niedziela, 2 lipca 2017

Platforma sforsowała Odrę i przeniosła się do Niemiec

Żałuję bardzo, że nie mogłem pomóc Grzegorzowi Schetynie w przygotowaniu  przemówienia na Radę Krajową PO, o wyborze miejsca już nawet nie wspomnę, bo nie rozumiem, dlaczego do tak ważnej europejskiej debaty doszło w pomieszczeniu przypominającym opuszczony hangar dla samolotów w byłej sowieckiej bazie wojskowej. Na szczęście, bystrzy operatorzy z TVN 24, pod czujnym okiem realizatora wizji, nie pozwolili wyborcom PO na tak niestosowne skojarzenia. Żałuję, ponieważ Szef PO pogubił się w sprawie wizyty Prezydenta Trumpa w Polsce, skupiając się na kreciej robocie PAD i PiS, żeby wykluczyć Platformę z udziału w publicznym wystąpieniu POTUS –a  na Placu Krasińskich w Warszawie. Pamiętamy historyczne słowa z Twittera, że „Jeden Donald wystarczy”* i niech się PO tego trzyma, niech będzie konsekwentna. Mógł więc Grzegorz Schetyna powiedzieć jasno i bez ogródek: „Nam jeden Donald wystarczy i jest to Donald Tusk!” Jasny komunikat do swoich wyborców zdegustowanych amerykańskim przywódcą, jasny sygnał dla kanclerz Angeli Merkel, że Platforma, tak jak ona, już nie liczy na USA, i wreszcie ważny komunikat płynący do Tusk Tower. Szkoda, tym niemniej spontaniczny protest  związany z wizytą Trumpa, zostanie z pewnością doceniony przez Berlin. W ten sposób, symbolicznie, Platforma Obywatelska sforsowała Odrę i przeniosła się do Niemiec.

Trafił w punkt wicepremier Mateusz Morawiecki komentując czasy rządów PO podczas Kongresu PiS: „Po co  złotówka, skoro jest waluta euro, po co nam LOT  jak jest Lufthansa, po co nam PiS, skoro jest CDU?”** Słowa te padły w żartobliwym tonie, ale znakomicie oddają sens polityki wewnętrznej i zagranicznej, jaką prowadziła przez osiem lat Platforma Obywatelska (i jaką nadal prowadzi). Ewidentna kontra PO do wizyty Prezydenta USA w Polsce doskonale współgra ze szturmowcami narracji niemieckiej w polskich mediach, dla których Trump to „knajak i prostak”, choć bywało i ostrzej***.  Platforma Obywatelska, już całkiem serio, sprowadza  przyjazd Donalda Trumpa do Polski do poziomu jej wojny z PiS, bo tylko tym się zajmuje. Dla Grzegorza Schetyny nie ma znaczenia, że przemówienie na Placu Krasińskich będzie adresowane nie tylko do Polaków, ale do wszystkich Europejczyków, i że stanie się to w Warszawie. PO sama wyklucza się z tego wydarzenia i nie jest to działanie przypadkowe. Nie zgłupieli. Działają zgodnie z linią polityczną, którą tak trafnie opisał Mateusz Morawiecki. Trump nie jest lubiany w wielu stolicach europejskich, ale każdy chce z nim rozmawiać, każdy chce z nim robić interesy. Postawa PO wpisuje się doskonale w niemiecką wizję Europy i to nie jest żadnym zaskoczeniem. Bez mrugnięcia okiem udała się do Ambasady Niemiec w Warszawie na rozmowy z Angelą Merkel, a teraz jest tak poirytowana zaproszeniem Ambasady USA na Plac Krasińskich. Na europejskie wystąpienie najważniejszego przywódcy świata. Nic z Rady Krajowej PO nie zostało, nic, poza symbolicznym opuszczeniem Polski i przeniesieniem się za Odrę. Jasne i czytelne, oby także dla tych wyborców Platformy, których stolicą Polski jest nadal Warszawa.               


*
http://natemat.pl/193925,jeden-donald-wystarczy-malgorzata-tusk-dowcipnie-komentuje-sondaze-dajace-szanse-donaldowi-trumpowi

