środa, 24 lipca 2013

Tusk rejteruje, a Gowin swoje

Nie będzie debaty Gowin – Tusk i nie ma w tym nic dziwnego. Premier rejteruje i w ostrych słowach ocenia taktykę walki swojego kontrkandydata w bitwie o fotel szefa PO. Gowin ma z kolei świadomość, że już tę batalię wygrał. Nie batalię o ten fotel oczywiście, tylko batalię o siebie, o swoją polityczną przyszłość. Rzadko kiedy można przyznać rację Donaldowi Tuskowi, ale odmawiając starcia z Jarosławem Gowinem postąpił słusznie. I tak jest przegrany, jak w powiedzeniu: i tak źle, i tak nie dobrze. To jasne, że debata osłabiłaby jeszcze bardziej premiera i jego obóz polityczny. Tusk zauważa, że były minister sprawiedliwości chce dokopać Platformie, że nie wie, z jakich pobudek to czyni, ale dokopać chce i już. I tu się zapewne szef PO myli. Wydaje się bowiem, że Jarosław Gowin gra na dwa fronty, bierze pod uwagę dwa scenariusze.

Pierwszy zakłada  wyjście z Platformy po przegranych wyborach, ale z pewnym kapitałem politycznym na przyszłość. Ten kapitał Gowin gromadzi teraz, jawiąc się nie tylko swoim zwolennikom jako ten uczciwy z obozu rządowego, co chce naprawić Polskę, co chce uzdrowić partię władzy i powrócić do jej programowych korzeni. Taki PR może przynieść hipotetycznemu premierowi z Krakowa pewne korzyści, bo wśród wyborców PO są i tacy, co chcieliby jeszcze być przy żłobie, ale już w trochę bardziej cywilizowany sposób. Taki, powiedzmy bardziej konserwatywny, skryty, nienachalny. Jarosław Gowin powraca dziś do korzeni swojej partii, akcentując nawet, że nie rozumie, dlaczego przypomnienie w debacie z Tuskiem o założeniach programowych tej partii miałoby być atakiem na nią. Oczywiście, jak powiedziałby Korwin – Mikke, rżnie głupa, bo PO 2013 nie ma nic wspólnego z partią, której liderem był ś. p. Maciej Płażyński.  

Tusk przerżnąłby debatę z Gowinem jak nic. To dlatego, cham numer jeden III RP, Stefan Niesiołowski,  z taką furią  atakował zwolenników starcia dwóch liderów. Cokolwiek Tusk nie powiedziałby lub powiedział, byłoby to i tak skierowane przeciwko niemu. Nie wyprowadziłby Jarosława Gowina z równowagi, bo jego nie wyprowadziłby z równowagi tygrys bengalski biegający po studiu. To po pierwsze. A po drugie, Gowin ma argumenty. Platforma dołuje, doprowadziła niemal do bankructwa naszego państwa, nie ma żadnej wizji na przyszłość. Jarosław Gowin sądzi, że on ją ma. I to jest ten drugi, mniej prawdopodobny scenariusz, że w PO dojdzie do wewnętrznego przewrotu, w którym Tusk zostanie wystawiony na pożarcie, po to, żeby sama partia mogła się uwolnić od wszystkich jej grzechów. Oczywiście, razem z Tuskiem zostanie wystawiony na pożarcie minister Rostowski, a zapewne i marszałek Ewa Kopacz. Czy to w ogóle jest możliwe trudno powiedzieć, ale niechęć do Tuska rośnie w całym obozie politycznym III RP.

W tej nerwowej dziś atmosferze pomiędzy dwoma liderami PO, najzabawniejsze są doniesienia o tym, że Donald Tusk na tajnej naradzie partyjnej nakazał obronę Hanny Gronkiewicz – Waltz w Internecie. Sądziłem, że to żart. Ale nie. Informacja została zweryfikowana. Premier naprawdę chce bronić HGW w Internecie. Widać wyraźnie, że Donald Tusk zupełnie już odjechał, choć nie powiem, czekam z upragnieniem na tę obronę, na przykład: na zdjęciu Hanna w kasku i podpis „Ona zbudowała metro”. Nakaz obrony Prezydent Warszawy w sieci przez partyjnych działaczy PO, to jak ich wpuszczenie do klatki z wygłodniałymi tygrysami, wilkami, albo panterami, wszystko jedno. Jeśli dojdzie do akcji „Tfu, tfu, ale bronimy HGW”, będziemy mieli w sieci niezły cyrk. „Ona walczyła o mosty” – może tak? Zapraszamy obrońców do sieci, na portale, czekamy i  już pękamy ze śmiechu.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Odizolować Niesiołowskiego


