środa, 21 czerwca 2017

Oskarżam Was! Dlaczego nic nie robicie dla uchodźców?


Nie mogłem dłużej milczeć na ten temat. Bo w naTemat.pl o tym nie napiszą, bo się boją, bo są zbyt asekuracyjni i bojaźliwi, bo lubią Andrzeja Saramonowicza i Zygmunta Miłoszewskiego, bo wreszcie dobrze się czują w towarzystwie białych kobiet i białych mężczyzn, a ich zaangażowanie w przyjmowanie do Polski uchodźców nie jest szczere. Rzecz będzie o kinie europejskim, o wielkim upadku sztuki w obliczu wyzwań, jakie stoją przed nami w najbliższych latach. Co robią wielcy reżyserzy i twórcy teatralni dla integracji Europejczyków z milionami nowych, odmiennych kulturowo braci i sióstr, którzy przemoczeni słoną wodą stają na naszym nieprzyjaznym dla nich lądzie? Milczą, trwają w tym swoim burżuazyjnym przekonaniu, że ludzie nadal chcą oglądać filmy takie jak „Cztery wesela i pogrzeb” – przykład sielanki białych i sytych Anglosasów, których jedynym zmartwieniem jest próżna i płytka miłość oraz dobrze dopasowany frak na ceremonię ślubną. Jakie to żałosne. Tyle lat minęło, a my nadal jesteśmy epatowani kinem o problemach i troskach bogatych menedżerów i ich kochanek. A żyjemy przecież z muzułmanami. Nie ma ich na wielkim ekranie, nie ma wzruszających historii o romansie Ramiza i Magie. Teraz do rzeczy.


Co to niby tak przeszkadza zachodnim twórcom, by na kanwie sukcesu kasowego filmu „Cztery wesela i pogrzeb” (4WiP) stworzyć nową, piękną historię o prawdziwej i głębokiej miłości z cudownym zakończeniem i spełnieniem? Niech to będzie nawet podstarzały Hugh Grant. Pracuje w sklepie jako sprzedawca Mike. Codziennie przychodzi do niego po zakupy okryta  czadorem i kindżabem piękna Dżamila. Jest samotna, bracia pracują na budowie, a ona zajmuje się domem. Mike zakochuje się w niej, w jej aksamitnym głosie, ruchach, w jej tajemniczości. Chciałby zobaczyć jej twarz, ale to niemożliwe. Widzi tylko ciemne, piękne oczy. Po trzech miesiącach ona zgadza się, żeby razem napili się herbaty. Czterech braci Dżamili wyraża zgodę, by poznała bliżej angielskiego sprzedawcę. On poznaje jej rodzeństwo. Widzi jak ciężko pracują w Londynie przy budowie nowej linii metra. Ale jeden z nich – Abbas - wydaje się mu podejrzany. Okazuje się, że wpadł w sidła ISIS. Przekonuje go, że terroryzm jest zły, że, owszem, raj jest na pewno wspaniały, kiedy wysadzi się już w powietrze, ale ma piękna siostrę, którą on bardzo kocha i chciałby bardzo, żeby dożył jej ślubu. Abbas porzuca ISIS, a wtedy Dżamila zakochuje się bez pamięci w Mike`u. Bracia chcą pomóc przyszłej młodej parze i budują im nowy dom, a oni, szczęśliwi, biorą ślub. Mike może wreszcie zobaczyć piękną twarz Dżamili, ale widzowie poznali ją wcześniej, kiedy samotnie czytała Koran, w swoim małym, skromnym pokoiku. Może ją zagrać Amina Al. Alam – słynna arabska modelka. Bracia są szczęśliwi, czują, że można jednak integrować się w nowej ojczyźnie i trzech z nich poślubia Laurę, Sandy i Jessy. Niestety, jeden z braci ginie w incydencie na stacji metra. Są wstrząśnięci, ale żyją dalej w spójnym, wielokulturowym społeczeństwie. Mike zostaje kierownikiem sklepu, a Dżamila rodzi mu piątkę dzieci. 4WiP 2 gotowe. Kurtyna.                     


