piątek, 2 listopada 2018

Niebywała "troska" opozycji o 11 listopada

Nie można powiedzieć, że w sprawie Święta Niepodległości wszystko jest dobrze, że całe zło tkwi w opozycji, która nie chce wziąć udziału we wspólnych uroczystościach. Antypisowskie media nakręcają histerię wokół 11 listopada w sposób niebywały. Że nic się nie dzieje, że będzie tylko złowrogi Marsz Niepodległości, który zostanie zdominowany przez faszyzujących demonstrantów, obraźliwe hasła i transparenty, czyli jak napisała GW, będzie to marsz „białej rasy”. Jest niepojęte, że cały obóz władzy został zepchnięty do defensywy, że nie ma żadnego jednolitego przekazu na ten wyjątkowy dzień. Co najmniej od grudnia 2016 roku było jasne, że Platforma i Nowoczesna nie zaakceptują żadnego wspólnego świętowania, że działanie na rzecz demontażu państwa jest ich głównym celem, który ma doprowadzić do upadku rządu Prawa i Sprawiedliwości. Doskonale było to widać także w kampanii samorządowej, która sprowadzała się do jednego hasła powtarzanego jak mantra, czyli „PiS jest antysamorządowy”, no i wyprowadzi Polskę z Unii.  

Realnie rzecz biorąc, Polska 2018 jest państwem sukcesu gospodarczego i krajem ludzi zadowolonych z życia. Potwierdzają to wszystkie badania, tak polskie jak i zagraniczne. Ale jednocześnie, z antypisowskich mediów płynie przekaz o zrujnowanym wizerunku Polski, o państwie i jego obywatelach nękanych przez PiS. Można powiedzieć, że takie stacje jak TVN czy TOK FM zatruwają życie swoim widzom i słuchaczom, wpajającym im, że Polska w przededniu setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości chyli się właśnie ku upadkowi, że cały świat patrzy ze zgrozą jak dogorywa u nas demokracja, jak budzą się straszne demony nacjonalizmu i ksenofobii. Że to jest bujda z chrzanem nie ma żadnego znaczenia. Zachodni odbiorca dostaje przekaz z gruntu fałszywy, ale najczęściej akceptuje go, bo niby dlaczego nie miałby wierzyć liberalnym mediom, które zajmują się jego poprawnym myśleniem od lat… 

Można się więc spodziewać za 10 dni kolejnej fali krytyki, albo wręcz histerii, że w Polsce znowu maszerowało kilkadziesiąt tysięcy faszystów, a opozycja krajowa będzie triumfować, że PiS w sprawie organizacji 11 listopada poniósł sromotną porażkę. Prawda jest taka, że przy tej niebywałej histerii zagranicy na temat Polski, przy ewidentnym działaniu opozycji na wywołanie w kraju chaosu, wspólne świętowanie jest niemożliwe. Ale to, o czym była już tutaj mowa, wiemy od dawna. Trudno też było liczyć na to, że Prezydentowi i rządowi uda się przejąć kontrolę nad Marszem Niepodległości. Jest on taki jaki jest, bardziej narodowy, więc nie wszystkim się podoba, i wystarczy jeden transparent, żeby Wyborcza wyła o faszyzmie.  

Wszyscy napinają więc mięśnie, wzajemnie się oskarżają, a przecież wiadomo już, że nie będzie tak jak powinno być. Jakie jest więc wyjście? Nie napinać się już, nie tłumaczyć się z niczego tylko zrobić to, co jest jeszcze możliwe, czyli zrealizować te plany obchodów, które są realne i od miesięcy przygotowywane. Będzie może zbyt  skromnie, ale był czas na to, żeby przynajmniej część oficjalną, z udziałem delegacji zagranicznych, zorganizować w sobotę 10 listopada, nawet z symboliczną paradą wojskową upamiętniającą polską drogę do niepodległości, a 11 listopada zostawić na świętowanie „w pododdziałach”…. Bez wezwań do jedności, której na dziś po prostu nie ma. Jednym marzy się silna i samodzielna Polska, inni marzą tylko o tym, żeby Zachód nas kochał tak bardzo i tak mocno jak za PO. Nie do pogodzenia.    

niedziela, 16 września 2018

30 lat pokory za 30 lat pychy. Wystarczy?

W wielu przemówieniach liderów Prawa i Sprawiedliwości można usłyszeć sformułowanie „w czasach III RP”, co może sugerować, że III RP to czasy minione, a dziś to już tak naprawdę budujemy Niepodległą. I to, w zasadzie, można uznać za twierdzenie prawdziwe, ponieważ minione 30 lat było zaledwie przymiarką do stworzenia samodzielnego, silnego państwa w środku Europy. Kiedy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory prezydenckie i parlamentarne, Jarosław Kaczyński miał do wyboru dwie drogi. Pierwsza, za którą opowiadała się część radykalnego elektoratu, to jak najszybsze rozliczenie Platformy Obywatelskiej za okradanie państwa oraz poddanie go dyktatowi Brukseli i Niemiec.  To oczywiście bardzo umowne określenia, które w realiach ekonomicznych oznaczają na przykład stratę co najmniej 140 miliardów złotych w aferze vatowskiej. Dlaczego właśnie tyle? Choćby dlatego, że tak zwana dziura vatowska jest obecna we wszystkich gospodarkach Zachodu. Była także za  pierwszych rządów PiS, w 2007 roku stanowiła 0,7 % PKB. Nie można więc liczyć skali oszustwa za rządów PO od zera, tylko od owych 0,7% PKB w górę. W 2015 roku dziura była już na poziomie blisko 3% PKB. To daje realną i niepodważalną stratę 140 mld złotych. I żadne zaklęcia ani zaprzeczenia nie uwolnią tamtej ekipy od odpowiedzialności za wyprowadzenie tak gigantycznej kwoty z budżetu państwa.  

