie wcale nie chodzi o zwycięstwo wyborcze, choć może niektórym politykom tej formacji wydaje się, że uczestniczą w jakimś wyścigu wyborczym. Media i politycy zajmują się woltami w Senacie, sprzecznymi komunikatami, nielegalną zbiórką podpisów (kto robi sobie takie „jaja”, jeśli chce na serio wygrać wybory), przeciąganiem prac nad ustawą, a tymczasem nie taki jest przecież cel kampanii destrukcji. O co chodzi opozycji? – słusznie pyta jeden z liderów PiS. No na pewno nie chodzi jej o zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Chodzi tylko i wyłącznie o chaos w państwie, o zniszczenie jego demokratycznych struktur, choćby poprzez niewybranie w konstytucyjnym terminie głowy państwa.  
Mariusz Janicki, z tygodnika „Polityka”, sam się dziwi co się dzieje z Koalicją Obywatelską, i szerzej z opozycją, i pisze o drugiej blokadzie wyborów, ostrzegając, że ona działa przecież na niekorzyść opozycji. Ale w tejże opozycji nikt ważny się tym nie przejmuje, ponieważ wajcha została przestawiona, a cel został jasno wytyczony:   pęd ku destrukcji, a nie ku zwycięstwu wyborczemu. W tym ogromnym zamieszaniu nieźle już się pogubił Władysław Kosiniak – Kamysz, który teraz goni wynik Małgorzaty Kidawy – Błońskiej. Ale przecież w tym absurdalnym świecie i to się może jeszcze zdarzyć, że w końcu odpadnie Trzaskowski, a jego miejsce zajmie lider PSL. Właśnie o to chodzi Platformie i siłom niekoniecznie wewnętrznym, by powstał wielki zamęt, by było sto interpretacji konstytucyjnego terminu wyborów, by trwał nieprzerwanie wielki szum medialny, by zwykły wyborca miał tych wyborów serdecznie dość, by uwierzył wreszcie, że to PiS prowadzi Polskę do ruiny i dyktatury.  
To wydaje się jednak (oby) dziś zadaniem niewykonalnym, bo pojawiło się coś takiego, co można już chyba nazwać, wyczekiwanym przez dekady,  pragmatycznym myśleniem Polaków, choć nie pozbawionym romantycznej tradycji. Świadomością, że nawet jak PiS jest dla części wyborców taki straszny, to przecież w Polsce nie jest strasznie, co więcej, jest dziś znacznie mniej strasznie niż na Zachodzie. A nawet jeszcze więcej, że Polska jest już tym dawnym, starym, dobrym Zachodem na poziomie ekonomicznym i społecznym. Bo przecież tego Zachodu, za którym podążaliśmy już nie ma, on teraz jest u nas, dopiero co zawitał. I dlatego coraz częściej, tak wyborców PiS jak i PO, irytują te wszystkie zachwyty, że ktoś nas gdzieś pochwalił. Albo jęki, że zganił. To jest kluczowy dorobek Polski i Polaków po trzydziestu latach III RP, że zaczynamy czuć się w pełni wartościowym narodem o wielkich możliwościach i dużych aspiracjach. To właśnie najbardziej niepokoi wszystkich tych, którzy chcieliby utrzymać stary porządek, w którym jest „ciemny lud” i oświecona elita, zupełnie tak, jak to działo się blisko dwieście lat temu.  
Orze się więc codziennie i niemiłosiernie, w takich mediach jak TVN 24, świadomość Polaków, że Zachód już nie może znieść tej pisowskiej dyktatury, wbija się do głów, że nic nie działa, że wszyscy już pięknie pokonali pandemię tylko nie my, że wszędzie płyną do firm miliardy euro tylko nie w Polsce, że ciągle łamana jest Konstytucja, że wybory prezydenckie tylko wtedy będą konstytucyjne, jeśli zarządzi je mecenas Mikołaj Małecki. To jest realizowana z premedytacją kampania destrukcji państwa, żeby można było w miejsce takiej Polski jaką dziś mamy, już zasobnej i stabilnej, mieć Polskę słabą, rządzoną w interesie obcych państw i zepsutych elit, a nie w interesie Polaków. Można pomstować do woli, że to teoria spiskowa, że to absurd, że opozycja chce mieć swojego prezydenta. Jeśli tak, to dlaczego realizuje ona scenariusze, które nie mają nic wspólnego z kampanią zwycięstwa, za to znakomicie wpisuje się w kampanię, której celem jest doprowadzenie do upadku demokratycznego państwa.