Dlaczego wspomniałem na wstępie o Andrzeju Saramonowiczu i Zygmuncie Miłoszewskim? Bo marnują swój talent uczestnicząc w tej ponurej politycznej masakrze, jaka ma miejsce w Polsce. Jako artyści są powołani do wyższych celów. Demokracja jest zagrożona, demokracji już nie ma, ale sztuka jest jedynym orężem, zdolnym do pokonania „klerykalno – kupieckiej prowincji”. Ci dwaj wielcy ludzie są nam teraz potrzebni na odcinku kultury, a nie na barykadach! Nie w więzieniu! Niech stworzą wielkie dzieło, niech przełamią to nowobogackie, burżuazyjne kino, które dostrzegamy w filmie „Lejdis”. Sprawne, prawdziwe, wciągające, ale przy tych wyzwaniach, które stoją przed nami, bałamutne i sekciarskie. Taka historia. Sebastian (Borys Szyc) jest kibolem i narodowcem, prawie faszystą, ale uwodzi swoimi czarującymi obietnicami piękną i kruchą Sarę (Magdalena Cielecka). Pobierają się, mają dwójkę dzieci, ona pracuje w perfumerii. Pewnego dnia przychodzi do niej na zakupy Omar, syryjski uchodźca. Jest architektem zakochanym w muzyce  Chopina (copyright by Jarosław Gugała). Zakochuje się w nim bez pamięci, bo nie może już dłużej słuchać rasistowskich tekstów męża. Kiedy jest sama, żeby odreagować, ogląda w małym pokoiku  wiadomości TVN24. Teraz już wie, jaka była głupia, jak zmarnowała sobie życie. Spotyka się potajemnie z Omarem, razem słuchają koncertów fortepianowych Chopina i są szczęśliwi. Seba (Borys Szyc – przypominam) o wszystkim się dowiaduje. Chce najpierw zabić Sarę, a potem Omara. Napięcie sięga zenitu, widz spodziewa się najgorszego. I wtedy, w poniedziałkowy, słoneczny poranek, do perfumerii przychodzi Sergiusz (Daniel Olbrychski), wolontariusz z Fundacji Batorego. Widzi, że Sarę coś bardzo smuci, więc pyta, co się dzieje. Tak samo jak wielu innych smutnych ludzi na ulicach Warszawy, którzy w tej dusznej atmosferze nie mogą już oddychać. Wszystkim pomaga.


Kiedy Sebastian przygotowuje się do zbrodni Sergiusz zaskakuje go w opuszczonym magazynie na Pradze. Uspokaja go, siadają razem na starej drewnianej skrzynce i zaczynają rozmawiać. Seba słucha z coraz większym zdumieniem jak oszukiwała go TVPiS. Wie, że nie odzyska już Sary, że musi się pogodzić ze stratą, ale wini za to tylko siebie. I PiS, i Jarosława Kaczyńskiego. Po rozwodzie, Sara przechodzi na islam i bierze z Omarem ślub w meczecie. Sebastian (Borys Szyc – przypominam) chce odkupić  swoje winy i przystępuje do ruchu Obywatele RP. Potrzebują takich jak on – silnych, wysportowanych i zdecydowanych na wszystko. Tam poznaje Władka Frasyniuka. Jest nim zafascynowany. Razem przygotowują akcję odbicia parlamentu. Sara (Magdalena Cielecka) rodzi Omarowi piątkę dzieci. Żyją cudownie, w zgodzie i harmonii. Seba przynosi im co niedziela białe róże i opowiada o planach nowej, wielkiej partii socjalliberalnej. Kiedy zapada wieczór przenoszą się w świat etiud Chopina. Prawie koniec. Jednak, kiedy zamyślona Sara wychodzi do kuchni po świeże truskawki, Omar pochyla się nad Sebastianem i mówi z tajemniczym uśmiechem na twarzy: - W przyszłym tygodniu, drogi bracie, przyjeżdża do Polski na stałe moja siostra Ajsza. Kurtyna.

                   

wtorek, 20 czerwca 2017

Polscy imigranci na Syberii - narracja Pawła Wrońskiego z GW


Redaktor Paweł Wroński, prawdziwy chart politycznej poprawności z „Gazety Wyborczej” nie jest trollem internetowym, nie jest jakimś tam marnym dziennikarzyną, nie jest też z pewnością szambem, które precyzyjnie ostatnio zdefiniował Tomasz Lis. To publicysta pełną gębą. We wpisie zamieszczonym na Twitterze, sugeruje jednoznacznie, że pomoc na miejscu uchodźcom z obozów w Libanie czy w Syrii to utopia. Czyni to w bardzo specyficzny sposób: „Polskim imigrantom na Syberii w czasie II WŚ powinno się pomagać na miejscu.: )”*


Jest oczywiście tak, że można i trzeba pomagać ofiarom wojny w Syrii, które dziś nie mają gdzie mieszkać, są bez środków do życia, ale nie szturmują Europy i nie chcą opuszczać swojej ziemi. Pomagają im na bieżąco polski rząd, polski kościół, organizacje humanitarne. Redaktor Wroński wie o tym doskonale, sięga jednak do czasów odległych, do polskiej Golgoty Wschodu, do morderczych deportacji, żeby udowodnić swoje racje. Szyderczo - to najdelikatniej powiedziane. Czytających ten wpis trafia dosłownie szlag. Padają mocne słowa pod adresem jego autora, na przykład: „bydlę”. Inni piszą: Szok! Szokujące! Paweł Wroński pochodzi z redakcji gazety trzymającej się ponoć najwyższych, bo europejskich standardów dziennikarstwa, nie może być więc mowy o pomyłce, o jakimś niezrozumieniu tematu. No bo sens tych słów nie wymaga nawet interpretacji. Tak jak w czasach II WŚ nie można było pomóc zesłańcom na Syberii, tak i teraz nie można realnie pomóc ofiarom wojny syryjskiej, tam na miejscu, trzeba ich - trzymając się logiki Pawła Wrońskiego - zabrać do nas, do Polski. Z tej nieludzkiej ziemi. To bez znaczenia, że Polaków, z ich ojczyzny, deportowano w bydlęcych wagonach na Syberię pod groźbą kary śmierci tam, gdzie nie chcieli być. Syryjczycy z obozów w Libanie są nadal u siebie, są razem, w sowim kręgu kulturowym.


