czwartek, 12 września 2013

Grodzka i Giertych na deskach



Za rok, być może właśnie u progu następnej jesieni, na deskach jednej z warszawskich scen, ma zostać wystawiona opera o transseksualistach, czy być może o transseksualizmie jako takim, a natchnieniem dla autorów będzie życiorys Anny Grodzkiej, dziś posłanki, kiedyś mężczyzny. To ważna wiadomość, że tak źle traktowani i oceniani przez nas politycy z Wiejskiej znajdują jednak uznanie u wielkich i wybitnych artystów. Od razu widać, gdzie jest kultura i zrozumienie dla tego niebywałego trudu posłów i posłanek, od razu czuje się to wysokie C, poniżej którego nie schodzi warszawska elita twórców. Będzie więc wielki spektakl o tym, jak upokarzana (y) bohater (ka) przeistoczyła (ył) się w kobietę. Ale też nie czarujmy się. Zbyt oryginalny ten pomysł, to on nie jest. Raczej jest to powielenie tego, co postępowy i mądry Zachód już dawno wystawiał na deskach swoich teatrów, oper i operetek. Zauważą pewnie naszą mozolną i wyłożoną ciemnogrodzkim brukiem ciernistą drogę do postępu, ale to za mało, stać nas przecież na więcej. Gdyby warszawscy twórcy byli trochę bardziej oryginalni, trochę mocniej nacisnęli na swoje szare (co  tam szare, raczej tęczowe) komórki, doszliby do wniosku, że jest ktoś, o kim opera byłaby dla całej Europy prawdziwą bombą, a tłumy waliłyby na to przedstawienie drzwiami i oknami, dachami i piwnicami. Ten ktoś jest tak oczywisty, tak bardzo narzuca się sam do roli wielkiego bohatera, że aż dziw bierze, że ani Wajda, ani Stuhr, ani Wojewódzki, ani Pasikowski nie wpadli na ten trop, na tę tak jasną i wielką, także w sensie dosłownym, postać. Mowa oczywiście o Romanie Giertychu.

Co tam zmiana płci, jakieś korekty cielesne, zmiany i wymiany, to bułka z masłem, to nic, po prostu zwykły zabieg, trochę nowych ciuchów, zapuszczone włosy i już jest się kimś innym, już jest się kobietą, prawdziwą, spełnioną, co więcej, atrakcyjną i ponętną. Znamy takich przypadków wiele, ale Roman jest jeden. A jego zmiana polityczna, duchowa, jest tak postępowa i tak wielka, że niech się schowa Michnik Adam i cały postępowy Paryż, bo wstyd, bo to niewielki pikuś w porównaniu z dokonaniami tego byłego narodowca. W pierwszej scenie sztuki o Romanie Giertychu (tę rolę mógłby dostać taki fajny gość od Jamesa Bonda) bohater, oświetlony pięknie, punktowo powiedziałby do zgromadzonego gdzieś w oddali ludu, że Jarosław Kaczyński tworzy rząd mafijny, straszny, obrzydliwy i totalitarny. Kiedy dotknie swymi złocistymi zębami ostatniej sylaby, drugie punktowe światło pokaże nam w fotelu Monikę Olejnik, która zada mu kluczowe pytanie tej sztuki: -Panie Romanie, Panie Mecenasie jak to się stało, że Pan dziś jest taki mądry, a kiedyś gnił Pan w zacofaniu i faszyzmie? Redaktor MO może zagrać spokojnie Renata Dancewicz, będzie bowiem bardzo naturalnie podobna do tego, co mówi i co myśli Monika Olejnik. A kiedy wypowie te słowa, scena zabłyśnie pomarańczą i zielenią, roztoczy się po niej zapach brzóz, topoli i zbóż, a wśród nich zobaczymy małego (rzecz względna w jego przypadku), dorastającego Romana w krótkich spodenkach i lakierkach. Ujrzymy jego historię, od narodowej, faszystowskiej i ciemnogrodzkiej prawicy do Przyjaciela „Gazety Wyborczej” i Oświeconego Niebywale,  jak nikt w Europie, premiera Donalda Tuska. Mały Roman pewnie powie wśród łanów zbóż:  – Nie wiem, co mi kołata w mojej młodej głowie, ale mam przeczucie, że ten narodowy polski faszyzm nie jest mój, nie jest mój Kochana Mamo, co mam zrobić?! – wykrzyczy swój ból i troski nękające wspaniały umysł przyszłego wielkiego polskiego  polityka i mecenasa.

