środa, 15 maja 2013

Dwaj wielcy wizjonerzy


To nie będzie żadne wielkie odkrycie, ponieważ zdarzało się już porównywanie  tych dwóch wielkich polityków naszej szalonej i kryzysowej epoki. Chodzi oczywiście o Baracka Obamę i Donalda Tuska. Ktoś, kto twierdzi, że są dziś w świecie bardziej charyzmatyczni przywódcy, więksi wizjonerzy, ten jest kłamcą, albo nawet głupcem. Wielka myśl Donalda Tuska została sformułowana w 2007 roku, zaraz na początku rządów Platformy Obywatelskiej: „By żyło się lepiej. Wszystkim”. To było jednak genialne, tak bez ogródek, szczerze, powiedzieć coś, co jest zapewne codziennym marzeniem milionów Polaków, czyli żeby jutro, pojutrze, było lepiej, a nie gorzej. No i wygrali.

Obama nie był gorszy, poszedł nawet jeszcze o krok dalej. Rok później wypowiedział swoje słynne już „Yes, we can” (Tak, my potrafimy). Rząd Donalda Tuska przejął hasło Obamy ochoczo,  i w liczbie mnogiej i w pojedynczej. Kiedy minister Mucha obejmowała resort sportu mówiła swoimi oczami: Ja potrafię! Kiedy minister Nowak zajął się transportem obiecywał sobie w głębi duszy: Ja mogę! To, co łączy obydwa hasła wyborcze to ich nieokreśloność, właściwie sama forma i brak głębszej treści. Równie dobrze amerykański kandydat na prezydenta mógłby rzucić do wyborców „Dla wszystkich!” Nie wiadomo co dla wszystkich, kiedy i na jakich warunkach. Zawsze można dopowiedzieć, że chodzi o dobrobyt na przykład. Hasło Platformy już na starcie było nierealne, bo wszyscy, to umrzemy na pewno i prawie wszyscy to mamy numer pesel. Na tym koniec. Ponadto razi bezosobowość tego sloganu, taka zwykła niedbałość, jakby z góry, tak podprogowo, autor chciał nam powiedzieć, że to tylko taki pic. Bo przecież słyszymy „By żyło się lepiej”, a nie by żyło się lepiej Polakom, albo nam. Słowo „wszystkim” jest jedną wielką zagadką. Może Tuskowi chodziło o Słowację, albo Mandżurię? Nie wiemy.

Hasła te wyznaczyły politykę wewnętrzną prowadzoną przez PO i Partię Demokratyczną. W Polsce, cały czas słyszymy gdzieś w tle to jedno słówko: „by”. Krótko mówiąc: by coś było, trzeb to zrobić. A nie ma komu. Co do „lepiej” wiemy jak wyszło. Nie wszystkim i nie od razu. Jeśli chodzi o większość Polaków, to może wnuki wnuków odczują kiedyś poprawę. Co potrafi Obama, Amerykanie już wiedzą. W zasadzie nie zrealizował do końca żadnej z obietnic, podobnie jak nasz premier, a rządzi i tak drugą kadencję. Najistotniejsze jest jednak to, co obydwaj politycy osiągnęli właśnie w swoim politycznym wizjonerstwie. Tego nie dokonał przed nimi nikt.

Barack Obama spowodował, że Ameryka nie kojarzy się już z mocarstwem, nie wiadomo nawet jaką politykę prowadzi, poza - tak jak Polska – uległością wobec Rosji. Oczywiście są hamburgery i Hollywood, ale my też mamy Kraków i kiełbasę. Zwróćcie uwagę, jak rozmyta jest dziś polityka zagraniczna USA, jak mało kto liczy się w ogóle z Ameryką. Jest potężna armia, ale ona też już jest nie taka jak za Reagana czy Busha seniora. Ameryka to dzisiaj plastik, choć od wewnątrz jest nadal fascynująca, fascynujący są w niej ludzie, którzy ją zamieszkują, ich energia i optymizm życiowy. Ale ich przywódca jest plastikowy. To, że lewicowy, to pół biedy. Nie ma w nim nic oryginalnego, nie pozostawi po sobie żadnej ważnej idei, myśli, czy zmiany, na którą głosowali jego wyborcy.

Po drugiej stronie oceanu jest Donald Tusk. Jego wizja to życie bez wizji, z dnia na dzień. Zaszczepił ją, dzięki wsparciu mediów i rabunkowej polityce milionom Polaków. Nikt nie myśli o tym, co za rok, dwa, tylko o tym, co jutro. W przestrzeni międzynarodowej, nawet nie bardzo wiadomo, gdzie jesteśmy umocowani. Czy ważna jest jeszcze Bruksela, czy już tylko Kaliningrad? Nieokreśloność, nienazywanie spraw po imieniu, brak decyzji, ustaw, brak wszystkiego, co dałoby jakiś znak firmowy tym rządom, czy wreszcie samej Polsce, na początku nowego stulecia. Jednym słowem – żadnej krystalizacji. Wszystko ma być rozmyte, od struktur państwa po samych polityków. Rozmyta Mucha, rozmyty Nowak. Kim oni w ogóle są? Jakie mają kompetencje do zajmowania swoich stanowisk? Żadne. A rządzą. To znaczy nie rządzą. Rozwalają co się da. Za oceanem jest podobnie. Wielkie hasła, programy, a ci, którym miało być za Obamy lepiej , mają gorzej. Wizjonerzy, jednym słowem, siebie warci, choć porównywanie ich ze sobą jest, rzecz jasna, zaszczytem dla Baracka Obamy.        