To prawda, że kraj jest częściowo zrujnowany, że część ofiar wojny uciekła do Europy. Ale większość Syryjczyków czeka przede wszystkim na pokój, na zakończenie konfliktu. Zaledwie 5% tak zwanych uchodźców, którzy dotarli do Europy, pochodzi z Syrii, a i tak nie ma pewności, czy wszyscy ci Syryjczycy przybyli właśnie stamtąd, czy są nimi naprawdę. Paweł Wroński decyduje za nich, wie lepiej, co jest czymś normalnym dla środowiska Wyborczej, które zawsze chciało decydować za nas – i przed i po 1989 roku. Które od zawsze uczy nas poprawnego myślenia i odpowiednich zachowań. Stosując rozumowanie Pawła Wrońskiego, mamy się zachować wobec Syryjczyków tak jak wobec Polaków zachowało się sowieckie NKWD, mamy ich siłą wywieźć z ojczyzny do Polski i zatrzymać tu, bo tak chce czołowy publicysta europejskiej gazety. Bo tylko wtedy  będzie można powiedzieć, że zachowaliśmy się humanitarnie. Humanitaryzm na siłę, pod przymusem. Może zdziałał tu jakiś genotyp kulturowy? Absurd tego rozumowania jest oczywisty, ale o tym Paweł Wroński wie doskonale. 


I właśnie dlatego, żeby to jeszcze mocniej wybrzmiało, uderza w polską pamięć, posługując się instrumentalnie losem syryjskich kobiet i dzieci, posługując się z premedytacją tragicznym losem setek tysięcy Polaków, których zagłodzono  na śmierć albo zamordowano. Właśnie dlatego polskich zesłańców nazywa imigrantami. Tylko po, by wywołać w nas negatywne emocje, by jeszcze bardziej je podkręcić, by w końcu ktoś nie wytrzymał. To działanie celowe, przykład  cynicznej wojny ze wszystkim co zajmuje szczególne miejsce w naszej tradycji  historycznej. Będziemy Was ranić, obrażać i prowokować. Niektórzy Sybiracy żyją, więc jeszcze lepiej. Jeszcze bardziej boli, o to właśnie chodzi. Pokazać zachodnim mediom polską premier jako antysemitkę, więcej, postawić ją w roli strażniczki czystości polskiej rasy (!), a więc faszystki,  jak to raczył wypluć z siebie europoseł z PO Janusz Lewandowski. I jest po tamtej stronie aplauz, jest szum, jest wiele „polubień”. Powiem więcej, gwałtowne reakcje na ohydne wpisy i oszczercze tezy, tych ludzi podniecają, są dowodem, że ich walka z polskością nie idzie na marne. 

Niestety, po Smoleńsku doszło do ostatecznej moralnej degrengolady ludzi, którzy wtedy stanęli po stronie Rosjan, po stronie kłamstwa, którzy milczeli, gdy szydzono z cierpienia  rodzin ofiar katastrofy, Dziś ze spokojem mówią, że można było od razu wszystkich razem, do jednego dołu, bo wiadomo było, że wszystko zostało pomylone. Wszyscy wiedzieli – mówi Bronisław Komorowski, zapewne szczerze. To jest całkowity upadek, a im głębszy, tym więcej mamy na co dzień  - agresji, prowokacji, zimnej gry przeciwko Polsce. Z nadzieją, a może nawet z pełnym przekonaniem, że dojdzie w końcu do odwetu, na który ci ludzie  czekają, którego skrycie pragną. Wielu Polaków jest znieczulonych praniem mózgów, jakie im zrobiono po 1989 roku, przestali się dziwić, że się nie dziwią, kiedy były prezydent RP mówi o pomieszanych szczątkach ludzkich z taką obojętnością jakby to dotyczyło bałaganu w jego garażu. Od początku wiedzieliśmy – taki jest ich przekaz. To prawda, od samego początku wiedzieliśmy mniej więcej kto nas zdradził, teraz główni aktorzy wychodzą na scenę. Cyngle przygotowują jedynie grunt pod finał. 

*https://twitter.com/PawelWronskigw/status/876890460710686721



poniedziałek, 19 czerwca 2017

Długo oczekiwana lista Frasyniuka

Może być naprawdę gorąco w najbliższych miesiącach. Kiedy już Donald Trump wyjedzie z Polski, PiS zacznie „czyścić” wymiar sprawiedliwości, dojdzie też zapewne do fali aresztowań wielu, bardzo wielu ludzi. Groza. Nie rozumie tego ani Grzegorz Schetyna, ani tym bardziej lekkoduch Ryszard Petru. Dlatego intelektualna opozycja, wytrawna i czujna,  słusznie stawia na legendę Europy, twórcę polskiej wolności Władysława Frasyniuka. Udzielił on wywiadu dla opiniotwórczego dziennika „Newsweek”, z którego dwie informacje są najważniejsze: Frasyniuk ma już gotową listę liderów nowej partii i jest do jej dyspozycji 24h, jak tylko ona powstanie. Ma to być, co ważne, formacja wolnościowa i socjalliberalna, czyli taka, jakiej teraz oczekuje większość Polaków. Taka, jakiej oczekiwali z wytęsknieniem Francuzi, głosując powszechnie na Macrona i jego En Marche.