Droga do rozliczeń okazała się, jak wiemy, dość kręta. Można powiedzieć, że wszystko przed nami. Także rozliczenie oszustwa tak zwanej powszechnej prywatyzacji i bezmyślnej wyprzedaży majątku, albo oddawania go wprost w ręce konkurencji, która błyskawicznie doprowadzała przejmowane przez siebie firmy do ruiny. Jednak bilans dokonań III RP nie jest ujemny, i nie jest to oczywiście zasługą polityków, ale samych Polaków. Nas. Tyle o tej pierwszej drodze, której Jarosław Kaczyński nie wybrał i uczynił to z wielu powodów bardzo świadomie i odpowiedzialnie.  

Wybrał bowiem drugą drogę, która najogólniej można nazwać programem pozytywnym dla państwa i jego obywateli, programem dużych transferów finansowych do tych wszystkich Polaków, którzy najciężej pracowali na sukcesy III RP, ale nie dostali w zamian nic, albo stracili wprost na transformacji ustrojowej. Reforma sądownictwa, o którą toczy się obecnie tak wielki bój, łączyła w sobie i łączy te dwie drogi: pozytywnych zmian i możliwości rozliczenia się z systemem postkomunistycznym, który  w sądach przetrwał  jak nigdzie indziej. Można powiedzieć nawet, że okopał się, dając zielone światło dla setek afer w całej historii III RP. W aferze vatowskiej także, jeśli ktoś ma wątpliwości.  

Dlaczego tak ważna i rozsądna była decyzja Jarosława Kaczyńskiego? Program pozytywny, program zadośćuczynienia milionom Polaków za ich lata wyrzeczeń, a czasami i zwykłej biedy, zbudował wysokie, stabilne poparcie dla obozu Zjednoczonej Prawicy. Niech więc ci, którzy tak krytykują brak rozliczeń, zbyt łagodny kurs wobec Zachodu, zastanowią się, jaki byłby bilans 3 lat rządów PiS, gdyby ekipa Beaty Szydło zaczęła od rozliczeń i totalnej wojny z opozycją. Przy tak rozbudowanej machinie antypolskich mediów, wsparciu Zachodu, pohukiwaniach, że trzeba w Polsce siłą wymusić „demokrację” (Martin Schulz), jest więcej niż prawdopodobne, że udałoby się podzielić elektorat PiS, a środki „przymusu”, które stosuje wbrew prawu europejskiemu Bruksela, zostałyby wprowadzone o wiele szybciej. To, co dziś jest tak bezcenne dla Prawa i Sprawiedliwości, to sukces wprowadzenia w życie programu pozytywnego skierowanego do większości Polaków, a nie do garstki uprzywilejowanych beneficjentów III RP. Bruksela, choć ma gdzieś w ogóle demokrację i rządy większości, musi liczyć się na razie z faktem, że większość wyborców popiera Prawo i Sprawiedliwość. To są kluczowe fakty polityczne, a nie jazgot opozycji, zupełnie oderwanej od życia, myślącej jedynie od odzyskaniu władzy i spodziewanej nagrodzie od Zachodu za „powrót do demokracji liberalnej”.  

To prawda, że wybory samorządowe mają dla wszystkich stron sporu olbrzymie znaczenie, ale jaki nie był ich wynik opozycja i tak ogłosi, że je wygrała albo stwierdzi, że PiS je sfałszował. Nie ma już żadnych hamulców po stronie partii, które jawnie deklarują (choć nie wprost), że nie chcą budować niepodległej Rzeczpospolitej, że wystarcza im w zupełności jakaś hybryda niepodległości sterowanej z Berlina i Brukseli. Wybór drogi pozytywnej, co więcej, wybór w zasadzie nieustającej pozytywnej narracji politycznej ekipy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego przekonał wielu Polaków, że krok po kroku możemy odzyskiwać państwo, zawłaszczone przez tak zwane elity III RP.  

W przededniu szczytu Trójmorza i spotkania Duda- Trump, warto kibicować Polsce. Wiele wskazuje na to, że Niemcy chcą zmusić PiS do „kapitulacji”, że w żaden sposób nie dopuszczą do budowy wolnej od ich dyktatu Europy Środkowej, mając przy tym cały czas wsparcie Rosji. Jest na razie nieduża, ale realna szansa, że dotychczasowy układ geopolityczny zbudowany na Jałcie zaczyna pękać. Jest więcej niż oczywiste, że w takim momencie nie możemy być sami. To się rozjaśni i to bardzo już za dwa dni. I w kolejnych tygodniach, miesiącach. I w tym całym wielkim geopolitycznym zamieszaniu czas najwyższy przestać już  przejmować się wyborcami, drącymi się, że Konstytucja, że dyktatura, że wyjadą, że nie da się żyć. 30 lat młotkowania po głowie przez środowisko „Gazety Wyborczej”, dodajmy młotkowania profesjonalnego, przyniosło skutki nieodwracalne. Pozostaje tym wyborcom, tym najbardziej zgorzkniałym,  30 lat pokory za 30 lat pychy.                                                          