**
https://www.tysol.pl/a8826-Mateusz-Morawiecki-Po-co-zlotowka-skoro-jest-waluta-euro-Po-co-PiS-skoro-jest-CDU-

***
http://facet.onet.pl/donald-trump-wiekszym-psychopata-niz-hitler-tak-twierdzi-naukowiec-z-oxfordu/hh07yk

piątek, 30 czerwca 2017

Igraszki wojenne na Krakowskim Przedmieściu

Jest nagląca potrzeba pojedynczego wielkiego symbolu, który padnie ofiarą przemocy reżimu. Nie wyszła ulica, pokojowe kodchody wymarły jak te pierwszomajowe, ale zagranica  spisuje się czasami nieźle – choćby ten niemiecki amok po przemówieniu PBS w Auschwitz i marginalne artykuliki w mainstreamowej prasie amerykańskiej (MSM) - dają jednak jakąś nadzieję na sukces. Tego nie można zmarnować. Mamy Lecha Wałęsę, naszego narodowego bohatera, wystawmy więc starszego Pana, chorego na serce, a wtedy? Snucie tego, co może się zdarzyć już się zaczęło. Jeśli reżimowy policjant złapie choćby Wałęsę za klapę marynarki, na której będzie Matka Boska, to wstrząśnięty będzie cały świat. A najbardziej Dominika Wielowieyska – pierwsza „siostra” w „Gazecie Wyborczej”, która zapyta dramatycznie: i co na to Episkopat, co na to polscy katolicy?  To będzie coś niesamowitego – mówi pewien publicysta „Polityki” w porannym „grillowaniu” PiS i Trumpa. Wyniesiony Władysław Frasyniuk to jednak za mało, duża, ale i za mała legenda żeby świat się oburzył, wstrzymał oddech, zagrzmiał, żeby nałożył na Polskę wszystkie możliwe sankcje, przykładnie potępił, żeby okazało się, że Białoruś na tle Polski to jest co najmniej tak demokratyczna jak  Francja Macrona. Popchnięty podczas protestu Wałęsa to będzie gwóźdź do trumny PiS – kalkulują piewcy demolki państwa. 




Przygotowaniom do ostatecznej rozprawy z Jarosławem Kaczyńskim towarzyszy wojenny język. Zniszczyć, zmiażdżyć, wykończyć – takimi łagodnymi określeniami, w najlepszym razie, opisuje się to, co spotka wkrótce rządzących. Odstrzelić Macierewicza – dorzuca Tomasz Lis. Oczywiście – trzeba odstrzelić wszystkich. Nie dosłownie, broń Boże, tu chodzi tylko o intelektualną metaforę, odstrzelimy ich przy pomocy całego świata, zabierzemy im Polskę, władzę, wszystko. Protestem. Zrobimy to szlachetnie. Czy aby na pewno? Musi być potencjalna wielka ofiara, jedna, taka jak Lech Wałęsa. Czy były współpracownik SB będzie miał poczucie humoru, jeśli policjant, ewentualnie, zechce go wylegitymować i zapyta jak się nazywa? TW Bolek jestem – byłoby pysznie. Nie mam nic do Wałęsy, tylko tyle może, że jeśli ktoś donosił na swoich kolegów może się zrehabilitować, jeśli tylko tego autentycznie chce, jeśli chce być uczciwy przede wszystkim wobec samego siebie, mniej już nawet wobec samych Polaków. Ale Lech o swoich kolegach z „Solidarności” zapomniał, a nie tak dawno jeszcze sam by ich pałował. Dlatego szturmowcy liczą na niego, wypełnieni po brzegi cynizmem.  Niektórzy publicyści lewicy pochylają się bowiem z troską nad swoim bohaterem, nad jego zdrowiem, że może wystarczyłoby, żeby poparł, wezwał do wykończenia PiS i na tym poprzestał. Ale jednocześnie oczami swojej wyobraźni widzą co by to było, gdyby jednak Lech stanął, siadł na Krakowskim Przedmieściu, gdyby go wyniesiono, albo choćby szturchnięto. Świat zmiażdży wtedy PiS, czyli nacjonalistyczną i ksenofobiczną prawicę.  Oni będą to wszystko śledzić w TVN 24, są sztabem, są dowódcami, generałami wojny z PiS.


Na pierwszym froncie obywatele Kasprzak i Mazguła, no i sam Lech. W tych jakże pokojowych rozważaniach, nikt nie zawraca sobie głowy tym, że byłaby to kolejna próba przerwania legalnej manifestacji i świadome łamanie prawa. Ale to nie ich państwo, nie ich prawo. Tworzy się narrację, że 10 lipca dojdzie do próby sił demokratów i patriotów z tyranią. Igraszki wojenne i język wojenny. Jeden z członków formacji Obywatele RP mówi wprost o nadchodzącej wojnie domowej. Wszystko jest w sieci,  i dużo więcej, i dużo bardziej ogniście i jednoznacznie. Nie ma powodu , dla którego miałbym tu reklamować wezwania do starć ulicznych, do tego, żeby faktycznie stało się coś złego. O ile pohukiwania wstrząśniętych sytuacją w Polsce polityków, takich jak posłowie Neumann czy Grabiec, są już tylko przejawem politycznej agonii PO, o tyle szturmowcy nie pohukują, oni chcą się rozprawić się z rządem na ulicy, w świetle kamer. Są przekonani, że ewentualne starcie pogrąży PiS w niebycie. Nic bardziej mylnego i od razu powiem dlaczego.