I teraz sami liderzy. Z Platformy mocna drużyna: Joanna Mucha, Borys Budka i Rafał Trzaskowski, a więc, w kolejności: Ministerstwo Zdrowia, MSZ i MF. Niektórzy zawyją: taki trudny resort. Ale tylko Joanna Mucha wie jak szybko zlikwidować kolejki do lekarzy, szczególnie emerytów i rencistów. Borys Budka jako minister spraw zagranicznych to zapora nie do przebycia. Świetny mówca, błyskotliwy i opanowany, nieustępliwy, a tego nam trzeba w trudnych rozmowach z maruderami Europy, kiedy znajdziemy się w elitarnym kręgu pierwszej prędkości. I do tego wzbudza powszechną sympatię. Rafał Trzaskowski jako surowy strażnik państwowej kasy – tego nie trzeba chyba tłumaczyć, temat jest znany. Władysław Frasyniuk docenił też Nowoczesną, potykającą się nieustannie o swojego niesfornego lidera Ryszarda Petru. Czas skończyć z tą żenującą sytuacją – Petru musi odejść. Legenda „Solidarności” wskazała na dwie wyjątkowe kobiety: Joanna Scheuring – Wielgus i Katarzyna Lubnauer. Ministerstwo Kultury i  Ministerstwo Spraw Wewnętrznych - tak to trzeba ułożyć. JSW ma zapał, ma wizje, a bez wizji nie będzie wielkiej, europejskiej kultury w Polsce. Jej aplauz dla „Klątwy” to najlepsza przepustka do tego urzędu. Zamiast Mariusza Błaszczaka właśnie Katarzyna Lubnauer – precyzyjna, doskonale znająca policyjne statystyki, czyli ktoś, kto interesuje się bezpieczeństwem nie do dziś, kobieta pogodna, ale pryncypialna, takiego ministra potrzebuje Polska.Dziś po raz kolejny przekonała wszystkich Polaków, że nie uchodźcy tylko liczba wypadków drogowych powinna budzić w nas grozę.




Władysław Frasyniuk nie pominął oczywiście polskiej, ale i europejskiej, rzecz jasna,   lewicy: Barbara Nowacka i Robert Biedroń. Znowu strzał w dziesiątkę, absolutnie dwójka najwytrawniejszych polityków po lewej stronie. Barbara Nowacka może objąć każdy resort, ale nowe Ministerstwo Przyszłości byłoby ukoronowaniem jej kariery politycznej. Jeśli chodzi o obecnego prezydenta Słupska, sprawę trzeba skrupulatnie przemyśleć, ponieważ w perspektywie są wybory prezydenckie. Jeśli Władysław Frasyniuk nie będzie w nich kandydował, jeśli zrezygnuje, z racji nowych europejskich obowiązków, sam Donald Tusk, to Robert Biedroń powinien objąć fotel w ministerstwie skazanym na sukces, tak, by łatwiej było mu potem ubiegać się o urząd Prezydenta RP. Ministerstwo Środowiska jest w tym przypadku doskonałym rozwiązaniem. Wystarczy nic nie wycinać, niech wszystko rośnie, mniej zajmującego zadania chyba nie ma. Lista Frasyniuka jest oczywiście niepełna, nie można zdradzać wszystkich szczegółów, choć są pierwsze przecieki. Tomasz Lis zapewni wreszcie obiektywny przekaz w TVP – koniec szamba. Jacek Żakowski zostanie koordynatorem służb specjalnych, od dawna się o tym mówiło, więc to żadna niespodzianka. Dzień wolności się zbliża. Mobilizacja kręgów artystycznych jest imponująca. Ale nie ma tak hej hop i już. Władysław Frasyniuk nie zrobi tego wszystkiego za Was. Będzie partia, to chwyci za ster i zmiażdży PiS. Grzegorz Schetyna się skończył, Władysław Frasyniuk narodził się na nowo, dla Was, dla Polski, dla Europy. En Marche!

sobota, 17 czerwca 2017

Kłamstwo jako nowy akt założycielski do konfrontacji z PiS



Używamy ostatnio bardzo często słowa nienawiść, opisując nawałnicę manipulacji i kłamstw, które codziennie, z natężeniem nigdy wcześniej w Polsce niespotykanym (nawet w PRL, nawet w stanie wojennym) wrzucane są do przestrzeni medialnej, żeby utrącić zmiany zachodzące w kraju po 2015 roku. Zmiany jak zmiany, nie wszystkim muszą się podobać, więcej nawet powiem, nie powinny się wszystkim podobać, bo to dobrze służy rządzącym. Nienawiść opozycji i wspierających ją mediów do Prawa i Sprawiedliwości, także do środowisk dziennikarskich akceptujących kurs rządu, powoli jednak powszednieje. Ile razy można pisać o tym, że mamy do czynienia z kolejnym przejawem nienawiści, ile razy można powtarzać, że te działania szkodzą Polsce, a nie tylko urzędującej władzy. Prawdę mówiąc, PiS nie był do końca przygotowany, że to zajdzie tak daleko, że walka, a teraz już otwarta wojna  z rządem, a pośrednio także ze wszystkimi, którzy go poprali, będzie tak bezwzględna i cyniczna, bez liczenia się z kimkolwiek i z czymkolwiek, jeśli tylko służy to pokonaniu wroga. Nienawiść ta, jak każdy stan psychiczny, prędzej czy później powoduje zmiany w wyglądzie zewnętrznym, co widzimy naocznie wśród najbardziej zaciekłych liderów opozycji takich jak posłowie Grabiec czy Szejnfeld. Ale w tych dniach doszło coś jeszcze, coś co można postawić w hierarchii szerzenia zła jeszcze wyżej niż nienawiść - to jest obrzydliwość. A ta u ludzi normalnych budzi naturalnie obrzydzenie. By nie być gołosłownym, po kolei.