„Gazeta Polska” wytoczy proces Stefanowi Niesiołowskiemu za jego obraźliwe słowa pod adresem dziennikarza  Samuela Pereiry. Rozmowa z przewodniczącym Sejmowej Komisji Narodowej została nagrana przez redakcję i miała miejsce dzisiaj. Oto jej kluczowy fragment:

*„-- Samuel Pereira z "Gazety Polskiej". Chciałem spytać pana jako przewodniczącego komisji...
- Ja z pisowskim szmatławcem nie rozmawiam, proszę pana. Jesteście pisowską, propagandową szmatą i z wami nie rozmawiam. Dobranoc.”

Po zakończeniu rozmowy, nie nastąpiło od razu rozłączenie i z drugiej strony słuchawki padło słowo „skur.....ny”.

Niesiołowskiemu uchodziło dotąd już tak wiele, że jest to wręcz niepojęte. Chciał go zabić Cyba, choć wcale o tym nawet nie myślał. Atakował z furią Ewę Stankiewicz i gdyby nie media, i inne kamery, pewnie by Ją dotkliwie pobił. To okaz wyjątkowego chama. I może pora na to, by wykluczyć tego  typa z polityki. Nie apelować do władz PO - a były już takie nieoficjalne apele - by go wycofać gdzieś do politycznej obory, bo łamie brutalnie podstawowe zasady obowiązujące w życiu publicznym, nie tylko w polityce. Za każdym razem, zrzuca się  wszystko na karb jego ograniczonej możliwości oceny rzeczywistości i swoich własnych czynów. Na potrzeby felietonu czy wpisu na blogu można Niesiołowskiego traktować jako niespełna rozumu, ale wydaje się, że czas z tym skończyć. Czas go w  ogóle odizolować od polityki, od mediów, od społeczeństwa. Jeśli TVN 24 będzie go dalej zapraszać, ich sprawa. Jeśli zapraszanie buca i chama do studia telewizyjnego jest normalne, to są to standardy TVN, a nie nasze, respektujące minimum przyzwoitości i kultury osobistej u polityka, u każdego.  Miejsce Stefana Niesiołowskiego jest w politycznej oborze. Trzeba wierzyć w rozsądek wyborców, że takie typy, jak on, znikną raz na zawsze z polskiej polityki, bo ją niszczą, niszczą jej podstawy, niszczą jakikolwiek rozsądny dyskurs. To, że prostak i cham jest szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, jednej z najważniejszych komisji w polskim parlamencie, to świadczy tylko o tym, jak obronność naszego państwa traktuje Platforma Obywatelska i premier Donald Tusk. Do takiej Politycznej Obory (PO)  powinien trafić nie tylko Niesiołowski, tej trzody w polskiej polityce jest więcej. Ale od kogoś trzeba zacząć. Poseł Stefan Niesiołowski, jeden z liderów Politycznej Obory, jest numerem jeden do właściwego tam dla niego koryta.  

*http://niezalezna.pl/43924-jestescie-szmata-niesiolowski-caly-czas-w-formie-nagranie

   

niedziela, 21 lipca 2013

Tchórzofretki do rządu


Nominowanie młodzieńca, zaledwie dwudziestojednoletniego, na doradcę ministra spraw wewnętrznych w dużym i przecież jakże poważnym kraju europejskim wyzwala we mnie pewne emocje, tym bardziej, że sam minister jest  z tego dumny. Co więcej, broni innych „podobnych wiekowo” nominacji, na przykład tym, że młodzi znają się na Internecie. Mógłbym sam podesłać Bartłomiejowi Sienkiewiczowi dwóch siedemnastolatków, którzy by jego tajny system komputerowy nieźle powykręcali, ale czy to jest naprawdę jedyne kryterium takich awansów ludzi, którzy całkiem niedawno zajmowali się doradzaniem w liceum lub sportem? Bezpieczeństwo wewnętrzne to jedno z podstawowych zadań państwa, więc wydaje się, że do doradzania, w tej jakże istotnej materii, powinni być angażowani ludzie z jako takim doświadczeniem. Ponad wszystko, mamy w Polsce wielu wybitnych informatyków po trzydziestce, z bogatym doświadczeniem, z dużymi sukcesami na rynku. Oni są za starzy, czy nie są swoi? To zresztą jest jakaś zmora tego rządu, ci ich doradcy, te gabinety polityczne, tych stu ministrów. Zmora dla podatników oczywiście, bo cały tabun urzędników ma się jak najlepiej. W sytuacji, gdy Tusk i PO nie prowadzą w ogóle żadnej polityki, poza polityką utrzymaniem władzy za wszelką cenę, utrzymywanie gabinetów politycznych jest zupełnie bezsensowne. Ale skoro minister jest dumny, to idźmy tą drogą, Więcej awangardy w doborze kadr, proszę!