Podejdzie wtedy do niego młoda dziennikarka Janina Paradowska (może ją zagrać gościnnie Ewa Kopacz), która spojrzy na niego z lekkim obrzydzeniem i powie do widowni: - Ach jaki on jest wsteczny, jaki on ponury, jaki wielki, a jaki mały jednocześnie i niepostępowy, jaki faszystowski! Och Marksie, ratuj! – dorzuci na koniec. Tak potoczy się zapewne ta akcja. Nielinearnie. Raz będzie to Roman w szkole, a za chwilę dorosły Roman Giertych, dzielnie punktujący w studiu Jarosława Kaczyńskiego. Albo Roman, który spotyka się potajemnie z Donaldem Tuskiem i mówi mu na ucho w pełnym zaufaniu:

Jestem Twoim agentem w rządzie Kaczora,
Wiedz to, jam jest taka postępowa Wernyhora,
Lecz potem, pamiętaj,
Wepchnę się do Twojego Dwora

Tak może mówić premierowi nasz bohater, tkając swój mistrzowski plan rozbicia rządu „Pisiorów”. A potem, znów, gdzieś te jego radosne sceny z tragicznej przeszłości: Roman idzie po warszawskim bruku i krzyczy jakieś brednie o niepodległości i narodzie. Jaki naród? Czy w ogóle są w Europie jeszcze jakieś narody, poza Niemcami? Przecież to przeszłość, przeżytek, wstecznictwo, źródło wojen. Postęp, wymieszane rasy, brak płci w ogóle, to jest to co rozgrzewa dziś całą ludzkość. Po co komu płeć do szczęścia? Być może autorzy pójdą tym tropem, pójdą jeszcze dalej, niż sam bohater w swoim wspaniałym życiu i być może w ostatnim akcie sztuki, podczas jej światowej prapremiery w Londynie, Roman Giertych odrzuci swoją płeć, odrzuci jakieś podziały na homo i hetero, i gromko wrzaśnie do zelektryzowanej widowni: Jestem Gigantem! Jestem Gigantem! To byłby wspaniały koniec tej sztuki i jednocześnie wielki pochód samego mecenasa do fotela premiera wszechczasów III RP. Jest więc jakaś szansa dla Polski, jest wielka szansa dla Romana. Możemy być na ustach całego świata, ale naprawdę nie bójmy się tego, zainwestujmy w Romana Giertycha, zróbmy to profesjonalnie i z jeszcze większym rozmachem, niż robi to na co dzień TVN 24 i Justyna Pochanke. Dość tej amatorszczyzny i kiepskich wywiadów z tak wielkim politykiem i tak niespotykanym nigdzie indziej mężem stanu. „Roman Romanum” – taki tytuł rzucam dziś pod rozwagę naszych wielkich twórców. Do dzieła!                     

          

środa, 11 września 2013

Szejnfeld na maśle, a Duda w Warszawie

Rozpoczęły się protesty związkowców i w sumie nic takiego się nie stało. Nie ma żadnego wielkiego bum, bo być nie może. Nie ten czas, nie ta „Solidarność” co 33 lata temu, nie ten system, choć wcale nie lepszy od poprzedniego. Piotr Duda chce naprawiać III RP, Jarosław Gowin też chce naprawiać III RP, poznał nawet w PO wielu wspaniałych ludzi, naprawiać, poprawiać chcą, a jakże, i Palikot i Miller. Chyba tylko sama PO nie chce nic naprawiać, ponieważ wszystko idzie przecież dobrze, jak po maśle. Moim zdaniem, to poseł Adam Szejnfeld, papla się w maśle 24 godziny na dobę, bo cokolwiek mówi o rządzie Tuska, to idzie mu jakby śmigał po tonie masła, leci takim maślanym ślizgiem, że aż dziw, że jeszcze nie wyrżnął o jakąś bandę. Ale wiadomo, Szejnfeld to kod PO, to emanacja intelektualna tej formacji, to sznyt wiochy jakiej pełno w tej partii. Wiochy, nie wsi, żeby była jasność.

Jest więc dużo poprawiaczy III RP i dlatego nawet kilkudniowe protesty związkowców nie zmienią rządów tego parszywego układu politycznego w Polsce. Dokładnie tak, parszywego, gdyż ta władza zupełnie nie liczy się z ludzką biedą, z paranoją, którą aplikuje Polakom, co rusz, kolejną debilną ustawą. Protest związkowców jest jak najbardziej słuszny, ma spore poparcie społeczne (59% za), ale trzymając się tylko związkowego charakteru kilkudniowych manifestacji w Warszawie, niewiele się zmieni. Niemała część Polaków, jakoś sobie radzi, ledwie wiąże koniec z końcem, ale to nie jest Sierpień 80`. To nie jest czas na zryw wolności. Można sobie wyobrazić nawet wielki strajk generalny, ale czy to doprowadzi do obalenia rządu? No i istota sprawy. Przecież kolejny, inny, nowy rząd nie znajdzie z dnia na dzień takich rezerw, żeby zaspokoić wszystkie żądania.
  