piątek, 27 lipca 2018

Albo gorący sierpień, albo długa poczekalnia polityczna

Platforma Obywatelska traci na znaczeniu w oczach wyborców, i co istotniejsze, w oczach Zachodu. Stabilne poparcie na poziomie od 15 do 20 procent nie ma już większego znaczenia, ponieważ partia ta nie wygeneruje sama z siebie zwycięstwa wyborczego. To dlatego, między innymi, Władysław Frasyniuk uznawany za jednego z liderów ulicy wypowiedział wczoraj w TVN 24  „posłuszeństwo” Grzegorzowi Schetynie. Zażądał wprost, by ten stanął po stronie manifestantów, których mobilizują do walki ugrupowania skrajne, niekryjące nienawiści do obozu władzy i widzące ten obóz w komplecie za kratkami. W kontrze do tego co działo się i dziać się będzie w kwestii tak zwanej obrony wolnych sądów, miał miejsce ważny, ale nie przełomowy, wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla TVP. Prezes PiS nie odniósł się w nim w ogóle do opozycji totalnej, skupił się na zmianach w wymiarze sprawiedliwości, które w wymiarze ustawowym dobiegły w zasadzie do końca. Nie był to zapewne unik, tylko świadomy zabieg, bo tak naprawdę nie ma już o czym rozmawiać merytorycznie z opozycją. Nie dlatego, że jest słaba, ale dlatego, że sama ustawiła się poza demokratycznym ładem państwa. Stała się opozycją antypaństwową i antydemokratyczną. Platforma i Nowoczesna pozorują jeszcze, że uczestniczą w jakiejś demokratycznej grze, można nawet zakładać, że cześć jej elit chce naprawdę wygrać najbliższe wybory i nawet w to wierzy. Ale przecież widać niemal jak na dłoni, że bez rewolty tych wyborów wygrać się nie da. Że jedyną szansą na spadek poparcia dla PiS jest gigantyczna międzynarodowa awantura o Polskę wywołana masowymi protestami na ulicach albo sprawnie przygotowana prowokacja. Tak jak choćby wczoraj pod Pałacem Prezydenckim akcja skierowana przeciwko policji.


Jakkolwiek oceniać cały pakiet zmian w sądownictwie, to nie ma wątpliwości, że  największym problemem nie są sędziowie stanu wojennego, nie są też nim sędziowie kradnący w sklepach. Problemem jest cały system powiązań pomiędzy światem sędziowskim a elitami III RP. Bez tych powiązań Sąd Najwyższy nigdy nie wydałby orzeczenia przedawnienia przekrętów vatowskich już po pięciu latach, co uchroniło setki przestępców przed karą, a państwo pozbawiło dziesiątek miliardów złotych. Prezes Jarosław Kaczyński w  wywiadzie dla TVP podsumował to, co stanowi kręgosłup zmian  politycznych, jakie po 2015 roku wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość. Nie było w tej rozmowie ani jednego wyraźnego ataku na opozycję, była za to krótka diagnoza III RP. Może to oznaczać, że PiS czeka teraz na rozwój wypadków po stronie szeroko rozumianej opozycji. Niewykluczone, że Prawu i Sprawiedliwości przyjedzie się zmierzyć już niedługo z dużo bardziej radykalną siłą polityczną niż PO czy Nowoczesna.


Nie będzie to już mniej lub bardziej rozhisteryzowana grupa waląca w barierki przed Sejmem, czy ekipa malująca na bruku wulgarne napisy, ale formacja, która wystąpi także przeciwko PO -  z zamiarem przejęcia jej elektoratu. Trudno doprawdy powiedzieć, na jakiej podstawie (badań socjologicznych?) może ona liczyć na pozyskanie dużego elektoratu wyborczego. Zwolennicy PO z wielkich miast są w większości całkowicie obojętni na problemy, które niesie na sztandarach Platforma czy Obywatele RP. To nie jest elektorat stricte lewacki albo zbuntowany do systemu, w którym żyją. To jest nadal ich III RP, którą dostali od Unii Wolności i PO. Co prawda, nienawidzą PiS, ale w gruncie rzeczy ten PiS nie ingeruje w ich na ogół dostanie życie. Jest TVN, jest Wyborcza, jest czasami lekka zadyma, no i nikt nie zamyka Internetu. To jest konformizm w pełnym wymiarze. Zresztą nie tylko po stronie opozycji. W elektoracie prawicy także pojawiła się postawa, którą można by określić jako pragnienie  „świętego spokoju”, bo dobrze jest tak jak jest. Po wojnie o sądy niech już wreszcie zapanuje stabilizacja i porozumienie. Niech się jakoś dogadają.




Może by i tak było, może nawet Grzegorz Schetyna marzy o jakimś historycznym dealu z Jarosławem Kaczyńskim, który zakończyłby coraz bardziej przegraną dla niego walkę o władzę. Frasyniuk jednak dał ultimatum. Schetyna musi wybrać: albo idzie na wojnę, albo się pakuje. To wszystko nie jest bez znaczenia dla rozwoju sytuacji w najbliższych miesiącach  i latach. Pod jednym wszakże warunkiem: zagranica musi dalej naciskać Polskę, jeszcze mocniej i  mocniej. Musi przejść od sporu z rządem Mateusza Morawieckiego do jednoznacznych oskarżeń. Można powiedzieć, że skończył się czas kłótni i walki politycznej pomiędzy PO i PiS. Opozycja nie ma tu nic do wygrania. Zaczyna się więc czas negowania i kwestionowania - zarówno na poziomie wewnętrznym jak i zewnętrznym - demokratycznych rządów w Polsce. Przez ulice i zagranicę. Wulgaryzmy i nienawiść – teraz już powszechne podczas protestów – to tylko przedsmak gry wojennej jaką chce prowadzić radykalna opozycja z polskim państwem. I w tej walce będzie nadal wspierana przez Zachód. Nikt nie złożył tu broni, a narzędzi do grillowania Polski jest nadal sporo. Nie będzie chłodnych, krytycznych analiz, zastąpią je narastające oskarżenia, że mamy rządy dyktatorskie. Gdyby Zachód wycofał się z atakowania Polski pod obecnymi rządami, opozycję czeka ten sam los co przeciwników Orbana na Węgrzech - długa polityczna poczekalnia.       