Na przykład premier Donald Tusk. Jest podobno jakiś Ostachowicz i cały sztab od wielkiej ściemy, ale ostatnio wielka ściema, ani nawet mała ściema za  bardzo nie wychodzi. Zatrudnienie jakiegoś dwudziestolatka, kuzyna ciotki Bałwańskiej, której brat jest synem senatora z PO, to byłoby już banalne i nudne. Wszyscy wiedzą, że żaden obcy sukinsyn nie przeciśnie się do stołka przez partyjne sito platformerskiej sitwy. Może w takim razie tchórzofretki? Niech gabinet Tuska zatrudni tchórzofretki, najlepiej dwie, dobrze oswojone, na smyczy. Wypad z nimi do Angeli Merkel i spacer po Unter den Linden w Berlinie, być może odmieni oblicze polskiej polityki, nada jej nowego znaczenia, ba, może nawet przyćmi historyczny hołd berliński Sikorskiego. No i Stefan Niesiołowski. Ikona współczesnej psychologii, gigant, mózg mózgów, niepokonany tytan intelektu, szarmancki jak książę Karol, bystry jak Borusewicz. Marnuje się na jakichś połajankach z partyjnymi gówniarzami w TVN 24. A wystarczyłoby go wstawić na miejsce ministra Bartosza Arłukowicza. W końcu sprawy zdrowia są mu bliskie. Potrzebuje go, w sferze życia psychicznego, jak mało kto. Dajmy mu szansę. Przy nim, jako ministrze od naszego zdrowia, połowa narodu zrezygnuje z wizyty u lekarza. Beata Sawicka na pewno znowu się popłacze, ale tym razem ze szczęścia. Zakręci się w kręceniu tych lodów jak włoski automat. Do MSW przydałyby się z dwa psy przyboczne dla ministra. Do resortu rolnictwa żywa krowa, której nie oddamy nigdy do żadnego uboju, niech sama zdechnie ze starości.

Pewne sukcesy w nowoczesnym doborze kadr ma minister infrastruktury Sławomir Nowak, otoczony już dawno temu młodym kwieciem obywatelskiej partii. To jednak za mało, młode kwiecie się nie spisało za bardzo przy budowie autostrad, co mocno nadwyrężyło  jego niepodważalny autorytet fachowca od dróg i od asfaltu. Nie wiem dlaczego, ale moim zdaniem, powinien wziąć sobie za doradców, tak z trzech chłopaków z jakiegoś, gdańskiego oczywiście,  skateparku. Nie jest tajemnicą, że ci młodzi osiemnastoletni chłopcy (czyli w sam raz do ministerstwa), znakomicie pokonują różne przeszkody, przeskakując po prostu nad odcinkami pozbawionymi podłoża. Ich doświadczenie byłoby bezcenne w pokonywaniu urwanych odcinków różnych A-1, A-4 czy S - coś tam, coś tam, pięć lub siedem. No i chłopaki wyginają się na zakrętach jak nic, nie to co nasze sztywne jak szyna Pendolino.  O doborze kadr dla Pałacu pisać nie  warto, w końcu Bronisław Komorowski, jako wytrawny myśliwy, sam wie, jakie zwierzęta są mu bliskie. Ale iść do przodu trzeba. Żeby duma ministrów rosła, a wraz z dumą, żeby głupota rosła, żebyśmy mieli największą głupotę w Unii Europejskiej. Jak w  tej skretyniałej rzeczywistości dojdziemy w końcu do redukowania głupoty, dostaniemy, ze względu na jej poziom i jakość największe limity, i znowu będziemy wygrani. A gdyby tym z Brukseli coś nie pasowało, to zagrozimy im, że dorzucimy do tej głupoty Niesiołowskiego. Tego nie  wytrzymają, podpiszą z nami każdy pakiet redukcji głupoty, na naszych warunkach. Chrońmy więc Stefana przed normalnością. Dla jego i dla naszego dobra.     