Generalnie jednak wszystko sprowadza się do rozstrzygnięcia takiego oto dylematu, obecnego na prawicy: zmieniać III RP, poprawiać, negocjować, odnawiać, czy też rozwiązać ją, po prostu obalić i budować nowe państwo. Ta druga możliwość stwarza szansę na powstanie normalnego państwa, z normalnymi strukturami, sprawnymi urzędami i sądami, bezpiecznego i nie włażącego obywatelowi w każdą dziedzinę jego życia. Krótko mówiąc, państwa zdecydowanie bardziej wolnego od biurokracji, głupoty i mniej pazernego. To jest wyzwanie na długie lata, ale jakie jest inne wyjście? To drugie wyjście jest trudniejsze, ponieważ nie wszystkim się spodoba, być może także związkowcom. Jeśli jednak na prawicy przeważy pogląd o reformowaniu III RP, czeka nas marny los. Niezależnie od szczytnych haseł i dobrych chęci, utrwalą się i tak chore i patologiczne mechanizmy, które wprowadziła w życie Platforma Obywatelska, dalej poseł Szejnfeld będzie śmigał na maśle. W końcu jednak wszyscy wyrżniemy głową w mur, albo ktoś nas pod ten mur postawi. W taki czy inny sposób. Bez suwerenności politycznej, bez maksymalnej, możliwej suwerenności gospodarczej, i bez zbudowania zupełnie nowego państwa polskiego, czeka nas jako naród całkowita utrata jakiegokolwiek znaczenia w Europie. Wydaje się, że Jarosław Kaczyński chce budowy nowej Polski, że nie interesuje go naprawianie III RP, a nawet budowanie IV RP, na gruzach tej Trzeciej. Oby tak się stało, jak najszybciej, ponieważ idzie nam jak po maśle, ale do upadku naszego państwa.  Piotr Duda wieczorem w TVN 24? To nie jest impuls do nowej Polski.

poniedziałek, 9 września 2013

Gowin samotny i chodzący

Trzeba wstrzymać oddech aż na miesiąc. Cała Polska powinna wstrzymać oddech na miesiąc i czekać. Na co? Na to, co powie Jarosław Gowin - od dziś człowiek, który może wszystko lub prawie wszystko. To nie drwina, to tylko reakcja na słowa lidera Platformy Obywatelskiej, tak, tak, jeszcze do południa lidera PO, partii, która od lat szkodzi Polsce i w której to partii Jarosław Gowin zajmował wysokie stanowiska. Otóż, niedawny rywal Tuska, powiedział, że w ciągu miesiąca zastanowi się, z kim będzie zmieniał Polskę. No, po prostu, zajechało mnie całkowicie. Może ktoś się pomylił, może to Wałęsa z Gdańska znowu coś palnął...... Skądże znowu, to Jarosław Gowin śmiało mówi o tym, że ma taką moc, że sobie zmieni Polskę, ale jeszcze nie podjął decyzji, z kim to zrobi. Pewnie kolejka liderów prawicy na czele z Jarosławem Kaczyńskim już przebiera nogami, żeby schwytać Gowina w swoje sieci.

Prawdą jest natomiast to, że samotny Gowin jest lekkim zmartwieniem dla PiS-u. Dopóki był w PO, był zmartwieniem Tuska. Od dziś może natomiast mieszać w elektoracie popierającym Jarosława Kaczyńskiego. Nie rozbije PiS -u, ani nie naruszy obecnego układu sił w Polsce, ale kilku naiwnych zawsze się znajdzie, mało tego, już są tacy, co wieszczą wszem i wobec, że narodził się nowy lider prawicy. Jakiej prawicy, mniejsza o to. Kto miałby stanąć za politykiem, który dzielnie tkwił w antynarodowym ugrupowaniu władzy? Jarosław Gowin dziękował dziś Platformie, mówiąc między innymi, że poznał w niej wielu wspaniałych ludzi oddanych Polsce. Jeśli wielu, to niech wymieni z imienia i nazwiska choć kilku wspaniałych, bo szkoda, żeby się marnowali w PO. Jeśli są oddani Polsce, to co u licha robią w PO? Co robią u Tuska? Co ludzie oddani Polsce mogą w ogóle robić w tej partii? Tego się pewnie od Jarosława Gowina nie dowiemy, bo on sam ma z tym oddaniem się Polsce spory problem. Była granica w naszej najnowszej historii, która bardzo wyraźnie oddziela ziarna od plew. Tą granicą była Tragedia Smoleńska. Ten, kto miał honor, odrobinę patriotyzmu i godności, ten nie stał w jednym szeregu z Ewą Kopacz i rozbawionym na płycie lotniska Bronisławem Komorowskim. Stał po stronie modlących się i protestujących przeciwko kłamstwu smoleńskiemu. Bo to kłamstwo jest faktem, faktem, za którym murem stoi Tusk i jego rząd, i jego partia. Kłamstwo to jest fundamentem Platformy i Gowin w tym kłamstwie do dziś tkwi po uszy. Tu nawet nie chodzi o sam zamach, czy był, czy go nie było, tu chodzi jedynie o przyzwoitość, o minimum godności i o honor Polaka. Co niedawny lider PO ma na ten temat do powiedzenia?          
  