Opozycja i rządząca koalicja prawicowa żyją niestety na co dzień w swoistym Kokonie Medialnym. Grupuje on wielką armię producentów: newsów, twittów, wpisów, artykułów, oświadczeń czy konferencji prasowych. Politycy i dziennikarze – razem tworzą swój własny zamknięty świat. Słusznie zauważają, że napięcie rośnie, że każdy mocny wist spotyka się z mocną ripostą, a więc to działa. Ludzie to widzą, ludzie nas słuchają i czytają, ludzie w końcu przejrzą na oczy i wykopią PiS na śmietnik historii, tak jak poseł Szczerba uczynił to z Donaldem Trumpem – zakładają szturmowcy. Nic bardziej mylnego. Wojownicy z GW i z TVN czy z Krakowskiego Przedmieścia, nie zdają sobie sprawy a tego, że ta niby wojna toczy się głównie w ich medialnym kokonie, w ich głowach. Odpryski tej batalii trafiają oczywiście do opinii publicznej, polaryzują ją, ale większość Polaków żyje na co dzień swoimi zwykłymi troskami, problemami i radościami. Mieści się w tym oczywiście bieżąca polityka, nie może być inaczej, ale dorywczo, wpada jednym uchem i drugim wypada. Coś zostaje, ale wcale nie tak dużo jak myślą mieszkańcy kokonu.  


Bezrefleksyjne obciążanie PiS-u za całe zło tego świata staje się już nużące nawet dla wyborców PO, tak jak i – warto dodać - ustawiczne wychwalanie rządu za wszystko co robi,  irytuje wielu jego zwolenników. W Kokonie Medialnym tego się nie dostrzega, tam trwa nieustająca wymiana ciosów, aż do liczenia przeciwnika na deskach. Z tą jednak istotną różnicą i korzyścią dla PiS, że rządzącym wcale nie zależy na tym, żeby przeciwnik, taki właśnie przeciwnik, został wyniesiony z ringu. To nie jest celem polityki Jarosława Kaczyńskiego. Prawo i Sprawiedliwość ma na głowie całe państwo. Druga strona ma wolną rękę, formalnie za nic dziś nie odpowiada - ani za przyszłość Polski ani za jej wizerunek. Jeśli pomysł blokady z udziałem Lecha Wałęsy zostanie doprowadzony do skutku,  to jego inicjatorzy srogo się zawiodą. Istnieje wiele sposobów na ominięcie tej chorej zadymy. Mającej wstrząsnąć Polską, ba, całym cywilizowanym światem. Cyniczni gracze chcą mieć wielką, pojedynczą ofiarę, gotowi są nawet poświęcić zdrowie swojego bohatera, byle tylko dopiąć swego. Dla Wałęsy ta oferta też może się wydawać atrakcyjna. Oto tłamszona przez reżim wielka postać, znów staje w pełnym blasku na cokole nowej liberalnej rewolucji, która zmiecie z powierzchni ziemi dyktaturę plebsu. Plebsu, który dorwał się do władzy, jak to pięknie ujął pewien profesor. Ani świat, ani Polska nie żyją, Panie i Panowie, waszymi rozdętymi emocjami, złudzeniami i niespełnionymi marzeniami. PiS będzie dalej rządził, lepiej lub gorzej (jak na razie całkiem nieźle mu idzie), a wy – coraz bardziej zgorzkniali - będziecie dalej twierdzić, że jesteście emanacją lepszej, fajniejszej Polski. Czystą emanacją demokracji z blokadą myślenia o losach kraju.      

czwartek, 29 czerwca 2017

Trump - Putin w kuluarach G-20, Warszawa na pierwszym planie

Prezydenci Stanów Zjednoczonych i  Rosji, Donald Trump i Władimir Putin  spotkają się w  kuluarach szczytu G-20, który odbędzie się w dniach 7-8 lipca w Hamburgu. Tę informację przekazał rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Nie będzie jednak,  na co wcześniej liczył szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel, odrębnego spotkania obu przywódców. "Prorosyjski" Trump ceni sobie natomiast "prorosyjski" rząd w Warszawie i dlatego dzień przed szczytem dojdzie do oficjalnej rozmowy z Prezydentem RP Andrzejem Dudą oraz przywódcami Trójmorza. Pisałem już kilka dni temu o szczególnym znaczeniu wizyty Donalda Trumpa w Polsce*, nie tylko ze względu na nasze relacje dwustronne, ale także ze względu na przyszłość Europy Środkowej i całego kontynentu. Wiadomo już, że przemówienie Prezydenta USA na placu Krasińskich będzie poświęcone polityce międzynarodowej, być może Trump odniesie się w nim bezpośrednio do inicjatywy Trójmorza, być może ją wesprze, nie wiemy. Ten projekt tak naprawdę dopiero powstaje, daleko mu jeszcze do silnego regionalnego sojuszu. Sporo niewiadomych, ale warto zauważyć, że będzie to po szczycie NATO w Brukseli, drugie tak ważne wystąpienie amerykańskiego prezydenta w Europie, właśnie w Warszawie, a nie w Berlinie czy w Paryżu. To nie przeszkadza mainstreamowym mediom na Zachodzie pisać już, że Trump będzie chciał podczas wizyty w Polsce rozbić jedność Unii Europejskiej (oczywiście tej w wersji niemiecko - francuskiej). Czy dlatego  Prezydent Macron pospiesznie zaprosił go, zaledwie kilka dni temu, na 14 lipca do  Paryża? Jak wiemy, zaproszenie zostało przyjęte.  