 
 

piątek, 19 lipca 2013

Otępienie nasze ogólne

Ile upokorzeń możemy jeszcze znieść jako Polacy, jako naród? Okazuje się, że bardzo dużo, znacznie więcej, niż stricte komunistycznego PRL-u. Dopadło nas ogólne otępienie i nie dotyczy ono li tylko wyborców Tuska czy Palikota. To zjawisko dosyć powszechne. Jesteśmy ogólnie mniej wrażliwi, mamy poprzez agresywną propagandę spłaszczone widzenie świata, jesteśmy o wiele bardziej obojętni na zło, a nade wszystko znacznie mniej zainteresowani od innych narodów tym, co się naprawdę wokół nas dzieje. Patriotyczne postawy, patriotyczne ruchy, są jak najbardziej zdrowym przejawem troski o państwo, ale patrioci bronią dziś swoich piwnic, a nie ulic i kamienic. To, co wartościowe w Polakach, w naszym narodowym charakterze zostało zepchnięte do podziemia, wręcz do drugiego obiegu. Czym jest bowiem blogsfera, zdominowana przez prawicę, jak nie miejscem zamkniętej dyskusji o Polsce, prowadzonej równolegle do świata rzeczywistego? Jeśli blogsfera wyjdzie z sieci, będzie wtedy naprawdę gorąco, na miejscu Tuska już bym się pakował. Żadne służby nie spacyfikują tego ruchu blogerskiego. Wracając do wątku naszych szczytnych kart historii, do naszych narodowych wartości, ileż to razy w ciągu tych dwudziestu kilku lat III RP zostały one wyśmiane przez Michników, Lisów, Paradowskie i Olejnikowe? Donald Tusk tę ich filozofię posłusznie dalej uprawia, robi to wręcz z prawdziwym uwielbieniem. Ale ponieważ jest tylko wykonawcą, a nie mocodawcą, to zużytego pogonią, gdzie pieprz rośnie, chyba, że go gdzieś przytuli Angela Merkel.

Jego wyborcy, niezależnie od wykształcenia, są tak otępiali intelektualnie i moralnie, że można z nimi zrobić praktycznie wszystko, są jak plastelina. To plastusie. Tylko jednego nie można im zrobić: wyznawcom Tuska nie można zabrać kasy i zajmowanych stanowisk. Nie można im zabrać hipermarketów, samochodu i urlopu. Ten status konsumującego jedynie ludzkiego zwierzaka zupełnie im wystarcza do życia w Polsce. Zresztą rzeczą drugorzędną jest, co to jest ta Polska i jak ona się w ogóle ma. Taka jest zdecydowana większość wyborców PO i bez obrazy, bo będę sypał przykładami, jeden za drugim, co mówią, jak myślą i czego chcą w tym swoim zasmarkanym, małym życiu. Otępienie, choć nieco w innym wymiarze dopadło i prawą stronę. Nie wywołała  wcale masowych protestów gigantyczna wręcz afera z budową autostrad, która rozłożyła polski przemysł budowlany, w której zniknęło gdzieś bezpowrotnie kilkanaście miliardów złotych. Jak mamy uwierzyć, że przy pięciokrotnie tańszej sile roboczej w Polsce, płaskim na ogół terenie, koszt budowy tysiąca metrów kwadratowych autostrady jest w Polsce o 70% wyższy niż w bogatych Niemczech? Ten koszt rzeczywisty był zbliżony zapewne do niemieckiego, ale złodziejska pajęczyna wokół budowanych dróg zatrzymała kolejne miliardy złotych dla siebie. Nie było też masowych protestów po tym, jak Donald Tusk nakazał Polakom pracować aż do śmierci.