 

środa, 13 czerwca 2018

Ukłony dla Brukseli już się skończyły


Mówi się, że maski opadły, tak jakby one właśnie teraz opadały, a nie opadły wtedy, gdy Rafał Trzaskowski pomagał pisać rezolucję przeciwko Polsce. Po prostu szkoda czasu na kolejne oskarżenia o zdradę, nazywanie tego wszystkiego Targowicą, choćby dlatego, że tamta Targowica była – jeśli można je porównywać – wykształconą elitą, a ta jest zaledwie zbiorem postkomunistów, TW i cwanych beneficjentów upadłej III RP. Bo ona jest upadła i to, o co można mieć wielkie pretensje do Prawa i Sprawiedliwości, to brak wizji odbudowy państwa skorumpowanego, słabego, pędzącego w pokłonach na każde kiwnięcie Zachodu. Mamy łatanie, skromne łatanie i można to nawet zrozumieć w sytuacji, gdy zewsząd prowadzone są nieustające ataki na rząd. O wiele smutniejsze, od rzeczywiście haniebnych słów Janusza Lewandowskiego podczas debaty w Strasburgu jest fakt, że dla jednej czwartej Polaków, ta narracja jest przykładem troski o polskie sprawy. Inna rzecz, że dla tych wyborców polskie sprawy to hipermarkety czynne w każdą niedzielę i telewizyjna uczta o 19.00. w TVN. Do tego ten niebywały wręcz kompleks i wstyd przed Europą, ta wielka niewiara we własne siły, ta potrzeba kogoś zewnątrz, kto sterowałby polskim bałaganem, kto  pochwaliłby Warszawę, że jest już tak liberalna już Paryż.  Nie ma już co łączyć, bo to nie jest żaden rów, który można zasypać, tylko to są dwa różne światy. Nie ma też polski rząd czasu na kolejne rozmowy z Brukselą. Ten czas dla Brukseli się skończył. Uzurpator z Holandii, kompletnie niezorientowany w polskich sprawach, nie może prowadzić dialogu z poważnym i dużym państwem w Europie.

 

Ukłony dla Brukseli już się skończyły, taryfa ulgowa dla zwykłych zdrajców także. Nie ma o czym z nimi rozmawiać, nie ma nawet sensu unosić się emocjami, bo wtedy tacy politycy jak Borys Budka czy Sławomir Neumann zacierają ręce z radości. To jest wreszcie taki moment, w którym całą totalną opozycję należy obejść szerokim łukiem. I niech Jarosław Kaczyński i rząd Mateusza Morawieckiego znajdą patent, jak to zrobić. Rok czasu stracony na jałowe polemiki, ustępstwa i kompromisy. W przekonaniu, że i tu w Polsce, i tam w Brukseli,  rozmawiamy racjonalnie, że na końcu tego sporu jest porozumienie. Platforma i Nowoczesna są pewne tego, że w końcu PiS pęknie, że zagranica zmusi rząd do kapitulacji, albo – co byłoby wręcz fenomenalne -  skłoni obóz władzy do zastanowienia się, jaki sens ma bycie w organizacji, która przybrała formę totalitarną wyznającą jedynie słuszną ideologię kulturowego marksizmu. Przecież to doskonale widać! CDU nie ma już nic wspólnego z chadecją, a niemiecki sąd za okrutną zbrodnię wydaje wyrok roku warsztatów terapeutycznych dla sprawcy. Jeśli to nie jest upadek demokracji, sprawiedliwości i cywilizacji, to co nim jest  lub co nim będzie?

 