Jest więc samotny Gowin pewnym balastem dla prawicy, bo będzie się starał coś zmajstrować, coś ułożyć, a nie jest politykiem wiarygodnym, więc będzie szło jak po grudzie. Myśląc pragmatycznie, z perspektywy nadchodzących wyborów parlamentarnych, może byłoby i lepiej, gdyby zasilił szeregi jakiejś partii prawicowej, byłoby wtedy po kłopocie. Gowin chodzący i myślący jest kłopotem samym w sobie i niemałą nadzieją rządowych mediów na podgryzanie Jarosława Kaczyńskiego. Będą więc „Tefałeny” i „Tefałlisy” wspierać Gowina, jak się tylko da. Nawet kanapka zjedzona rano w kawiarni z jakimś liderem prawicy urośnie do rangi obiadu z Barackiem Obamą. Tak będzie, bo dziś Gowin nie jest nadzieją prawicy, tylko PO i lewicy, nadzieją na rozbicie Prawa i Sprawiedliwości, a przynajmniej na osłabienie partii Jarosława Kaczyńskiego. Złudne to nadzieje, ale mieszać trzeba – myślą macherzy z TVN 24.  W końcu cała prawda PO, całą dobę. Myślę, że Jarosław Gowin, jako człowiek inteligentny, doskonale wie, że stanowi właśnie taką nadzieję, a nie inną. Chyba że, trwale zapadł na syndrom elektryka. Oby nie, bo kiepsko skończy. Niedawnemu konkurentowi Tuska przydałby się solidny rachunek sumienia. Jako Filozof nie powinien mieć z tym problemu. I naprawdę, od tego rachunku powinien zacząć, a nie od zmieniania Polski.

niedziela, 8 września 2013

Pełne paszcze z III RP

Znowu „Brać z Trzeciej RP” sypie gromy na Jarosława Kaczyńskiego. To jest zawsze ta sama Brać. Popłuczyny dawnych esbeckich układów, postkomunistów, dziennikarzy powiązanych z dawną WSI, obrońców WSI (w tym Prezydenta RP), nawiedzonych pół – intelektualistów z dawnej Unii Wolności, no i całej tej zgrai oblizywaczy wszystkiego z Platformy Obywatelskiej. Tym razem chodzi o biznes, o przedsiębiorców. Broni ich, pierwszy niszczyciel polskiej gospodarki, lotniskowiec fiskalizmu, słynny Jan Vincent. Jan Vincent powiada do kamer, że on podziwia tych polskich przedsiębiorców, jak oni tworzą wspaniale nasz dochód narodowy i jak ten wredny Kaczyński może cokolwiek złego o nich mówić. Jednocześnie ten sam Jan Vincent wydaje ciche zalecenie, żeby łupić tych wspaniałych przedsiębiorców, ile się tylko da. Jak ktoś uważa z zaćmionych jeszcze Trzecią RP, że to bujdy, niech popyta się ludzi biznesu, co wyprawiają obecnie urzędy skarbowe.

Tam, gdzie tylko jest choćby najmniejszy punkt zaczepienia, urzędnicy włażą z butami i niszczą często dorobek całego życia przedsiębiorcy, a przy okazji niszczą miejsca pracy. Wielki biznes i tak się rozlicza poza Polską, więc spoko, wielkie sieci też mają duże spoko, bo wywożą za granicę tyle zysku, ile chcą, a u nas nawet nie podają jego wysokości do publicznej wiadomości. Po prostu święte krowy. Podział na uprzywilejowanych ludzi biznesu i tępionych przez skarbówkę jest faktem i o tym mówi między innymi Jarosław Kaczyński. W jaki to sposób do wielkich pieniędzy doszli Kulczyk czy Krauze? Czy to był jakiś „American dream”? Nie, to był wielki skok na majątek państwowy dzięki układom, dzięki powiązaniom z dawnym układem komunistycznym, ze służbami PRL-u.. Co niby zawdzięczamy tym polskim oligarchom? Co oni zrobili dobrego dla Polski, mając tak wielkie pieniądze? Założyli choć jedną prywatną uczelnię? Kim w ogóle są, tak od wewnątrz? Co czują do Polski? Niech odpowiedzą. 