Coś jest nie tak z nami, skoro przy okazji znacznie mniej  drażliwych spraw i problemów społecznych, w znacznie bogatszych od nas krajach, na ulice wychodzą setki tysięcy Hiszpanów, a także Francuzów i to w obronie  tradycyjnej obyczajowości. Siedzimy w domach, pomstujemy. Dziś w autobusie grupka emerytów obojga płci bardzo żywo i głośno dyskutowała o upadku naszego państwa. Ale jak?! Rzucała liczbami, faktami, ze zgrozą w głosie mówiła o ujemnym przyroście naturalnym. Dla minister Muchy, wtedy jeszcze posłanki, to grupa społeczna, co z byle czym chodzi do lekarza. Oby Pani Musze zdrowie dopisywało….na starość. Z Polski wygoniono dosłownie ponad 4 milionów młodych Polaków, zupełnie tak jak pod koniec XIX wieku. Najpierw był stan wojenny niedawnego „jubilata” Jaruzelskiego, który pogrążył nasz kraj w marazmie. Sfrustrowani szarością i beznadzieją młodzi ludzie uciekali do Szwecji, Grecji, Austrii, a potem emigrowali dalej, za ocean. Za Tuska mamy kolejną falę emigracji. Młodzież nie identyfikuje się z tym systemem, choć identyfikuje się bardzo z Polską.

Nie chce mieć nic wspólnego ze złodziejskim i cwaniackim aparatem partyjnym, z sitwą, która zarządza narodowym majątkiem. Widzi doskonale, że jakiekolwiek miejsce pracy po studiach, trzeba okupić bezgranicznym poparciem dla wodza Tuska lub jego lokalnych aparatczyków, że trzeba być po prostu w układzie. Nie rusza nas jakoś to wszystko zbyt bardzo. Przełykamy. Związki zawodowe szykują protesty, ale spójrzmy prawdzie w oczy: nie ma dziś w Polsce nastroju buntu i atmosfery do zatrzymania tej postępującej degrengolady. Otępienie nasze jest ogólne i coraz bardziej przerażające. Dotyczy wjakimś stopniu także opozycji i samego PiS-u. Nie wiem, czy to czekanie na upadek III RP jest dobrą strategią, to przełykanie kolejnych afer, kompromitacji na arenie międzynarodowej, czy   znoszenie ciągłych upokorzeń związanych z wyjaśnieniem Tragedii Smoleńskiej.

Przekonanie, że jak dojdziemy do władzy, to wszystko naprawimy, może się okazać złudne. PiS trafi na społeczeństwo podzielone, wypłukane z inicjatywy, z otwartości i  zaangażowania w sprawy publiczne. Nie ma co się czarować,  dwadzieścia kilka lat tępienia wszystkiego, co nasze, narodowe, kochane, szanowane dało, oczekiwane przez mocodawców III RP, efekty i czasami nieodwracalne skutki. Polacy są dziś daleko bardziej bojaźliwi i zastraszeni, niż w czasach głębokiego PRL-u.

Jeśli ktoś w to wątpi, to niech zauważy, że wtedy jedna podwyżka cen żywności kończyła się masowym protestem robotników, walką uliczną z milicją i wojskiem, ofiarami. Ludzi wychodzili na ulice mając przecież świadomość, że to może się skończyć ciężkim pobiciem lub utratą życia. Dziś raczej takiej groźby nie ma, a my siedzimy w domach. Jarosław Kaczyński w pojedynkę nie wyswobodzi nas z tego zaklętego kręgu III RP, z tej postsowieckiej narracji, sączonej od upadku komunizmu. Tego otępienia nie da się wyleczyć, w dzień lub dwa. Media posłuszne systemowi grają Polakami jak chcą. Nie wszystkimi, ale znaczną większością. Wrzucają tematy, które są wygodne dla systemu, które go utrwalają. Sprawa Madzi, ks. Lemański, chora wrzawa wokół zdjęć Radwańskiej – tym mamy się na co dzień zajmować, a nie bankrutującym państwem. To jest już prawie samo dno. Wyborcy PO to dno już dawno osiągnęli. Nic już nie zmieni zachowania leminga, który nabrał za rządów Tuska odruchów psa Pawłowa. Głosuję na PO, jak jest papu. Chcę papu i nic więcej mnie nie obchodzi. Najwięcej wrażliwości, empatii, zdrowego buntu jest dziś w starszym pokoleniu i wśród młodzieży. Absolwenci wyższych uczelni kończą studia i widzą ścianę. Ściana jest z betonu, a na niej napis: Jeśli nie jesteś nasz, to won!