Słów Beaty Szydło wypowiedzianych 14 czerwca w Auschwitz nie będę już przypominał, znamy je. To było to jedno zdanie, które stało się aktem założycielskim dla dokonania medialnej dintojry na rządzie i na wizerunku Polski, które posłużyło do czegoś, co już nie jest tylko zwykłym kłamstwem i próbą osłabienia Polski, ale właśnie przejawem obrzydliwości, ludzkiego a nie politycznego upadku. Nie da się z tym w zasadzie walczyć, bo kiedy dotyka nas uczucie obrzydzenia, człowiek normalny w takiej sytuacji po prostu odchodzi. Nie polemizuje, no bo jak?




Janusz Lewandowski, poseł do PE, napisał na swoim blogu, że premier Beata Szydło, cytuję: „Wybrała sobie Auschwitz, by wystąpić w roli strażnika czystości polskiej rasy! Trafnie, właśnie w tym miejscu misję oczyszczania narodu z niepożądanych elementów doprowadzono do perfekcji!”* Pisze to człowiek, który od dawna szczuje na Polskę, uważając zapewne w swojej chorej wyobraźni, że szczuje jedynie na PiS. Choć i tu miałbym pewne wątpliwości, czy nie robi tego całkowicie świadomie przeciwko własnemu państwu. Stawia tymi słowami polską premier – to nie przesada - obok takich postaci jak Adolf Hitler czy Adolf Eichmann. To wynika wprost z tego jednego zdania, to jest powiedziane explicite. Cały wpis Lewandowskiego poleca na Twitterze Tomasz Lis, ale pomińmy tu już tego żałosnego człowieka. 


Prof. Jan Hartmann, który prowokuje nie pierwszy raz,  też zareagował. Żąda od premier przeprosin! ”O co, do cholery, chodzi w tej tajemniczo obrzydliwej, diabolicznej wypowiedzi?! Co się tu insynuuje? Jakie miazmaty tu cuchną? Jaka tu pada aluzja? A może żadna?”** – pyta na pozór retorycznie krakowski filozof. Na temat obozu politycznego rządzącego obecnie Polską wypowiada się jednoznacznie, pisząc o nim jako: „wulgarnym środowisku politycznym, rekrutującym się z niższych sfer, z małych miejscowości i ich kupiecko-kościelnych elit”. Daje namacalny dowód pogardy i kulturowego rasizmu wobec społeczności,  w których mieszka większość Polaków. Nie warto rozmawiać z Hartmannem, chyba już nawet nie będzie ku temu okazji. Mnożą się bowiem rozliczne apele (m.in. pisarz Zygmunt Miłoszewski***, reżyser Andrzej Saramonowicz) o jakieś zbiorowe wystąpienie przeciwko rządzącym, z użyciem „każdych dostępnych środków”. Akt założycielski tego nowego buntu starych elit, tak jak powstanie III RP, oparty jest na kłamstwie, tym razem z cynicznym wykorzystaniem takiego miejsca jak Auschwitz. Mocniej i głębiej sięgnąć już nie można było. Niemcy, po tekstach Jana Hartmanna i Janusza Lewandowskiego mogą się w zasadzie poczuć rozgrzeszeni, są nowi oskarżeni. I choć cała sprawa, ta wielka histeria i parada kłamstw, nie ma oczywiście takiego oddźwięku za granicą jak to relacjonują pilnie małżeństwo Lisów czy familia różnych Grabców, to nie można absolutnie lekceważyć tego co się stało, bo dla obozu przegranych jest to ich nowy akt założycielski, który ma zmobilizować siły społeczne do rozprawienia się z Polakami, którzy głosowali na Prawo i Sprawiedliwość, a nie tylko z samym rządem. To jest prosta droga do konfrontacji.             