Za to gdzieś na dole, niemało młodych ludzi chce też robić dobre interesy. O ile w takich branżach, jak informatyczna, nie jest może jeszcze tak ciężko, bo innowacyjność i pomysłowość, oraz wiedza, to nie są mocne strony naszych oligarchów (gdzie oni mają swoje laboratoria, ktoś słyszał?), o tyle tam, gdzie oni lub pomniejsi cwaniacy mają swoje układy z władzami miast, wciśnięcie się z jakimkolwiek kontraktem graniczy z cudem. Żeby była jasność, tu nawet nie wystarczy „odstępne” dla odpowiedniego dyrektora wydziału czy departamentu, co jest w Polsce zjawiskiem normalnym. Trzeba być jeszcze po linii i na bazie, czyli najlepiej być powiązanym politycznie z PO. Państwo i jego majątek zostało w dużej mierze zawłaszczone przez jedną sitwę polityczno – medialno – biznesową i oczywiście trzeba to rozwalić, bez względu na konsekwencje.


Nie ma zmiłuj się! Ten strach PO, który teraz zamienia się znowu w agresję, jest jak najbardziej uzasadniony. Bo będą procesy i będą wyroki, i bardzo dobrze. Miejsce oszustów jest za murem więzienia. Jaki to sukces III RP spowodował, że dwa miliony młodych Polaków po prostu uciekło z kraju łapówek i cwaniaków? Jak to się stało Panie Tusk i co Pan na to? Proponuję wypad do Londynu razem z Janem Vincentem. Ileż tam owacji na Was czeka. Wyjechało dwa miliony ludzi, z których wielu chciało na pewno stworzyć tu własny biznes, własną małą firmę. Nie było im dane, bo Polską rządzi najbardziej szkodliwy układ od rozbiorów Polski. Za nic ma przyszłość naszych dzieci i wnuków, za to na pierwszej linii jest własna, pełna paszcza i brzuch oraz wypchana kieszeń, ponad wszystko i za każdą cenę, nawet za cenę utraty suwerenności politycznej i gospodarczej, rzecz jasna w branżach, gdzie ta suwerenność gospodarcza jest jeszcze możliwa. Drą się więc dziennikarzyny do kamer i mikrofonów, że Prezes PiS znowu się obnażył ze swoimi poglądami, że znowu idzie IV RP. Oczywiście, że idzie, ale to wcale nie musi być IV RP. Na pewno w tej nowej Polsce nie będzie miejsca dla medialnych hien. Nie dlatego, że odbierzemy im kamery czy mikrofony. Po prostu sami zaszyją się z daleka od nowej rzeczywistości, bo będą tak samo traktowani jak „Tumanowicze” stanu wojennego. 

To, co mówi Jarosław Kaczyński o braku wolności gospodarczej jest prawdą oczywistą, nie podlegającą żadnej dyskusji i polemice. Nawet w światowych rankingach dotyczących wolności gospodarczej grzejemy ławę za krajami tak zwanego Trzeciego Świata. Myślę, że młodzi ludzi w Polsce oczekują radykalnych zmian. Tylko wtedy pozostaną tu, będą chcieli inwestować, pracować, a także ryzykować. Tylko wtedy będą chcieli zakładać działalność gospodarczą, jeśli zobaczą, że może, nie za rok, nie za dwa, ale za trzy, pięć lat przyniesie im to stabilny dochód. Dziś większość z nich jest skazana na porażkę bo Polską rządzą „Sami swoi” z PO. A już tak na marginesie, nie kradnąc oczywiście pomysłu na tytuły filmów Andrzejowi Wajdzie, czekam na sagę „Pełne paszcze z III RP”.          

piątek, 6 września 2013

Strach ma oczy Tuska

OFE rozpala umysły polityków, ekonomistów, a nawet przeciętnych zjadaczy chleba, bo czują, że zrobiono ich w konia, ale nie wiedzą po prostu o co tu chodzi poza tym, że jest to skok na ich kasę. Z kolei, ekonomiści spierają się, na ile przeniesienie obligacji z OFE do ZUS-u zatrzęsie polską gospodarką, bo giełdę już nieźle pociągnęło w dół. A giełda to barometr gospodarki. Nasza, warszawska, kuleje od kilku lat, o czym w ogóle się nie mówi. Za to giełdy zachodnie i nowojorska pną się w górę. W tym ogólnym ekonomicznym i informacyjnym chaosie główną rolę, dodajmy bez castingu, gra premier Donald Tusk. O premierze za chwilę, bo ostatnio, pod hasłem „mam niezłą szajbę” pierwsze skrzypce gra Jacek Vincent. Jeszcze dzień, dwa dni temu, mówił o reformie emerytalnej Jerzego Buzka, że była bez sensu, a dziś, w piątek, powiada, że ta reforma to było wielkie osiągnięcie byłego premiera. Odnoszę wrażenie, że albo Ostachowicz, albo oni sami, czyli Tusk i Rostowski, wpadli na genialny pomysł: będziemy bełkotać, ile wlezie, aż się wszyscy w tym pogubią. To jest niezły patent, gdyż - biorąc pod uwagę złożoność operacji z OFE, da się zawrócić Wisłę kijem, ludziom wbić kilo kitu do każdej głowy i jeszcze wyjść z mową, że mamy wielki sukces, bo zmalał dług publiczny o kilka procent. Co tam emerytury naszych dzieci, prawda? Nie będą ich mieli, to nie. Zresztą po co nam w ogóle dzieci, należałoby zapytać ten rząd.