Symbole, gesty, mają znaczenie. Po Watykanie, Polska jest drugim państwem w Europie, które Prezydent USA odwiedzi w ramach  rozmów bilateralnych.Przemówienie na placu Krasińskich nie będzie jedynie okolicznościowym uznaniem zasług Polski w przemianach, jakie dokonały się po 1989 roku w Europie czy podkreśleniem wkładu naszego kraju w sojusz NATO. Można się jedynie domyślać, że wyznaczy ono kierunki polityki amerykańskiej wobec kontynentu europejskiego na najbliższe lata. Wizyta Trumpa będzie także oczywistym sukcesem obecnego rządu i prezydenta, Polski, czego nie może przełknąć ani opozycja, ani wspierające ją media. Od wystąpienia Beaty Szydło w Auschwitz po obrażane ponoć podczas wizyty w Polsce muzułmańskie uczennice, które przyjechały do nas po wiedzę na temat Holokaustu - cały ciąg potęgującej się agresji. Wszytko doprowadzone do absurdu i chętnie wykorzystywane  także przez niemieckie media, które na punkcie Polski doznały w ostatnich dniach prawdziwego amoku. Innymi słowy, skoordynowana akcja, żeby przed 6 lipca jak najwięcej namieszać. Ta histeria antypisowskich mediów jest robiona, bez względu na ich intencje, na użytek Niemiec i Rosji, głównych poszkodowanych nową polityką amerykańskiej administracji. 


Pech chce, że w Polsce mamy teraz HGW i Amber Gold, tematy przykuwające uwagę opinii publicznej, bulwersujące i jednoznacznie obciążające PO. Warto byłoby coś zmontować przed 6 lipca, ale co? To może po wizycie, 10 lipca, pokażemy światu wynoszonego Wałęsę? Kombinują, kombinują.  Ekipa PiS nie nagłaśnia poufnych rozmów na temat wizyty Donalda Trumpa w Polsce i bardzo dobrze, zdaje sobie sprawę z tego, że jest ona w niesmak  całej europejskiej liberalnej lewicy, że jej przesłanie może poważnie naruszyć interesy Niemiec w Europie. Gdyby tak nie było, nie mielibyśmy tej całej fali wielkiego wzmożenia skierowanego przeciwko PiS. Tych fakenewsów i manipulacji, histerii o końcu demokracji i "nadchodzącej brunatnej fali". Donald Trump nie będzie realizował naszej wizji Unii Europejskiej, ale jego polityka w wielu kwestiach jest zbieżna z naszymi interesami narodowymi, wystarczy wspomnieć o sankcjach na firmy, które chcą przystąpić do realizacji projektu Nord Stream II. W tej sytuacji, wydawałoby się, że czymś naturalnym będzie konsensus wokół wizyty Prezydenta USA w Warszawie, choćby docenienie przez opozycję jej znaczenia dla naszego bezpieczeństwa. Próżno szukać takiej postawy wśród liderów opozycji. Żyją obroną HGW, są wstrząśnięci Radomiem, a w aferę Amber Gold chcą wplątać.. SKOK-i. Dla Prawa i Sprawiedliwości to najtrudniejszy i najbardziej odpowiedzialny moment sprawowania rządów od wyborów w 2015 roku. Nie przesadzam. Na dziś, to Warszawa jest na pierwszym planie Waszyngtonu, może tylko na chwilę, a takiej chwili nie wolno przegapić.

*http://benevolus.salon24.pl/788526,zalosne-i-niebezpieczne-podgryzanie-wizty-donalda-trumpa-w-polsce  Źródło: rp.pl

środa, 28 czerwca 2017

Polska- państwo budowane na "słupach"



Okazało się, że Hanna Gronkiewicz – Waltz, prezydent Warszawy, jest tak zwanym słupem. Tak przynajmniej wynika z narracji, której sama używa od wielu miesięcy, by całkowicie oddalić od siebie jakiekolwiek zarzuty związane z grabieżą nieruchomości w Warszawie. Wszystkie decyzje o zwrocie nieruchomości podpisywali urzędnicy. Pani Prezydent tym się zajmowała, nic nie wiedziała, nie miała żadnej wiedzy o gigantycznym przekręcie na setki milionów złotych, co więcej, była też przez bardzo długi czas odporna na informacje ze świata mediów. Można się jedynie domyślać, że nie czytała nawet codziennych raportów prasowych, które w każdym magistracie są standardem. Kiedy spotykała się z Donaldem Tuskiem albo z Grzegorzem Schetyną, rozmawiali w Europie i nie zajmowali się takimi drobiazgami, jak działająca bezczelnie w Warszawie mafia handlująca roszczeniami. Innymi słowy, przez ostatnie 11 lat stolicą rządzili urzędnicy średniego i niższego szczebla i to oni sami są wszystkiemu winni. HGW nie rządziła, po prostu była i „dała” mieszkańcom metro. Prawdę mówiąc, wyborcom to wystarczało, skoro trwa właśnie trzecia kadencja niezatapialnej liderki PO. To nawet nie są standardy białoruskie, których trzyma się  prezydent Warszawy i jej otoczenie, to są zwyczaje mafijne.