Będziemy lizać te nasze rany po rządach Tuska przez długie lata. Będziemy wyciągać Polskę z tego moralnego bagna do jakiego wciągnęły ją rządy Platformy Obywatelskiej. Ale warto to robić dla przyszłych pokoleń. Polska nie kończy się na nas, ani nawet na naszych dzieciach. Sowiecka choroba i postsowiecki system, jaki trwa nieprzerwanie od okrągłego stołu, można przezwyciężyć. Odrodzenie się Polski, prawdziwe, oparte na naszych wartościach i tradycji, jest możliwe. Ale trzeba w końcu  się za to zabrać, Panie i Panowie, Rodacy.   

czwartek, 18 lipca 2013

Wezwania Donalda Tuska


Donald Tusk nie jest premierem polskiego rządu na co dzień, a być nim powinien. Donald Tusk jest na co dzień szefem swojej partii i różnych grup interesu, które reprezentuje, sądzę, że reprezentuje całkiem świadomie, od samego początku swoich rządów. Jeśli więc premier, który powinien reprezentować interesy całego społeczeństwa, do czegoś wzywa, to powinien wzywać do czynienia rzeczy dobrych dla państwa, dla narodu, dla naszej przyszłości. Powinien myśleć wspólnotowo, a myśli plemiennie, a nawet sekciarsko. Tymczasem, jeśli Tusk do czegoś wzywa, to wzywa do destrukcji, do rozkładania państwa i jego instytucji. Sądzę, że długo by można szukać innego premiera w Europie, który mówiłby swoim rodakom, by nie szli glosować, by siedzieli w domu. Można rzec, że szef PO myśli tak: po co Wam ta demokracja? I tak robimy co chcemy. Premier broni swojej Prezydent, wbrew interesowi mieszkańców Warszawy, stolicy Polski. Nic go nie obchodzą jej liczne kompromitacje, afery, miliardowe długi i zupełny brak wizji miasta. Partyjny biznes jest najważniejszy.

Nie inaczej było z wezwaniem o niepłacenie abonamentu radiowo – telewizyjnego.  W 2007 roku, Donald Tusk wezwał do niepłacenia abonamentu RTV. Użalał się nad biednym losem uczciwych emerytów, którym po sześciu latach swoich rządów zgotował życie w nędzy i kilometrowych kolejkach do lekarza, a przyszłym emerytom zapewnił pracę aż do śmierci. Wtedy jego forpoczta mówiła, że abonament to parapodatek, że trzeba go w ogóle jak najszybciej znieść. Wiemy dobrze, jak polityczna jest TVP, ale też wiemy, że silne i w miarę niezależne telewizje publiczne w Niemczech, Hiszpanii czy we Francji są ostoją kultury tych państw, ich niemieckości czy francuskości, tak, jak u nas TVP, powinna być ostoją polskości. Z polskością premier miał kiedyś duży kłopot. I chyba kłopot ten mu pozostał.  Jego wezwanie trafiło na podatny grunt, bo nikt nie lubi opłat. Tym bardziej, gdy podnoszone są podatki i wokół drożyzna. Zatopiono więc TVP, regionalne rozgłośnie radiowe i ośrodki telewizyjne, bo wpływy z abonamentu spadły o ponad dwie trzecie. Nie odnośmy się na razie do oceny jakości oferty programowej telewizji publicznej, każdy ma tu swoje zdanie. Chodzi o to, że media publiczne w całej cywilizowanej Europie odgrywają ważną funkcje kulturotwórczą, są strażnikiem wartości narodowych, tradycji, dorobku społeczeństw. To wszystko Tusk zniszczył właśnie tym swoim jednym wezwaniem.

Wzywanie do czegoś przez premiera zawsze niesie za sobą konflikt, albo upadek kolejnej dziedziny życia w Polsce. Jeśli Donald Tusk wzywa Jarosława Kaczyńskiego do umiaru w uprawianiu polityki i w walce politycznej, to można być pewnym, że za kilka dni, ba, za kilka godzin, poleje się z mediów ściek oskarżeń, drwin i pomówień z ust jego partyjnych liderów pod adresem opozycji i szefa PiS-u , by wywołać odpowiednio ostrą reakcję drugiej strony. Bo to jest znak, logo polityki Donalda Tuska. Jeśli wzywa do czegoś to będzie jeszcze gorzej, to znowu coś upadnie. Jeśli mówi, że jesteśmy bezpieczni w Europie jak nigdy dotąd, to znaczy, że jesteśmy bezbronni. Jeśli wiemy już dziś, że Rostowski zabierze 3 miliardy złotych wojsku, to zabierze pieniądze przeznaczone na uzbrojenie, a nie na wynagrodzenia. Nie mamy prawdziwej armii! Może w końcu ktoś o tym głośno z wojskowych powie. Bo dla obcych wywiadów nie jest to już żadną tajemnicą. Na kogo więc Tusk scedował obronę Polski? Bo przecież nie na NATO,  które jest militarnie nieporadne jak nigdy. Wystarczy przypomnieć tu konflikt libijski. Jedyny sposób, żebyśmy nie musieli  już słuchać tych wezwań urzędującego premiera, to jego zacząć wzywać, w swoim czasie, by odpowiednim służbom i instytucjom wszystko jak na spowiedzi opowiedział i wyjaśnił.           