Rezerwa demograficzna to dojna krowa, w przedszkolach - mówią urzędnicy - nie chodzi o naukę, więc po co zajęcia dodatkowe, po co w ogóle rodzić, po co nam w ogóle jacyś kolejni rosnący na tej ziemi Polacy? Prawda, Panie Tusk? To, co się porobiło wizualnie z premierem z doliny PO, to rzecz smutna i budząca strach. Człowiek, który tryskał pewnością siebie, strzelał wzrokiem jak tygrys, syczał jak kobra, uwodził jak Sinatra, jest dziś w stanie głębokiej depresji. Dlaczego, tak odważni zawsze i żądni sensacji dziennikarze TVN 24, nie zapytają psychologów i lekarzy, co się dzieje z naszym premierem, z naszym mężem stanu, jak mówi o nim pewien znany psycholog celebryta i trener naszych ciapuśnych biznesmenów. Zapadnięte oczy, twarz przypominająca czasy pogardy, to nie jest chwilowe zmęczenie, stres, to stan permanentnego napięcia. Czego boi się nasz premier Tusk? Kogo się obawia? Przecież nie Jarosława Kaczyńskiego, przecież nie tak dobrotliwego Antoniego Macierewicza. Co się w ogóle dzieje? Pomyślcie sami, do jakiej roli mógłby dziś aspirować Donald Tusk, gdyby ogłoszono casting do filmu wojennego, albo do kryminału.

Na to wszystko nakłada się zupełna zmiana, wręcz rewolucja w strategii public relations rządu PO – PSL. Koniec z PR-em. Tusk i Rostowski mówią, co chcą, byle jak, każdego dnia co innego, o nic już nie dbają. Sondaże? To bez sensu - myślą zapewne. I tak już jest przechlapane, tylko nie wiadomo jeszcze, jak bardzo. Donald Tusk, idąc w ślady Rostowskiego, żąda od Jarosława Kaczyńskiego jasnej deklaracji, jaką to rolę ma pełnić w przyszłym rządzie PiS Antoni Macierewicz. Po pierwsze, oznacza to, że premier obecny, pogodził się już z tym, ze premierem za chwilę nie będzie. Po drugie, stawia pytanie w ten sposób, jakby Antoni Macierewicz był oprawcą z obozu koncentracyjnego. Co on, premier Tusk, ma do jednego z najbardziej zasłużonych o odważnych ludzi opozycji w Polsce? Bezkompromisowych. Doprawdy, szajba górą w rządzie PO, jak nigdy dotąd. Banał, ściema, chaos, głupota, tupet, kłamstwo, despotyzm i desperacja – to jedyne narzędzia, którymi posługuje się od pewnego czasu rząd Donalda Tuska. Oni nas straszą, ale im, jeszcze większy strach zajrzał w oczy. I to bardzo dobrze widać i czuć.           

wtorek, 3 września 2013

Różowe okulary Donalda Tuska

Trzeba od razu powiedzieć, że tak jak wszystkie sukcesy rządu PO, w ciągu tych sześciu, kosmicznie wspaniałych lat, tak i różowe okulary Donalda Tuska są niewidoczne. Ale to nie znaczy, że premier ich nie ma na nosie. On je ma, nawet jak idzie spać, jak gra w gałę, albo jak rozmawia z Grasiem. Dowodem koronnym i niezbitym, że te różowe szkła i różowe oprawki nosi na sobie jak samą głowę, jest wystąpienie premiera w Krynicy na Forum Ekonomicznym. Krynica , w ogóle działa na Donalda Tuska jak ekonomiczny afrodyzjak, bo już kiedyś ogłosił tam, że w 2011 roku trafimy do strefy euro. Co tam dolewają mu za wody źródlane i lecznicze, nie wiadomo, ale wiadomo, że działa to jak diabli. Dziś premier wyskoczył z planem dla „Polski po kryzysie”. Powiedział, że jesień będzie gorąca, a każdy tydzień tej jesieni to będzie ał, ał, tak, że PiS schowa się pod ziemię, a Duda przystąpi pewnie do PO razem z SLD, zaraz po wspólnej manifestacji. Po prostu, co tydzień, rząd ogłosi kolejny kawałek tego planu, będzie to zatem tasiemiec, który nie kojarzy się chyba najlepiej.