Kolejny „słup”, choć chyba nie do końca taki zwykły słup, to Marcin P. Z sześciogodzinnego przesłuchania przed Komisją Śledczą niewiele wynika, bo na każde pytanie dotyczące kulis powstania spółki Amber Gold i dalszych losów kilkuset milionów złotych, świadek odmawiał odpowiedzi. Krótko mówiąc nie zaczął sypać i nie będzie sypać, bo chce żyć. Chce dalej odgrywać rolę biznesmena, któremu po prostu nie wyszło, a jeśli ma odbyć karę więzienia, to ją odbędzie. Wyszło przy okazji na jaw, że jak na słupa jest osobą inteligentną i przebiegłą, więc jego mocodawcy postawili na właściwą osobę. Póki co państwo jest bezradne, bo ani prokuratura, ani Komisja Śledcza, ani służby specjalne, nie mają najwyraźniej wiedzy na temat tego, gdzie wyparowało ponad pół miliarda złotych. Że wyprane, że gdzieś krążą już jako „czyste” – to pewne, ale marne to pocieszenie dla poszkodowanych. Ciekawostkami z przesłuchania  będą się karmiły media, ale słup Marcin P. skutecznie broni na razie swoich tajemnic. Choć samo uzyskiwanie przez niego poufnych informacji o działaniach ABW już jest skandalem, ale w Polsce to jak widać rzecz normalna. Żadnej sensacji nie ma. Takie mamy państwo.



Jest wreszcie i trzeci słup w polskiej polityce, zupełnie wyjątkowy na tle wyżej wymienionych – to Donald Tusk. O tyle inny od tamtych, że będąc premierem niemal zawsze  za wszystko brał pełną odpowiedzialność polityczną. Także za Smoleńsk. Tyle tylko, że w pewnym momencie swojej kariery opuścił Polskę, żeby osiąść miękko na fotelu szefa Rady Europejskiej. Taki polityczny azyl. W sprawie Amber Gold też nie miał żadnej niepokojącej wiedzy, bo wprawdzie podległe mu służby działały, ale na pewno o niczym niepokojącym go nie informowały. Gdyby było inaczej, żadne fochy syna nie miałyby znaczenia. Po prostu nie rozpocząłby pracy w OLT Express i już. Co więcej, dostałby zakaz kontaktowania się z Marcinem P. Ale skoro Donald Tusk nic nie wiedział ani w marcu, ani w czerwcu 2012 roku o rysującym się gigantycznym przekręcie w jego rodzinnym Trójmieście, to czy można mu stawiać jakieś zarzuty? Zajmował się Europą i pielęgnowaniem „zielonej wyspy”. Zawiodły służby, urzędnicy, może jeden czy drugi minister, ale premier robił wszystko dla Polski. To może być z powodzeniem motto dla całej formacji politycznej, która zamieniła polskie państwo w szemrany biznes: „Nic Polakom do zwrócenia nie mamy”.           

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Nadszarpnięty układ III RP kontra PiS

Nie jest aż tak źle, że to dawne służby specjalne pociągają za wszystkie sznurki i sterują życiem politycznym i gospodarczym w III RP. Układ polityczno - mafijny, jaki wytworzył się po 1989 roku ma swoje własne struktury, na tyle silne, że czasami - co niektórzy -  chcą się usamodzielnić albo uwolnić od niewygodnej przeszłości i przekrętów, które mają na sumieniu. Najczęściej bez powodzenia. Taśmy z Sowy były dotkliwym ostrzeżeniem, ale wszyscy jej bohaterowie mają się dobrze, wypadli jedynie z bieżącej gry. A są z pewnością jeszcze gorsze "kwity" na przedstawicieli tak zwanych elit III RP,  których dysponentami są także służby obcych państw.Układ jest więc trwały, wyjść z niego nie sposób, zresztą dla większości jest on nadal prawdziwym eldorado.Do potwierdzenia tej tezy nie potrzeba dziś jakiejś tajemnej wiedzy. Dawni współpracownicy SB i wywiadu wojskowego PRL obejmowali w "nowej" Polsce najwyższe urzędy w państwie. Goszczą na co dzień w studiach TVN jako eksperci i autorytety w sprawach demokracji. Ludzie Platformy, którzy do perfekcji opanowali życie w tym patologicznym układzie, czują się całkowicie bezkarni, ponieważ kryje ich cała sieć powiązań stworzona  przez osiem lat rządów PO. Każdy każdemu coś zawdzięcza, każdy odniósł jakieś korzyści, czasami niewymierne.Przywileje, stanowiska, miękkie lądowanie w biznesie, gdy potknie się noga, no i polityczne wsparcie Zachodu dla całej formacji za zasługi w pokornej sprzedaży majątku narodowego za grosze.