W tym kontekście „wycie” opozycji w sprawie 3 lipca i przejścia na emeryturę części sędziów Sądu Najwyższego jest błahostką. Co więcej, otwiera to wreszcie drogę do  wnikliwego zbadania choćby tej jednej skandalicznej sprawy przedawnienia przestępstw vatowskich po 5 latach i orzekania kar za wyłudzenia podatku VAT tylko z kodeksu karno – skarbowego. To znakomicie ośmieliło mafię do przekrętów na kwotę  co najmniej 120 miliardów złotych, pieniędzy, które powinny się znaleźć w budżecie i służyć potrzebom   wszystkich Polaków. Dlaczego 120 miliardów? Bo mowa jest o kwocie, którą polskie państwo mogło realnie uchronić przed zwykłym złodziejstwem. Bez takich a nie innych orzeczeń Sądu Najwyższego w sprawie VAT-u, nie byłoby tych gigantycznych strat finansowych w naszym budżecie. I jeszcze jedna kwestia, która irytuje, tym razem w opowieściach polityków z obozu władzy. Kiedy pyta się ich o apele płynące z Polski do Brukseli, by ta najzwyczajniej w świecie ubezwłasnowolniła polskie państwo, odpowiadają, że takie jest wilcze prawo opozycji. Rzecz w tym, że to nie jest już żadna opozycja, bo opozycja w demokratycznym kraju nie domaga się od zagranicy interwencji w sprawach, które powinna sama rozstrzygać w debacie parlamentarnej i publicznej – tu, na miejscu. Nie ma już o czym rozmawiać, ani z Brukselą, ani z Grzegorzem Schetyną czy Katarzyną Lubnauer. Jeśli nie ochłoną, jeśli nie uznają porządku demokratycznego, który w porównaniu z Zachodem jest u nas w jak najlepszej kondycji, niech toczą dalej spory z Timmermansem, jak tu się dobrać do Polski, żeby ta była taka jak do 2015 roku. Nie chodzi bynajmniej o wojnę, tylko o realizm polityczny, powagę i odpowiedzialność za losy miliony Polaków. Wilczym prawem obozu władzy jest bronić interesów własnego kraju. Nawet za cenę braku jakiegokolwiek porozumienia z Zachodem, jeśli ten dąży w tej chwili otwarcie do przejęcia kontroli nad niepodległym państwem.                  

          

piątek, 18 maja 2018

Opozycja pod Sejmem, PiS pod ścianą

Hanna Gronkiewicz – Waltz wyskoczyła przed szereg i zaproponowała zorganizować obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży poza parlamentem, skoro Kancelaria Sejmu je odwołała. Pomysł poparł ochoczo Rafał Trzaskowski, a to nie jest dobry pomysł. Dobry pomysł ma Marta Lempart, która wzywa by 1 czerwca przyjść pod Sejm: „W sprawie skasowanego przez pisowskie kanalie Sejmu Dzieci i Młodzieży podkulamy ogon pod siebie i szukamy grzecznie innej sali? Powiedzcie, że to żart i że 01/06 spotkamy się tam, gdzie trzeba - Pod Sejmem.” – napisała na Twitterze. Do Sejmu, „po wezwaniu Obywateli”, popartym wezwaniem Jakuba Hartwicha, niepełnosprawnego przebywającego w gmachu przy Wiejskiej, wybiera się w poniedziałek do protestujących Lech Wałęsa. Generalnie opcja jest taka, że przez kolejne dni, kolejne znane osobistości mają w świetle kamer przychodzić pod Sejm, żeby odwiedzić niepełnosprawnych i ich rodziców. Prawo i Sprawiedliwość nie ma już nic nowego do zaproponowania, nic, co uspokoiłoby nastroje, bo wszystko co  miało, i co mogło zaoferować na dziś, zostało przyjęte przez rząd i parlament. Można oczywiście demagogicznie powtarzać, że to 500 złotych się należy, że przecież budżet ma się świetnie, choć wiadomo, że spełnienie tego postulatu pociągnie za sobą wydatki co najmniej 5 mld złotych na dzień dobry i nie może dotyczyć jedynie owych 280 tysięcy niepełnosprawnych, których reprezentują protestujący w Sejmie. Ale tym się nikt teraz nie zajmuje. Wyborca widzi dramat i myśli sobie, że ten PiS to jednak serca nie ma. Opozycja ma dziś niebywałą okazję nadać partii rządzącej wizerunek bezdusznego tworu, który znęca się nad niepełnosprawnymi. Machina już została uruchomiona, a relacje telewizyjne rzeczywiście zaczynają przypominać obrazy z oblężonej twierdzy. Wewnętrzne sondaże wskazujące na „płytkie” poparcie dla protestujących w Sejmie nie powinny działać zbyt uspokajająco na rządzących. 


Takiej liczby błędów jaka została popełniona przy okazji protestu w Sejmie, obóz władzy dotąd nie popełnił. Zaczęło się od pochopnego wysokiego C Prezydenta Andrzeja Dudy, który obiecał, że zajmie się sprawą, że postulaty da się spełnić. Na jakiej podstawie to mówił? Czy miał jakiekolwiek wyliczenia? Potem było już tylko gorzej. Minister Elżbieta Rafalska wyglądała w Sejmie tak, jakby to ona chodziła po prośbie, żeby w ogóle Ją ktokolwiek tam wysłuchał. Właściwie to była medialna masakra. Bo ludzie widzą emocje, niepełnosprawne osoby, nie zajmują się przepisami konstytucyjnymi, że jak tym damy, to i tamtym musimy dać. Nie ma tu miejsca na racjonalne myślenie, wygrywają emocje i właśnie to one są dźwignią obecnego protestu. Katastrofa komunikacyjna PiS trwa w najlepsze, pomijając już fakt, że Bruksela zaczyna grać na nosie rządowi, ciągle wydłużając proces dochodzenia do kompromisu w sprawie praworządności. Może będzie to lipiec, a jak lipiec to może znowu gorący protest w Polsce, tym razem przed wyborami samorządowymi. Rząd PiS stoi pod ścianą, ale sam pod tę ścianę dał się zapędzić. „Piątka Morawieckiego” to już przeszłość. Nikt o niej nie mówi, nawet sami rządzący. Po raz pierwszy narrację narzuciła opozycja i nie odpuści, bo ma całkiem realną szansę na wyjście z dołka w jakim się znalazła. Że na plecach niepełnosprawnych osób, nad którymi się użala? A jakie to ma znaczenie, skoro chodzi o przejęcie władzy, choćby i przy pomocy szturmu na Sejm, próbę dokonania przewrotu, zanim ludzie zdążą wrzucić kartki do urn wyborczych. To oczywiście czarny scenariusz  - dla Polski, nie tylko dla Prawa i Sprawiedliwości. Ale koniec końców chodzi o to, żeby Polskę cofnąć do miejsca w jakim była do 2015 roku. I jest tym zainteresowany zarówno Zachód jak i Rosja. W sytuacji głębokiego kryzysu USA raczej nie będą bronić tej ekipy za wszelką cenę,   szczególnie w sytuacji, gdy jesteśmy uwikłani w tak skomplikowany i poważny spór z Izraelem. PiS musi sobie poradzić sam.