Do Tuska i do Gowina

Donald Tusk cieszy się odwrotnie proporcjonalnie do wyników pracy swojego rządu. Im większa katastrofa, tym jest weselej, czego premier dowiódł na ostatniej konferencji prasowej. Chichotał z cienkich dowcipów Rostowskiego, jakby był na Mazurskiej Nocy Kabaretowej, a nie przed obliczem milionów widzów, którzy pytają już, nie tylko o to, jak żyć, tylko czy w ogóle w Polsce da się jeszcze uczciwie żyć. Humor musiał lekko popsuć premierowi Jarosław Gowin, który napisał do niego list otwarty, wzywający szefa PO do debaty telewizyjnej. List ten ma znacznie czysto marketingowe. Wskazuje bowiem, że Gowin jest równorzędnym konkurentem dla Tuska, ba, może go nawet w tej debacie zgnieść i w rezultacie pokonać. Cokolwiek stanie się w partii „Wziąłem, Zabrałem, Nie Oddałem” (WZNO), Jarosław Gowin może już teraz wywiesić billboard z napisem: „Przegrałem, ale wygrałem, Jarosław Gowin”. Bo tak mu jest pisane, że jest w tym starciu wygrany. Pewien potencjał polityczny i intelektualny ma, więc się gdzieś przytuli. Mnie przyszedł do głowy pomysł, by napisać krótki list do Tuska i do Gowina, czyli dwa w jednym:  

Szanowny Panie Donaldzie Tusku, Szanowny Panie Jarosławie Gowinie,

Polska czeka w napięciu na Wasze starcie. Polacy wiedzą, że od wyniku tego starcia nic nie zależy, nic się nie zmieni. Jesteście Panowie obydwaj sprawcami katastrofy, choć Pan, Panie Jarosławie, aż takich zasług jak premier to oczywiście nie ma. Ale jeśli chce Pan przejść na drugą stronę rzeki, to bez zamoczenia, tak suchą nogą się nie da. Czekamy na rachunek sumienia, bo w Platformie to już Pana ostatnie harce, a po tej stronie rzeki entuzjazmu nie ma na Pana widok. Jeśli wygra Pan debatę telewizyjną z premierem, a to już teraz jest przesądzone, to niech się Pan nie dziwi, że premier jej nie chce.

Panie Premierze, 
Radość wielka nas bierze, gdy Pan się tak publicznie cieszy, bo rozumiemy, że będzie jeszcze gorzej. Prawdę mówiąc, nieważne jest już, co Pan mówi, ponieważ Pana oczy i tak mówią, że Pan kłamie. Tego nie da się ukryć, chyba, że zostanie Pan Zorro. Za moment okaże się, że jesteśmy bankrutami. Za moment nasza wyspa zamieni się dziurawą, tonącą łajbę. Co Pan wtedy zrobi, na kogo Pan zwali winę? Bo kolega z rządu już znalazł winowajców: UE i NBP. Jakaż to tęga głowa z tego Pana Rostowskiego. Może warto mu przypomnieć, że to nasz Bank Centralny dosypał do budżetu nie tak dawno 5 miliardów złotych, łatając nieco wielką dziurę. Co do UE, to gdyby nie 300 miliardów złotych na lata 2007-2013, właśnie z Brukseli, bylibyśmy już dzisiaj poniżej poziomu Grecji. Nie wygra Pan z Jarosławem Gowinem w telewizji, choć wygra Pan z nim w partii. Ogólnie, przejdzie Pan do historii Polski, jako jej czarna karta. Pana elity nie będą miały tu nic do powiedzenia.

Drodzy Panowie,         
Koniec jest bliski, my wierzymy, że to będzie Wasz koniec, koniec Platformy Obywatelskiej, koniec złodziejstwa, głupoty, buty i cwaniactwa jako sposobu uprawiania polityki. Liczymy bardzo, że uchronimy Polskę przed  katastrofą, której Wy nie widzicie, a co niektórych z Was ona nawet bardzo cieszy. Rozumiemy, że to jest ten Wasz nowoczesny patriotyzm. Obiecujemy go uczciwie rozliczyć.