Ludzi do sprawowania władzy w demokratycznej Polsce przygotowywano jeszcze w latach 80- tych. Z "Solidarnością" i opozycją nie było kłopotu. Po 1985 roku "wyczyszczono" dość dokładnie całe podziemie z osób nie rokujących nadziei na współpracę z nowym systemem.Do USA na stypendia amerykańskich uniwersytetów poleciała wyselekcjonowana grupa 20 zdolnych i młodych, która potem obejmowała kluczowe stanowiska w polskiej polityce. Przełom 1989 roku był sterowany i to nie ulega dziś żadnej wątpliwości. W połowie lat 80-ych ubiegłego stulecia nie było żadnych znaków na niebie i ziemi, że Polacy czy sama "Solidarność" szykują się do starcia z komuną. Dominowały nastroje, że komuna, niestety,  jeszcze długo porządzi. A tu taki prezent dla narodu, dla wszystkich demoludów. Rzecz w tym, że w Polsce, w przeciwieństwie do NRD czy Czechosłowacji, tak ważnej - i dla Zachodu i dla Moskwy - zrobiono wszystko, żeby utrzymać kontrolę nad nowym porządkiem politycznym. Haki, teczki, stare grzechy, wszystko się przydało do tego, żeby nowe elity były uzależnione od funkcjonariuszy dawnego sytemu.W ten sposób powstał układ, który trwa do dziś. Nadszarpnięty przez rządy Prawa i Sprawiedliwości, ale nie zlikwidowany. Dlatego między innymi Hanna Gronkiewcz - Waltz nadal czuje się tak bezkarna. Nic nie wiedziała, na nic nie wpływała, o niczym nie decydowała, co było związane z reprywatyzacją w Warszawie. Komisja Weryfikacyjna nie wystarczy do przecięcia tych patologicznych powiązań i przerwania zmowy milczenia, ale jest potrzebna do tego, żeby zadośćuczynić 40 tysiącom mieszkańców wyrzuconych na bruk.Niech no tylko ktoś by się wychylił za bardzo. Jak działa system III RP w takich sytuacjach, przekonaliśmy się wszyscy, gdy po Katastrofie Smoleńskiej zaczął działać "seryjny samobójca". Tu nie ma żartów, bo gra toczy się o wielkie pieniądze i wielkie wpływy, o być albo nie być.

Oczywiście, być może ktoś zdecyduje w końcu, że należy wydać HGW na pożarcie. Ale to nie będzie koniec systemu, który został stworzony po 1989 roku. Lata, długie lata muszą upłynąć, zanim nastąpi wymiana elit rządzących Polską. PiS, jak na razie, narusza go, podkopuje, przez co  spotyka się z coraz większą agresją i nienawiścią najbardziej zajadłych obrońców układu.Kolejni aktorzy wychodzą na scenę i pokazują swoje prawdziwe oblicze, rzuceni do walki z Jarosławem Kaczyńskim. Sądzę, że mają pełną świadomość działania na szkodę państwa, ale oni po prostu "tak muszą", tam jest niewielu pożytecznych idiotów. Poparcie dla PiS jednak nie słabnie, poważne media na Zachodzie, jak choćby ostatnio "Financial Times", zmieniają  ocenę sytuacji w naszym kraju, pisząc o stabilizacji sytuacji politycznej i szybkim rozwoju gospodarczym. Przełkną Polskę, która zaczyna prowadzić wreszcie samodzielną politykę w Europie? Czas nam sprzyja, bo Zachód jest słaby, a nowa administracja amerykańska dokonuje właśnie zwrotu wobec Moskwy po resecie Obamy. Drugiej, tak dogodnej sytuacji do naprawy państwa i odbudowy silnej pozycji Polski na kontynencie długo nie będzie. 

sobota, 24 czerwca 2017

Żałosne i niebezpieczne podgryzanie wizyty Trumpa w Polsce

Licząc od poniedziałku, to ostanie 10 dni, żeby zmontować jakąś poważną awanturę przed przyjazdem Donalda Trumpa do Polski. 10 dni, które powinny wstrząsnąć całym postępowym światem i tym samym ostrzec samego Prezydenta USA, że nie powinien w ogóle przyjeżdżać do Polski, bo w ten sposób legitymizuje pisowski reżim. Rodzimi lewako – faszyści, czyli najbardziej aktywna ostatnio wybuchowa mieszanka politycznej poprawności i przemożnej chęci bicia prawicy po mordzie,  nie jest odosobniona w prowadzeniu tej antypolskiej gry. Pomniejszeniem znaczenia wizyty Trumpa w Polsce, wywołaniem jakichś zamieszek lub skandalu politycznego przed jej rozpoczęciem lub w trakcie jej, zainteresowane są jak najbardziej Rosja, Francja i Niemcy. Kodowcy, Obywatele RP, nie jesteście sami! Na Twitterze niedobitki Mateusza Puszki nawołują już do działań dywersyjnych na placu Krasińskich, w miejscu, w którym Donald Trump ma wygłosić przemówienie skierowane do Polaków. Nazywanie ich Targowicą to nieuprawniony komplement. Jack Posobiec, aktywny działacz protrumpowski z USA informuje na Twitterze, że w plan zakłócenia wizyty w Polsce zaangażowany jest sam George Soros. Nasze małe soroszki też nie próżnują, ani nasze małe helmutki. Nikomu z tak zwanych elit liberalnych nie jest w smak wizyta Trumpa w kraju, w którym i rząd i prezydent podzielają poglądy USA na bezpieczeństwo i obronę własnych, dobrze pojętych interesów narodowych.