Od samego początku objęcia władzy, Prawu i Sprawiedliwości zdarzały się wpadki, ale szło tak dobrze, że nikt, dosłownie nikt, nie zastanawiał się nad tym, gdzie, kiedy i jak może uderzyć opozycja. Rząd przetrwał z powodzeniem spór o TK, a nawet o sądy, ale może nie przetrwać sporu o niepełnosprawnych, a nawet jeśli przetrwa, jego bezduszność będzie mu wytykana aż do końca kadencji. To w ogóle nie powinno się zdarzyć. Nie miało prawa się zdarzyć, bo wystarczyło jedynie monitorować sytuację polityczną i przewidywać ruchy przeciwnika na podstawowym, szkolnym wręcz poziomie. Oczywiście, opozycja i zagranica miałyby inne preteksty do wywoływania konfliktów i protestów, ale nie tak oczywiste i proste do zrozumienia dla każdego wyborcy. I nie chodzi tu tylko o aktualne słupki poparcia, które są nadal korzystne dla PiS. Opozycji udało się „wyrwać” to, z czym Prawo i Sprawiedliwość przyszło do władzy: skromność, uczciwość, empatia, wrażliwość na potrzeby słabych. Rzecz jasna nie do końca, nie wszyscy kibicują Adrianowi i Jakubowi, widząc jak politycznie nakręcona jest cała akcja w Sejmie. Jak wykorzystuje się osoby niepełnosprawne do osiągnięcia zupełnie innego celu, niż wymuszenie na rządzie tych 500 złotych. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że Mateusz Morawiecki ma jeszcze w zanadrzu jedną, bardzo umiarkowaną propozycję dla protestujących w Sejmie, że ona się wkrótce pojawi, niekoniecznie nawet przed zbliżającym się Zgromadzeniem Parlamentarnym NATO. To nie będzie wiele, ale to będzie konkret i to będzie żywa gotówka, a także plan pomocy niepełnosprawnym po 2020 roku, szerszy niż ten, który przyjął Sejm.  I ciągle tylko pozostaje bez odpowiedzi pytanie, czy jeśli nawet ten protest wkrótce się skończy, to czy skończy się wreszcie amatorka PiS w komunikacji z Polakami?

sobota, 12 maja 2018

Chaos w Centrum Zdarzeń

Prawo i Sprawiedliwość doskonale wpisuje się, niestety, w narastający chaos w Centrum Zdarzeń. Cóż to jest jednak Centrum Zdarzeń? Wyodrębniony świat mediów i polityki ulokowany w stolicy, tworzący spójną sieć powiązań, sympatii, nienawiści, złości i oczywiście interesów. Ten świat codziennie produkuje swoje własne narracje, coraz bardziej nachalne, fałszywe, w których prawdziwe są jedynie nazwiska głównych aktorów, a reszta to emocje i wykwintnie, albo i topornie, podane kłamstwa. Gdyby obóz władzy nie poddał się temu widocznemu już gołym okiem chaosowi, druga strona nie używałaby tak bezczelnych chwytów propagandowych, nie stosowałaby kłamstwa jako głównego narzędzia politycznego. Jeśli prawdą jest, to co napisał minister Joachim Brudziński, że wóz transmisyjny pewnej stacji pojawił się kilka minut po fałszywym alarmie bombowym w szpitalu na Szaserów, to oczywiście on tam przejeżdżał przypadkowo razem z tragarzami. Obieg tego typu informacji (Jarosław Kaczyński w szpitalu i bomba) jest w środowisku dziennikarskim błyskawiczny. Jeśli więc jakimś cudem informacja o bombie dotarła do owej stacji mniej więcej w tym samym czasie co do szpitala, oczywiście przypadkiem, to ona od razu stała się popołudniowym newsem dnia, zanim jeszcze minister Elżbieta Rafalska po raz kolejny dostarczyła stacji TVN 24 i opozycji  materiału filmowego do konstrukcji obrazu PiS jako najbardziej bezdusznej formacji politycznej w Europie. Czyli „wszyscy wszystko wiedzieli”, a mimo to pojawiła się niebywała okazja, by najzwyczajniej w świecie posłużyć się dość ordynarnym kłamstwem, że szpital to właściwie jest zamknięty dla zwykłych pacjentów, bo leży w nim Jarosław Kaczyński.