*http://januszlewandowski.natemat.pl/210549,jeszcze-troche-i-swiat-uwierzy-w-polskie-obozy-zaglady
** http://hartman.blog.polityka.pl/2017/06/15/beato-szydlo-przepros-poki-czas/
*** http://wpolityce.pl/polityka/344661-amok-miloszewski-wzywa-do-walki-z-rzadem-obowiazkiem-kazdego-patrioty-jest-uzywanie-kazdych-dostepnych-srodkow

czwartek, 15 czerwca 2017

Donald Tusk gra oficjalnie przeciwko Polsce



Donald Tusk zasługuje na obszerną "biografię", biografię zdrady. Bez emocji, bez inwektyw, bez komentarzy, wystarczą fakty i definicje. Wystarczą paragrafy i cytaty, zanim jeszcze ujrzymy pełny i prawdziwy obraz zdrady smoleńskiej, afery Amber Gold czy sprzedaży „Ciechu”. Kiedy tylko może, uruchamia przeciwko Polsce nieprzyjazne lub wrogie komentarze, które są owocem jego manipulacji zdarzeniami i słowami. Nie miał powodu, by jednym zdaniem docenić sukces dyplomatyczny Polski na forum ONZ, ale miał powód, by nadać słowom Beaty Szydło znaczenie, które nie ma nic wspólnego z treścią słów wypowiedzianych przez polską premier*. Sam stawia się w gronie osób nieprzyjaznych naszemu krajowi, wręcz wrogich. I ma z pewnością pełną świadomość tego, że tak to będzie odebrane w Polsce przez wielu ludzi, nawet tych, którzy do tej pory byli wobec jego skandalicznych zachowań neutralni. Pozostanie przy nim wpływowa grupa osób, podobnie jak on myślących, zainteresowanych pogrążeniem Polski w chaosie i zdyskredytowaniem jej w oczach Zachodu, pozostanie przy nim zniewolony elektorat TVN. Tyle tylko, że Zachód sam dziś pogrąża się w chaosie, sam dokonuje autodestrukcji, zawieszony w ideowej próżni po odrzuceniu chrześcijańskich korzeni. Polska w tym szaleństwie nie bierze udziału i dlatego jest tak niewygodna dla liberalnych elit. Europa, jako całość, traci z każdym rokiem na znaczeniu - zyskują Niemcy i Rosja. Nic nowego.




Stwierdzenie, że Donald  Tusk nie realizuje ani polskich ani nawet europejskich interesów, a jedynie niemieckie jest truizmem. Dzieje się to już całkiem oficjalnie, bez niedomówień. Na kilka godzin przed głosowaniem na szczycie UE, kanclerz Niemiec powiedziała w Bundestagu, że cieszy się z faktu, że Donald Tusk zostanie szefem RE na drugą cześć kadencji. Ma więc silne wsparcie najsilniejszego gracza w Unii i musi mieć gwarancje, że Niemcy nie opuszczą go w potrzebie. Dlatego, ten tchórzliwy polityk, ma tyle bezczelności w sobie, żeby dyscyplinować polską premier, żeby szkodzić krajowi, z którego pochodzi, który wykorzystał zresztą cynicznie do swojej własnej kariery. Mówienie o Tusku, że jest nadal polskim politykiem to olbrzymie nadużycie. Realizuje w Brukseli scenariusze, które są dla Polski szkodliwe i zabójcze. Stoi na straży kłamstwa smoleńskiego, śląc Panu Laskowi wyrazy najwyższego uznania za odwagę i obronę prawdy z okazji jego urodzin**. O ekshumacjach milczy, a mógłby tu wiele zrobić, by choćby uspokoić nastroje. Wpycha się do polskiej polityki tylko po to, aby szkodzić. Po 2015 roku nie wykonał ani jednego gestu przyjaznego Polsce, choć pełniona przez niego funkcja mu tego nie zabrania. Kontakt z krajem podtrzymuje poprzez podsycanie buntu przeciwko polityce polskiego rządu. Stał się bożkiem dla spragnionych klęski PiS otumanionych wyborców i wielką nadzieją dla jego dawnych partyjnych kolegów, którzy wyraźnie nie radzą sobie sami z wykończeniem rządu. Grają dla niego TVN i GW, nowa, polska odmiana political correctness wciśnięta w stare sowieckie walonki, cuchnące na odległość myśleniem totalitarnym. Teraz, co prawda, tylko na poziomie kulturowym, na poziomie językowym, ale to właśnie na tych poziomach toczy się dziś prawdziwa walka o przyszłość Europy, także o przyszłość Polski.




Nie jesteśmy wbrew lansowanym tezom oazą konserwatyzmu, jakimś mitycznym Ciemnogrodem, to jest tylko ta gęba doprawiona naszemu krajowi. Polska jest liberalna i nowoczesna, ale nie oderwana tak jak Zachód od swoich chrześcijańskich korzeni. Ten balans między tradycją i nowoczesnością może służyć wszystkim Polakom  - zanurzonym w tradycji i tym, którzy sięgają po wzorce liberalne. Rząd Prawa i Sprawiedliwości odrzuca jedynie ewidentne działanie na szkodę Polski, donoszenie, nie zgadza się na dyktat Berlina i Brukseli w sprawach, które zagrażają naszemu bezpieczeństwu i stabilnemu rozwojowi. Tylko tyle. Cała reszta jest polem do dyskusji i dialogu, do politycznego sporu. I tego, jak sądzę, oczekuje obecny rząd od opozycji i od samego Donalda Tuska. Uszanowania polskiej racji stanu. Są to jednak daremne oczekiwania, ponieważ dla Platformy czy tak zwanego Salonu najwyższą racją stanu jest pełna restytucja układu, który został zawarty w 1989 roku. Ten układ nie został jeszcze rozbity, dlatego nadal tak niszcząco działa na polską demokrację i  podejmowane przez PiS próby budowy silnego i sprawnego państwa.       