Nie jest przypadkiem, że niemiecka telewizja ZDF przebiła w antytrumpowskiej narracji amerykańskie koncerny medialne (MSM), takie jak CNN i NBC. – Nie możemy już liczyć na USA – mówiła niedawno kanclerz Angela Merkel. Właśnie FBI wysłało listy gończe za pracownikami Volkswagena, zamieszanymi w gigantyczną aferę zaniżania pomiarów emisji spalin. Do tego amerykańskie sankcje na firmy, które chciałaby z Rosją robić interesy w branży energetycznej, na przykład przy budowie Nord Stream II. Sporo tego, i nie wydaje się, żeby Trump miał się zatrzymać i ustąpić. Co nie bez znaczenia, wizyta w Polsce to nie jest taki sobie przystanek w drodze na szczyt G-20, jak to z lubością opisują polscy wielbiciele Obamy i Clinton Hilary. Po pierwsze, jesteśmy jednym z pierwszych krajów w Europie, który nowy Prezydent USA odwiedzi w ramach rozmów bilateralnych, po drugie, rozmowa z Prezydentem Andrzejem Dudą na Zamku Królewskim i z przywódcami państw Trójmorza odbędzie się przed spotkaniem z Putinem, do którego zapewne dojdzie na szczycie G-20. Niuanse, ktoś powie, Moskwa i tak jest ważniejsza od Warszawy, podobnie jak Berlin. To wszystko prawda, ale zwrot w polityce zagranicznej Trumpa jest ewidentny i przynajmniej na razie można sądzić, że jest on korzystny dla Polski. Jak bardzo korzystny, tego dowiemy się 6 lipca w Warszawie. To nie będzie tylko symboliczne przemówienie. Padnie konkret, bo inaczej Trump odłożyłby wizytę w Polsce na później, bo ma interes (amerykański) wygłosić na placu Krasińskich przesłanie nie tylko do Polaków, ale także do Europejczyków, w pewnym sensie ustawić szczyt G-20 na dzień przed jego rozpoczęciem.



Jest więc zapewne tak, że różne mniejsze i większe służby naszych „sojuszników” rozpoznają sytuację w Warszawie, z zainteresowaniem i życzliwością odbierają sygnały o planowanych zadymach podczas wizyty Trumpa w Polsce. Nie powiem, że inspirują, bo takie dywagacje nie mają najmniejszego sensu. Działaczy KOD-u muszę jednak bardzo zmartwić. Muszę też zmartwić prof. Leszka Balcerowicza, Władysława Frasyniuka, „piątkowych” dziennikarzy z TOK FM, czyli wszystkich tych,  którzy narzekają, że nic nie wychodzi, że naród nie ten co we Francji, bo nie idzie na barykady. Że trzeba mocniej, mocniej cisnąć na PiS, choćby i z użyciem przemocy. Inne służby też działają, działają nie gorzej a nawet lepiej niż tamte służby, i nie będzie zmiłuj się podczas wizyty Prezydenta USA w Polsce. I nic nie dadzą kolejne prowokacje pod hasłem „samorządy witają uchodźców” czy anarchizacja państwa prawa w wykonaniu sędziego Łączewskiego. Ta ważna dla Polski i całej Europy Środkowej wizyta nie zostanie zakłócona, choćbyście się najedli trocin od Sławomira Nitrasa. Źle się bawicie, a że kosztem Polski to nic nowego. W tym konkretnym przypadku wchodzicie jednak w drogę nie tylko Prawu i Sprawiedliwości, nie tylko polskiemu rządowi, z czego chyba zdajecie sobie sprawę.            