Żadnych sprostowań przez wiele godzin, info krąży, powielane do granic absurdu, komentujący wylewają kubeł pomyj na Prezesa PiS. Udział w tej durnej zadymie medialnej  biorą „DZIENNIKARZE”, którzy innych dziennikarzy nazywają zwykłymi propagandystami, jeśli tylko ci nie biorą udziału w wojnie z Prawem i Sprawiedliwością. Ale nie był to jedyny chwyt tego dnia, który miał wywołać pożądane emocje mądrego elektoratu. Różne skandaliczne rzeczy dzieją się na ulicach Hamburga, Berlina, Paryża, ale jak do tej pory nikomu tam nie przyszło do głowy prowadzić wielomiesięcznej okupacji parlamentu. Protest opiekunów osób niepełnosprawnych jest tylko jej najbardziej spektakularnym przejawem. Gdyby rzeczywiście  dostęp do Sejmu był tak swobodny, jak oczekują tego na przykład Obywatele RP, byłby już tam sztab betonowej opozycji z pułkownikiem Mazgułą na czele, a nie miejsce obrad. Od lipca ubiegłego roku, na Sejm ciągle nacierają ci sami ludzie, kładą się, walą butami o blachę, bo są konsekwentni i zdeterminowani w dążeniu do swojego głównego celu, czyli odsunięcia PiS od władzy za wszelką cenę. Fakt, że w tej walce posłużono się wczoraj kombatantką AK nie jest żadnym zaskoczeniem. Nie ma informacji o przepustce? Minęło pół godziny? To ruszamy! W TVN 24 także wieczorem powielano informację o tym, że kombatantki nie chciano wpuścić do Sejmu. Wbrew faktom, ale fakty w tej stacji są na wymarciu, delikatnie mówiąc. Nie tylko na Wiertniczej zresztą. Narasta więc ogólny chaos, państwo jest słabe, rząd jest dziś słaby, właściwie każdy mówi już co innego, więc opozycja dociska ile tylko może.


W Centrum Zdarzeń ruch jak nigdy dotąd. Rozpada się powoli cały układ polityczny, który powstał po 2005 roku. Emocje budują kolejne zdarzenia, a nie zdrowy i chłodny osąd sytuacji. Im bardziej agresywne są zachowania protestujących matek tym lepiej dla PO, im więcej łez w oczach Adriana, tym bliżej do pęknięcia wysokiego poparcia dla obozu władzy. Opozycji pozostało już niewiele armat, a huk tych, których używa, dociera głównie do własnego elektoratu. Ludzie, ci zwykli, widzą gołym okiem polityczny wymiar protestu w Sejmie i bezsensowne cierpienie młodych ludzi, które zastępuje Borysowi Budce wycie na ulicy. Kłamstwo jako przekaz dnia to jednak coś nowego w polskiej polityce. Do tego nie dementowane, powtarzane przez polityków i dziennikarzy, z pełną świadomością, że jest to właśnie zwykłe kłamstwo. Tak było w przypadku „zamknięcia” szpitala z powodu Jarosława Kaczyńskiego, tak było w przypadku kombatantki AK. Przy okazji, na Wiejskiej dochodzi do tak absurdalnych wystąpień, z których wynika, że do Sejmu wpuszczane są już tylko „pisowskie dzieci”. Pali się grunt pod nogami całej opozycji, więc zupełnie nie wiadomo, dlaczego w ten chaos polityczny wpisuje się Prawo i Sprawiedliwość. Tłumaczenia, że w dużej formacji politycznej są skrzydła, że muszą być tarcia, to opowiastki dobre dla studentów I roku politologii. Tak jak nigdy dotąd, PiS potrzebuje spokojnego oglądu rzeczywistości i wyzbycia się jakichkolwiek emocji. 
 
Tak zaczyna działać cała światowa polityka. Żadnych wartości, tylko interesy. Szachowanie, kalkulowanie, ogrywanie, sojusze w imię biznesu a nie wolności czy demokracji. Tego PiS nie odkręci, tego już nikt nie odkręci. Chłodna kalkulacja podpowiada, żeby w najbliższy poniedziałek przedstawić ramowy, zróżnicowany program pomocy finansowej dla wszystkich niepełnosprawnych, których w Polsce jest około półtora miliona. Z opcją dla opiekunów dorosłych niepełnosprawnych. Realną, rozłożoną na co najmniej 5 lat. I zakończyć temat, zakończyć chodzenie do Sejmu, tylko po to by być tam szturchanym lub obrażanym. Ku widocznej satysfakcji czy wręcz radości części mediów, o Borysie Budce już nie wspominając. Wbrew temu co się mówi i pisze, i co się produkuje codziennie na antenę w Centrum Zdarzeń, obecny chaos dotyczy jedynie samego centrum, a nie całego kraju.            

wtorek, 1 maja 2018

Kres romantycznych iluzji PiS. Zaczyna się decydujące starcie.

Iluzja romantycznego patrzenia na polską politykę wreszcie znika i ustępuje chłodnej kalkulacji. Rzecz dotyczy oczywiście wiary, że przeciwko interesom własnego państwa nie wolno występować bo to zbrodnia i zdrada. A to tylko jedna z wersji postrzegania Polski – tradycyjnej, niepodległej i demokratycznej – w przeciwieństwie do iluzorycznej dziś demokracji zachodniej. Nie tylko politycy PO i .N wyznają zupełnie inną Polskę, podobne wizje mają ich wyborcy: fajna, kolorowa, chwalona w Brukseli, Berlinie, z której wybitni aktorzy tacy jak Jerzy Stuhr będą pędzić do prawdziwej Europy i śmigać przed kamerą w kolejnych scenach demitologizujących ponurą i antysemicką historię Polski w kasowym filmie, na przykład Spielberga. Sieć reaguje emocjonalnie na brednie reżysera o tęsknocie jakiejś kobiety do SS, ale na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w wielu polskich miasteczkach, nie przeżartych jeszcze konsumpcjonizmem i zgnilizną Zachodu, ich mieszkańcy żywo interesowali się efektami specjalnymi i sztuką kadrowania, o czym bardzo chętnie dyskutowali po angielsku z amerykańską ekipą filmową. Polska Platformy Obywatelskiej nie może mieć własnej  wizji  rozwoju, bo każdy polski punkt widzenia stoi w sprzeczności z punktem widzenia Niemiec i Brukseli. A takiej sprzeczności być nie może. Nie jest więc to spór o kształt demokratycznych rządów w obrębie jednego państwa, tylko starcie dwóch zupełnie odmiennych wizji Polski. To romantyczne trwanie w przekonaniu, że tak nie można, że nie wolno w Strasburgu głosować przeciwko polskiemu rządowi tylko dolewało oliwy do ognia, wywoływało gwałtowne reakcje, a tymczasem opozycja traktowała to i traktuje nadal jako część realizacji wizji Polski, jaką wykreowała w 2007 roku.