Jak Donald Tusk mówi o planie dla Polski, to już samo to w sobie budzi grozę. Do tej pory bowiem, rząd PO realizował generalnie jakiś plan dla siebie, dla swoich członków, działaczy, sympatyków i całkiem fajnie mu to wyszło, naprawdę. Chłopaki obłowili się przez te sześć lat jak nic, poustawiali na nogi całe rodziny, łącznie z przyszywanymi kuzynami i ciotkami. Jakie to miało skutki dla Polski, dobrze wiemy. Wąskie grono zagarnia, ile może, a reszta tyra od świtu do nocy, żeby dołożyć swoją skromną cegiełkę do „Planu dla swoich” . Można zresztą, trawestując tytuł kultowego filmu powiedzieć, że ta ich Polska, ta ich III RP to „Sami swoi”.

Jeśli teraz Tusk i Platforma zabierają się za całą Polskę, to już tylko zostały chyba piwnice i okopy. Albo emigracja. To zresztą jest dość szokujące, nieprawdaż, że po sześciu latach rządów premier sporego kraju ogłasza, że on ma teraz plan dla państwa. Krótko mówiąc, głowa rządu i głowy ministrów zapoznały się już (!) z sytuacją, co jest grane i teraz będą budować Polskę. Można się naprawdę przerazić, jak człowiek wyobrazi sobie cokolwiek budującego w Polsce Sławomira Nowaka. Donald Tusk powiada: „....obroniliśmy się przed kryzysem i ruszamy do cywilizacyjnego wyścigu. Podjęliśmy decyzje, żeby wspomóc wzrost gospodarczy”. Nie wymyśliłem tego, to cytat z samego różowego premiera. Co się działo z Polską do tej pory? Nie była jednak zieloną wyspą? To my dopiero ruszamy do wyścigu? Sądziłem raczej, że jesteśmy blisko mety, oglądając zachwyty premiera przed EURO i radosną reporterkę TVN 24 na drodze z literą A i cyfrą 2 tuż pod Warszawą. Każdy, kto śledził choć trochę te rządy, te dumne wypowiedzi Rostowskiego, musiał chyba zauważyć, że Polska jest jak Szurkowski w Wyścigu Pokoju. Mknie samotnie do przodu, ucieka, a ociężali Niemcy i leniwi Francuzi ciągną się z tyłu peletonu. A tymczasem dowiadujemy się, że my dopiero ruszamy. No to jest fajnie. Dopiero będzie się działo. 

Co więcej, Donald Tusk, zakomunikował również, że PO wesprze teraz rozwój gospodarczy. To już przekracza z pewnością możliwości epistemologiczne nawet rozgarniętego jak Hołdys, lemingowego elektoratu. Do tej pory, można z tego wnioskować, PO nie wspierała rozwoju, ale przecież cały czas słyszeliśmy, że to sam Donald buduje tę Polskę, sam ją wspiera codziennie razem z Grasiem i ministrami, że wszystko co robi Platforma, robi dla Polski. Teraz się okazuje, że to były tylko przedbiegi. Że teraz będzie dopiero takie wsparcie, że ludzie będą pracowali nawet po śmierci. Zniknie durny problem polskiego emeryta. Emerytów w ogóle nie będzie. Premier chwalił się w Krynicy, że wzrost gospodarczy może dojść pod koniec roku do 2 procent, ale przecież nie powie, że ten nasz mikry wzrost jest iluzoryczny, bo wynika on już tylko i wyłącznie ze strumienia euro płynących z UE do Polski. Nasłuchali się więc przedsiębiorcy o tym, co też szykuje dla Polski i dla nich Platforma. Najważniejsze jest jednak to, że idą w górę nasze zarobki. Według Tuska średnia krajowa wynosi już 3800 PLN. Tak może być, jak się doda pensje swoich i ludu pracującego od rana do nocy, a potem się to wymiesza i podzieli. I znowu wychodzi wszystko na różowo. Tak trzymać, Panie Premierze!  

niedziela, 1 września 2013

Syryjski 1 września


Dość dobrze rozumiem premiera Donalda Tuska. Oponenci zarzucają mu, że o sprawach bezpieczeństwa świata, ewentualnego udziału Polski (jakiegokolwiek) w interwencji w Syrii, mówił na schodach, pomiędzy jednym a drugim banalnym pytaniem, dzielnych sejmowych reporterów. Nie ma w tym nic zdrożnego, a oburzenie opozycji jest udawane i instrumentalne. Premier bowiem, doskonale wie, że głos Polski, a już tym bardziej jego głos, nie ma kompletnie żadnego znaczenia dla nikogo na tym niespokojnym świecie. Równie dobrze mógłby o Syrii mówić przy kotlecie, albo w przerwie meczu o puchar „Gały Premiera”.  Liderzy opozycji łudzą się chyba jeszcze, że jak oni byliby u władzy, to Barack Obama dzwoniłby do nas w każdej ważnej sprawie. Ani on, ani jego następca nie będą jeszcze długo dzwonić do Warszawy. Platforma Obywatelska, przy świadomym lub nieświadomym wsparciu obcych agentur, zniszczyła całkowicie pozycję Polski w Europie i na świecie. Całkowicie! Nas nie ma w żadnej polityce międzynarodowej i może warto byłoby sobie ten fakt w końcu uświadomić. Nie ma tu żadnej, ale to żadnej przesady.