czwartek, 22 czerwca 2017

Opozycja musi sama połknąć żabę lemingozy

Nerwy puszczają: - Poszli won! - mówi do dziennikarki TVP Stefan Niesiołowski. Bycie chamem to dla opozycji dzisiaj nic wstydliwego, a elektorat aż wierzga z radości. Ale na tym kończą się dobre wiadomości. Padł KOD, Platforma i Nowoczesna dołują, a Obywatele RP i Władysław Frasyniuk, zostali jak na razie wyniesieni na margines zdarzeń, bo dzieje się zbyt wiele, żeby niesiona przez policję legenda zajmowała ludzi dłużej niż dwa, trzy dni. Nie łudźmy się,  żywot  "lipy" też jest ograniczony, co nie znaczy, że ona nie powróci. Wszystko, co w ostatnich tygodniach wyprawia  opozycja ma jeden wspólny mianownik: ekstrema.Janusz Lewandowski (PO) widzi w polskiej premier strażniczkę czystości polskiej rasy, czołowy publicysta "Wyborczej" porównuje polskich zesłańców do imigrantów, a teraz Adam Bodnar dorzuca udział narodu polskiego w Holokauście. Standardem są już żale PO i .N wylewane w Brukseli na dyktatorskie rządy PiS w kraju. Ale to wszystko nie działa tak jak powinno.Elektorat antypisowski jest niezwykle podniecony i wzburzony, ale żeby tkwić pod Trybunałem Konstytucyjnym w kolejnym proteście to już dla niego zbyt wiele. Jak go  wyprowadzić na ulice, jak odpędzić od grilla, przecież PiS chce nas wykończyć. 

Lemingi, słabo lub  wcale, nie reagują, owszem, są agresywne bardziej niż kiedykolwiek, a bredzą tak, że "Fakty" TVN to przy nich  skarbnica prawdy i umiaru. Pewna Pani Profesor (bardzo utytułowana) - kobieta światowa, czytająca na co dzień  "New York Times", "The Guardian" i Politico.eu z pełnym przekonaniem mówi o tym, że za zamachami w Paryżu i w Londynie stoi polski wywiad wojskowy, który ulokował  swoich agentów w ISIS - dokładnie 40-tu. Nie dopuszcza żadnej polemiki, tak jest, to się dzieje.Ale ani ona ani jej podobni, nie mają jakiejś szczególnej potrzeby, żeby swoją nienawiść do PiS manifestować na ulicach. I opozycja musi jakoś połknąć tę żabę lemingozy - schorzenia, którym sama zainfekowała najprawdopodobniej jedną trzecią mieszkańców Polski, w czasach, gdy miała pełnię władzy. Od roku nie wypaliła żadna manifestacja, z wyjątkiem "czarnego marszu", którego umiarkowany sukces nie był jedynie efektem  antypisowskiej histerii. Nie ma poza tym żadnego lidera. Władek chyba jednak nie, Tusk nie wiadomo, a reszta? Lemingoza - mająca w Internecie już kilka "medycznych" definicji - zbiera swoje obfite żniwo. Choć nie jest wcale tak dobrze, jak sądzi PiS. Buzują się strasznie. 

Nie jestem zapewne jedyną osobą (postrzeganą oczywiście jako straszny pisowiec), która bez zbędnych wstępów od razu dostaje soczystą wiązkę, jak ja mogę nie wiedzieć tego wszystkiego strasznego co się dzieje. W dużych aglomeracjach to zjawisko dość powszechne.Słucham, słucham, wypijam do końca kawę i mówię cześć.Nie polemizuję, bo to nie ma sensu. Lemingi żyją w świecie alternatywnym.Choć nie dzieje się im nic złego, zachowują się tak, jakby pisowskie ZOMO codziennie waliło ich pałami po głowie.Nie dostrzegają nic pozytywnego, a to co dobre to zasługa PO i Tuska.Imigrantów w zasadzie nie chcą, ale popierają brednie Nowoczesnej.Litują się nad dziećmi z Aleppo, ale nawet złamanego centa nie dali na pomoc ofiarom wojny w Syrii. Ich empatia jest mniej więcej taka jak Rafała Trzaskowskiego. Może są wyjątki, ale przeważa szara masa lemingozy, która żyje w absolutnym przekonaniu, że należy do światłej części społeczeństwa, do Europejczyków. "Gorszy sort" to oczywiście tylko taka zgrywa - gardzimy Wami pisowcy! 

Lemingi zachowują się trochę tak jak słynny Lucuś z opowiadania Mrożka, który wpadał do toalety i cały w strachu, ale i pełen buntu, pisał na drzwiach kibla "Precz!". Dziś najróżniejsi Lucusie działają z powodzeniem w sieci. Lemingoza wyklucza raczej budowanie barykad. To stan na swój sposób euforyczny, że jestem taki mądry i piękny, a wokół sama hołota. I do tego mam domek (ale nie taki jak wesoły Romek) i  "ciepłą wodę w kranie" jak za Tuska. Lemingozy, buntem, ładowaniem negatywnych emocji nie da się chyba wyleczyć. Ktoś musiałby porwać te zblazowane i syte tłumy, mieć im coś zupełnie wyjątkowego do powiedzenia. Opozycja musi więc połknąć tę żabę i musi zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli uda się jej wyhodować prawdziwego, nowego Cybę, to poniesie klęskę i nie doprowadzi do żadnego przełomu. PiS będzie rządziło dalej, bo elektorat PO może i chciałby zobaczyć spektakularne nieszczęście, ale tylko na wizji. W realnym życiu ma być mi po prostu fajnie, a jest przecież fajnie. Ale oczywiście, wszystkim pisowcom mówię zdecydowane: -Precz!