Koniec iluzji przyszedł niestety dość późno, więc Prawo i Sprawiedliwość ponosi konsekwencje swojej naiwnej wiary, że przecież gdzieś jest koniec tej postępującej radykalizacji żądań PO i N, bo przecież oni tacy sami jak my – z tej samej gliny ulepieni. Gołym okiem widać, że jednak nie, że to jest narastająca nienawiść, tym większa, im większa jest bezsilność na zachodzące w kraju zmiany. To są ponoć nic nie znaczące drobiazgi, ale kiedy słyszymy tembr głosu posła Sławomira Neumanna (pomińmy mimikę twarzy), wymawiającego słowo „pisowski”, to chcąc nie chcąc nachodzą człowieka najgorsze skojarzenia: zaraza, obrzydliwość, coś co trzeba zgładzić. Ta narracja nienawiści znakomicie udziela się części wyborców opozycji, szczególnie tych, którzy trawią jedynie proste komunikaty, zawierające głównie „antypisowskie” inwektywy. Nie jest to wcale jakiś straszny podział Polaków, jak można by sądzić, raczej przejaw głupoty i trwania w złudzeniu, że PO ciągnęła Polskę w stronę prawdziwej Europy, złudzeniu podbudowanym do tego niezwykle silnym kompleksem wobec Zachodu.


Za to przemożne przekonanie obozu władzy (z pewnością niecałego), że ta agresja się kiedyś skończy, że ktoś tam się opamięta i zacznie normalnie rozmawiać o tym, jaka ma być ta nasza Polska, Prawo i Sprawiedliwość płaci dziś wysoką cenę i nie chodzi u wcale o sondaże. Opozycji udało się narzucić narrację, że PiS jest łasy na kasę, że tej kasy nie chce dać niepełnosprawnym, że w ogóle to ten PiS jest gorszy od nas i nie pomaga biednym ludziom. Ale efekt jest marny, poprawę swojej sytuacji odczuło wielu Polaków, wale to tym gorzej dla Jarosława Kaczyńskiego i jego partii. Będą więc kolejne oskarżenia, prowokacje, kłamstwa, protesty, nic nie zatrzyma Platformy, ponieważ ona ma swoją wielką misję doprowadzenia Polski tam, gdzie była do wyborów w 2015 roku. To jest bardzo konkretny i prosty cel, któremu podporządkowane są wszystkie działania polityczne. Nie będzie żadnych kompromisów, bo nie po to powstała PO, żeby budować silne niepodległe państwo. Tym bardziej nieudany klon o nazwie Nowoczesna, który miota się w konwulsjach pożerany smacznie przez Grzegorza Schetynę.



Wydaje się, że późno bo późno, ale po stronie rządzących jest już ta powszechna świadomość, że tę batalię trzeba rozgrywać na chłodno, wręcz z zimną krwią, bez emocji, bez tych wpisów oburzenia, że zdrajcy i Targowica. Niech to ocenią historycy za 50 lat. Tu i teraz potrzebna jest profesjonalna ekipa, która precyzyjnie wytrąci opozycji wszystkie narzędzia, którymi chce dokonać przewrotu. No bo jak nie wybory, to ulica, zagranica, protesty, antysemityzm, faszyzm, Europa płacze, a Berlin załamany dyktaturą. Wbrew pozorom ta machina agresji, fejków, kłamstw, nie jest wcale taka groźna jak się wydaje. Groźny jest przede wszystkim bezwład komunikacyjny obozu władzy, który trwa, trwa i trwa. I druga rzecz, wręcz fundamentalna: pycha. Nie taka jak u poprzedników, może nawet za wcześnie o niej mówić, może to było (bo już nie jest) wszechogarniające samozadowolenie, że ludzie idą za nami, że trochę więcej nam już wolno. Nic z tych rzeczy. Prawu i Sprawiedliwości wolno znacznie mniej, bo takie było credo wyborcze PiS, bo poza wyborcami prawicy nie ma wokół zbyt wielu sojuszników. Załóżmy jednak dziś optymistycznie, że PiS wyszedł z tej romantycznej iluzji, że oni się uspokoją, opanują, że sięgną po własny program i będą go głosić po całej Polsce. Celem PO jest anihilacja PiS, a jeśli tego nie zrobi Tusk i Schetyna, nadejdzie kolejna antypolska formacja, która będzie trwała tak długo, jak długo Europa nie wyjdzie z chaosu, w jakim tkwi od czasu, kiedy szaleńcy postanowili zamienić ją we własny beznarodowy folwark.