Nikt się z nami nie liczy, do niczego też nie jesteśmy komukolwiek potrzebni, poza dalszym drenowaniem nas z resztek niezależności gospodarczej i politycznej. Chodzi o to, aby była to strefa niczyja, taki pas ziemi pomiędzy Rosją i Niemcami, który oni trzymają mocno za gębę. Kogo obchodzi wypowiedź Bronisława Komorowskiego z 15 sierpnia tego roku o końcu ekspedycji na antypody? Pomijając kompletnie bzdurne użycie słów „ekspedycja” (?) i antypody (?), nikt się tym nie przejął - ani w Waszyngtonie, ani tym bardziej w Moskwie, która jest w Warszawie obecna tak samo jak za komuny. Jak ktoś sądzi, że tak nie jest, niech porozmawia z ludźmi, którzy pociągają w stolicy za sznurki. Swoją drogą, czy doprawdy, nawet przy widocznej ułomności językowej prezydenta, nie może on skleić poprawnie jednego zdania, w końcu niby tam jakoś ważnego dla naszej obronności i polityki zagranicznej?


Donald Tusk zrewidował swoją wypowiedź z sejmowych schodów i uznał w końcu interwencję w Syrii za uzasadnioną, mając w tle żołnierzy Marynarki Wojennej. Od razu powracają wspomnienia sprzed 74 lat. Od razu rodzi się refleksja, w jakim momencie historii dziś jesteśmy, jaką mamy pozycję wyjściową, gdyby doszło do zagrożenia pokoju w Europie, gdyby znowu komuś się zachciało mieć cały kontynent dla siebie. Refleksja jest dość prosta i nie wymaga wielkiego namysłu, chyba, że miałaby to być refleksja Romana Kuźniara. On na pewno znalazłby argumenty, że jesteśmy dziś w o wiele lepszej sytuacji, niż w 1939 roku. . A jesteśmy w dużo gorszej. Nie ma Hitlera, nie ma Stalina, ale jest Putin, ale jest skuteczna i konsekwentna polityka Niemiec prowadząca do wasalizacji Polski. I jak zwykle, niechętna nam polityka Francji i Wielkiej Brytanii. Można powiedzieć, że nic się nie zmieniło. Pod względem militarnym, jest wręcz fatalnie. Z trudem bronilibyśmy się, może przez tydzień, po napaści Białorusi, a co dopiero, gdyby to była armia rosyjska. Zresztą ona nawet by tu nie weszła, wystarczyłyby rakiety Iskander rozlokowane w Obwodzie Kaliningradzkim. 

Wszyscy wiedzą, że jesteśmy dziś bezbronni, że Stany Zjednoczone oddały środek Europy Moskwie, że generalnie słabną, są chwiejne, o czym świadczy choćby wahanie Obamy w sprawie Syrii. Czy Ronald Reagan myślałby długo, co zrobić w obliczu ludobójstwa? W obliczu zagazowania ludzi, niewinnych cywilów, dzieci? To jest właśnie ta poprawność polityczna a`la Obama, do spółki z zachwyconą nim lewacką Europą.  Niech Donald Tusk stoi więc na schodach i niech się już nie wysila, niech mówi z nich co mu się tylko żywnie podoba. Nikt go nie słucha, nikt się z nim nie liczy. Taka jest jego sytuacja, ale taka jest też dziś fatalna sytuacja Polski. I tu powraca Smoleńsk. Bo Smoleńsk brutalnie i tragicznie przerwał próbę budowy równowagi geopolitycznej w Europie Środkowej. Prezydent. Lech Kaczyński podjął się takiej próby i to z nim podróżowali prezydenci państw europejskich w tej sprawie, a nie z Komorowskim czy z Tuskiem. Niech więc dalej złoczyńcy, zdrajcy do spółki z kretynami mówią , ze 10 kwietnia zdarzył się w Smoleńsku nieszczęśliwy wypadek.`


I jeszcze jedno. Milczenie Niemiec, wycofanie się ich w sprawie Syrii. Zagazowano dzieci, ich rodziców, bez powodu, tylko po to, by pokazać okrucieństwo. Czy to, co stało się w Syrii nie daje Angeli Merkel do myślenia, czy Niemcy już się wyzwoliły z historii II wojny światowej?