środa, 17 lipca 2013

Wojna z Polską



To nader ciekawe zjawisko, kiedy wojnę z  własnym państwem toczą wysocy urzędnicy tego państwa wybrani na swoje premierowskie i ministerialne urzędy w demokratycznych wyborach. Toczą ją w blasku demokracji, pokoju i rozwoju tego państwa. Mowa oczywiście o Polsce, Polsce roku 2013. Nie chodzi tu o wojnę, w której bombardowane są fabryki, burzone domy, a od kul giną ludzie. To nie jest taka tradycyjna wojna. Ale wojna z Polską z pewnością trwa. Trudno stwierdzić, kiedy ona się zaczęła, być może już 13 grudnia 1981 roku.

W przygotowywanych cięciach  budżetowych z powodu wielkiej dziury Vincenta, wojsko ma stracić trzy miliardy złotych. Czy to dużo? Odpowiedź nie jest aż tak istotna, bo Polskę i tak już rozbrojono. Rośnie potęga militarna Niemiec, a Rosja wręcz zbroi się na potęgę. Niby zredukowano wojska sowieckie w Obwodzie Kaliningradzkim, ale gotowych do walki i nowocześnie wyposażonych jest ok. 40 000 żołnierzy , a rakietach Iskander nie wspominając. Jeśli rząd Platformy dba o bezpieczeństwo Polski, to jak można wytłumaczyć to, że dziś mamy co najwyżej ok. 30 -40 tysięcy mobilnych żołnierzy gotowych do obrony kraju i przestarzały na ogół sprzęt wojskowy bez obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej. Mamy go dopiero kupić. Polska jest dziś niemal bezbronna, ponieważ NATO stało się instytucją fasadową, która wcale nie gwarantuje nam militarnej pomocy.


Zapisy to jedno, a polityka to drugie. Gdyby doszło do ataku na Polskę, wcale nie jest wykluczone, że zachowanie mocarstw byłoby podobne do tego z 1939 roku. Lekkoduchom z PO (a to jest 99% składu tej partii) wydaje się, że jak kręcą lody, trzymają za pysk armię urzędników i mają nad sobą niemiecki parasol Sikorskiego i Tuska, to nic już nam nie grozi. Po prostu niech strzygą, tyle ile trzeba i niech nam dadzą żyć. To jest głęboka filozofia tego rządu. Ale to jest też filozofia mająca znamiona wojny   z Polską. Z naszą niepodległościową tradycją, z polityką równego dystansu do dwóch wielkich sąsiadów. Nie jest też prawda, że to Ameryka tak po prostu zawinęła się na nodze i odwróciła od Polski i Europy Środkowej. Rząd Tuska bardzo jej w tym pomógł. Nikt nie prowadził z Waszyngtonem poważnych, strategicznych rozmów. Wizyta Obamy w Warszawie to była jedna wielka porażka, żadnych ustaleń. Pozostał jedynie w pamięci pstrykający zdjęcia Grzegorz Napieralski.  

Wojna  z Polską toczy si ę również w obszarze gospodarki. Kwitnące, pachnące farba nowe hale produkcyjne to najczęściej tylko miejsce dla taniej siły roboczej z Polski. Zyski idą za granicę. Hipermarkety nie są po to, by stworzyć w naszym kraju nową świecką tradycję, tylko po to, żeby zbić na polskich klientach gigantyczne pieniądze, co roku jest to kilkanaście miliardów złotych transferowanych za granicę. Proceder ten trwa w najlepsze i  nie ma doprawdy nic wspólnego z wolnym handlem i liberalna gospodarką. To jawne strzyżenie Polski z pieniądza. Podobnie jest z bankami zagranicznymi,  które niby nie mogą tak łatwo transferować swoich zysków do centrali, a i tak transferują. Na dobrą sprawę, mamy jeszcze tylko polskie górnictwo. Nie mamy własnego silnego przemysłu, PKP to trup, innowacyjność bliska zeru. To co to jest, jak nie wojna z Polską? Średnio mnie interesuje, czy jest to działanie świadome czy nieświadome. Fakty mówią same za  siebie.  Polska stała się państwem bezbronnym, wasalem gospodarczym, po uszy zadłużonym i bez żadnej wizji na przyszłość. A tego wszystkiego w ciągu zaledwie sześciu lat dokonał Donald Tusk i jego Platforma Obywatelska.