* https://twitter.com/donaldtusk/status/875029787512799236
** https://twitter.com/donaldtusk/status/875355685667692546 

środa, 14 czerwca 2017

Bezprzykładny atak na premier Beatę Szydło

Sankcje nałożone na Polskę za nieprzyjmowanie imigrantów? - nie, to nie działa. Tego nie podbijamy, bo to nieskuteczne. Ale mamy świeżutką wypowiedź premier Beaty Szydło z byłego niemieckiego obozu w Auschwitz, w której mówi między innymi o tym, że dziś, w tych niespokojnych czasach, Auschwitz, to wielka lekcja, że trzeba  uczynić wszystko, aby chronić życie i bezpieczeństwo swoich obywateli. Wystąpienie miało miejsce  w 77 rocznicę pierwszego transportu 728 Polaków do obozu. Dla czyhających to oczywiste, że Beata Szydło nawiązała  w ten sposób do uchodźców, a więc wykorzystała  Holocaust, żeby załatwiać swoje brudne pisowskie interesy w sprawie nieprzyjmowania spragnionych naszej cywilizacji i kultury imigrantów. Adres oczywisty - USA. Uruchamiamy na miejscu falę nagonki i oburzenia w sieci i już po kilku godzinach na stronach internetowego wydania "Washington Post", Vanessa Gera,  korespondentka AP relacjonuje, z jak wielką falą krytyki spotkała się wypowiedź polskiej premier.* Pod tekstem, przynajmniej na razie, jeden komentarz - z Polski, krytykujący...  Tomasza Lisa -  chyba za jego wpisy na ten temat. I rzeczywiście, dyżurny czujny o wystąpieniu premier wyprodukował 8 tweetów, ale na polskim TT. Temat podejmuje - co chyba nikogo nie dziwi - Radosław Sikorski, który w odpowiedzi na tweet "Poszło w świat" pisze, że "potem mogą sobie wydawać setki milionów na promocję Polski". Krótki zabieg, szybki efekt, machina działa. Warto dodać, że informacja korespondentki AP była umiarkowana jak na amerykańskie MSM (mainstream media). Jak to komentować? Czy w ogóle komentować?

Być może premier Szydło miała na myśli zagrożenia jakie wiążą się z rosnącą falą terroryzmu, być może. To znaczy, że nie ma dziś zagrożenia prawdziwą wojną cywilizacji? Że ludzie się nie obawiają radykalnego islamu? Że każdy huk, strzał w zachodniej metropolii wywołuje panikę, że panuje strach, że we Francji jest stan wyjątkowy? Że to jedno zdanie polskiej premier (w wersji "Newsweeka" pisowskiej) jest nadużyciem pamięci ofiar Holocaustu, ale przecież i polskich ofiar? Zagrożenie globalnym konfliktem jest realne, zagrożenie jeszcze większym nasileniem się ataków terrorystycznych jak najbardziej prawdopodobne. Polsce nie udało się obronić w 1939 roku własnych obywateli przed masowymi mordami, Europa nie uchroniła  Żydów od zagłady dokonanej przez niemieckich zbrodniarzy. Z wystąpienia premier Beaty Szydło w Auschwitz odczytano to co chciano odczytać, bo celem jest zniszczenie rządu Prawa i Sprawiedliwości za wszelką cenę. Do tego bezprzykładnego nadużycia i wyjątkowo obrzydliwej manipulacji dołączyli  Donald Tusk i Grzegorz Schetyna. Zdaniem Tuska "takie słowa, w takim miejscu nigdy nie powinny paść z ust polskiego premiera"**, a dla Schetyny to hańba***. Pod artykułem w "Washington Post" jeden komentarz, a w Polsce setki obrzydliwych wpisów, których nie da się w ogóle cytować. Taką mamy teraz narrację. Do Prawa i Sprawiedliwości musi dotrzeć jasny sygnał: od 10 czerwca br  jesteśmy na wyższym, jeszcze bardziej perfidnym poziomie wojny politycznej  o przyszłość  Polski.             


*https://www.washingtonpost.com/world/europe/at-auschwitz-polish-leader-appears-to-defend-migrant-stance/2017/06/14/a9afe71c-510e-11e7-b74e-0d2785d3083d_story.html?utm_term=.c6f10dc45541#comments

**https://twitter.com/donaldtusk/status/875029787512799236

***https://twitter.com/SchetynadlaPO/status/875043917649104897

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Z cyrylicą na demokrację - taki finał Frasyniuka

Historia „Solidarności” lat 80- tych jak dotąd nie została porządnie spisana. Wszyscy mieli pseudonimy, byli głęboko zakonspirowani, wszystko było tajne i szlachetne, a „radykałowie” nie przystąpili do historycznego porozumienia w Magdalence, więc mamy to co mamy, czyli kilka nazwisk, które są symbolem obalenia komuny. Tyle tylko, że komunę w Polsce obalano razem z komuną, więc w zamian ta komuna uwłaszczyła się na majątku narodowym, a bohaterowie opozycji demokratycznej, którzy mieli paskudne epizody w stanie wojennym i w czasach PRL-u, uniknęli rozliczenia za współpracę z SB. W ten sposób, po 1989 roku mieliśmy prezydenta, premiera i ministrów TW, wiele autorytetów TW, a nawet  finansowanie młodziutkiej partii z niemieckiej kasy. Ludzi, którzy podważali porozumienia Okrągłego Stołu zepchnięto na margines życia politycznego i społecznego, żeby nie przeszkadzali w realizacji wielkiego projektu neokomuny demokratycznej. Władysław Frasyniuk walczył z systemem, jest do dziś jedną z takich, ponoć nieskazitelnych postaci, którą  teraz wystawiono na cokół i powiedziano: patrzcie i podziwiajcie! „Jeb..ć PiS” napisane cyrylicą, przypięte do klapy marynarki, ma jak rozumiem Frasyniuka tylko uwiarygodnić, że on jest w stu procentach nasz i właśnie takiego lidera teraz  potrzebujemy, który neokomunę uratuje. No to z nim już się nie uda, mieliście na to jakieś 48 godzin. Minęło, nowe tematy walą się na głowę, więc kolejny niewypał. Halo! Wracają uchodźcy i sankcje.


Ale przecież wystawiono do walki z PiS legendę. Człowieka, który mówi widzom TVN jak  żyć, co robić w sytuacji, gdy pisowski reżim niszczy Polskę. Nie poderwał jednak tłumów, poza Joanną Scheuring – Wielgus, której nie aresztowano nawet w dziale zagranicznym „Gazety Wyborczej”. Frasyniuk - bohater jednodniowy, jednodniowy cyrk i jednodniowa zadyma, bez ciągu dalszego. Pal sześć te mandaty, to pikuś, ale przez tę miesięcznicę popularny „Władek” przyciągnął uwagę nie tylko swoich wielbicieli. Padają pytania o oskarżenia jakie pod jego adresem wysunął były zięć, o błyskawiczny start jego biznesu po 1989 roku, i to może nie być koniec tych dociekań. Mnie to nie interesuje, mnie interesują bardziej takie drobne symbole jak ta cyrylica na klapie. Co ten facet ma w głowie? Owszem, potrzebujemy mitów, mity podnoszą nas na duchu, bo jak ktoś tam dał się skusić za Jaruzela na współpracę z SB, to zawsze jednak możemy powiedzieć: ale Władek to był gość, on się nie dał złamać. Nie znam Frasyniuka, jego podziemnych działań, dużo więcej wiem, jak podziemie działało na Mazowszu i Pomorzu Zachodnim. I mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że  zdecydowana większość ludzi, którzy narażali się na co dzień na represje, aresztowania wypadła po 1989 roku z obiegu. Jeśli ktoś nie przystąpił do Salonu, wynocha! Wbrew pozorom, nikt się nimi specjalnie nie przejmuje, bo wytworzył się nowy układ, minęły długie lata, oni są starzy, nie mają siły przebicia, co najwyżej uhonoruje się ich Medalem Wolności i Solidarności. Za to ci, którzy mają w swoim życiorysie paskudny skrót TW, czują się świetnie i pouczają nas czym jest prawdziwa demokracja. No tak na razie jest, niestety.



Nie przekonują mnie te nagłe wolty niektórych byłych działaczy „S” czy dawnej opozycji, którzy nagle maszerują po Warszawie z ich oprawcami. To nie jest, tak po ludzku, normalne. Mogę spotkać się dziś z kolegą, który był TW, mogę z nim rozmawiać, to nie problem. Taka historia. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych pojawiło się podziemne wydawnictwo, które drukowało książki w twardej oprawie i w obwolucie. Szał. Zamówienia z Warszawy, Krakowa i Poznania szły pełną parą. Po 17 latach dowiedziałem się, że jego szef był tajnym współpracownikiem SB. Wycofał się z życia publicznego. Nie sugeruję, że ci, dla których  pułkownik Mazguła jest dzisiaj towarzyszem walki z PiS, mają takie brzydkie karty w swoich życiorysach. Uważam jednak, że źródło ich kompromitujących zachowań tkwi w latach osiemdziesiątych. Że właśnie wtedy, w jakimś momencie, zostali wciągnięci w nowy układ neokomuny i wcale nic nie musieli nic podpisywać, więcej, mogli doświadczyć aresztowań i represji. A potem jednak, z nieznanych nam do końca powodów ulegli w końcu mitowi budowy nowego demokratycznego państwa we współpracy z byłymi komunistami i agentami bezpieki. W końcu Czesław Kiszczak został mianowany człowiekiem honoru. Tak długo, jak nie zostaną odkryte głęboko skrywane tajemnice lat osiemdziesiątych, tak długo wielu z nas będzie się dziwiło, jak to możliwe, że ludzie „S” zdradzają dawne ideały, bratają się z esbekami, zakrzykują wołanie o spokój części rodzin smoleńskich. Prowokują do starć ulicznych, do przelewu krwi. Może po prostu jest tak, że komuna, z którą walczyli, nigdy nie była dla nich największym wrogiem, nie esbecy, nie PZPR, nie Jaruzelski, tylko... no właśnie kto?