   

poniedziałek, 13 maja 2013

Tusk, czyli polityka bez kroków

Podobno się wali i już nawet mówi się o przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Wali się najbardziej chyba w głowach wyborców Platformy Obywatelskiej. Oczywiście tych wyborców, którzy naprawdę sądzili, że o coś temu ich Tuskowi chodzi. Odpowiedź na pytanie, o co mu chodziło, gdy w 2007 roku obejmował rządy, jest kluczowa dla zrozumienia obecnej sytuacji Polski. Czy w ogóle chodziło mu o coś, poza samym faktem objęcia władzy? Może właśnie tu kryje się tajemnica sukcesu PO, że od początku, ani jej, ani jej liderowi o nic nie chodziło? Wyborcy nie mieli za bardzo z czego rozliczać rządów, i bez celu i bez idei. Nie było wielkich programów, ambitnych zadań, wielkich obietnic, ot jest fajnie i będzie jeszcze fajniej. Trwało to tak długo, bo płynęły pieniądze z Unii, bo PiS zostawił gospodarkę w dobrej kondycji, bo media dusiły się wprost od oralnego zachwytu nad Platformą. Można było więc nic nie robić i zbierać owoce rządzenia, a swoich wyborców wystarczyło postraszyć Kaczyńskim i moherami. Prosta recepta, a jakże  skuteczna, wystarczyło na siedem lat rządów. Przecież PO nie wygenerowała z siebie żadnej idei, ani jednej. Nie miała żadnego pomysłu na nic, poza pomysłami jak jeszcze więcej wycisnąć z Polaków, w tym także ze „swoich” Polaków, co swoi Polacy dopiero teraz zauważają. W polityce zagranicznej dosłownie żadnego konceptu, nic poza cichosiedzeniem i potakiwaniem w Brukseli. Niemcy mają nas prowadzić po Europie, Rosja jest wielka i na tym koniec. Tyle wielkich myśli wydał z siebie mniej więcej Radosław Sikorski przez siedem lat. No było jeszcze jakieś partnerstwo wschodnie, co sprowadziło się do donoszenia Polski na białoruskich opozycjonistów. Prawdę mówiąc, najciekawsze z polityki Sikorskiego są jego wpisy na Twitterze.

Polityka bez kroków, to fenomenalne odkrycie Tuska. Bezruch, kroki udawane, a tak naprawdę cztery litery na fotelu, albo z nudów już chyba tylko kopanie na boisku, albo spotkanie z dziennikarzami. Tusk nie mógł nawet powiedzieć do Polaków bogaćcie się, bo to byłoby bez sensu. Ci, co mieli się bogacić, to wiedzieli już o tym wcześniej, a na pewno wiedziała o tym Beata Sawicka od „kręcenia lodów”, a ci co chcieliby się bogacić i tak nie mieli na to żadnej szansy, bo zostali przeznaczeni do prostej reprodukcji, co i tak nie wyszło. W XIX wieku było jednak tak, że skromne wynagrodzenie dawało szansę przeżycia wielodzietnej rodzinie, w której dzieci – kiedy dorosły – miały swoje dzieci i kapitalizm miał dzięki temu poważne siły produkcyjne. U Tuska takiej szansy na reprodukcję nie było, a co gorsza, dopiero co wchodzące w życie młode pokolenie zaczęło masowo emigrować z Polski. Czy PO coś zrobiła w tej sprawie, zatrzymała Polaków? Nic nie zrobiła, bo polityka bez kroków  nie pozwala na  jakiekolwiek działania mające jakiś wyższy cel, spełniające jakąś ideę. To nawet nie jest  nihilizm, ponieważ mamy tu jednak pewien świat wartości, głównie medialnych. Jest nią na przykład szklany biurowiec w Warszawie, jest nią kuchnia na wymiar za 50 tysięcy złotych, mamy tu więc określoną filozofię życia. Nie ma natomiast u Tuska żadnej filozofii władzy, ponieważ ta władza, w tym wydaniu jest w ogóle pozbawiona myślenia. I nie jest to wynik głupoty, tylko jest to założenie programowe. Polityka bez kroków i bez myślenia. Nie ma znaczenia, kto zajmuje się drogami i kolejami. Byłoby nawet dość głupio, gdyby to był fachowiec. Fachowiec bowiem zacznie coś robić, zacznie robić jakieś kroki, wprowadzać ulepszenia, a tu przecież chodzi o bezruch. Parafrazując, na zegarku Nowaka ma być zawsze godzina dwudziesta pierwsza, początek wieczoru w klubie. I wyborcy PO przez te siedem lat siedzieli tak razem z Tuskiem i pytali go: - Panie Premierze, która godzina?  A premier zawsze odpowiadał tak samo: - Dwudziesta pierwsza. – A to dobrze – mówili, jest fajnie. Ale teraz już nie jest fajnie, zabawa w nocnym klubie się skończyła.      

piątek, 10 maja 2013

Witaj Rosjo w Warszawie

Żyjemy naprawdę w kraju o wysokich standardach demokratycznych. Te oczy Chlebowskiego spuszczone na dół, a potem ta błyszcząca twarz przed komisją. A może Chlebowski wróci i zostanie ministrem finansów. Wszyscy wiemy, że ten stołek dziś to prawdziwy hazard. Tu trzeba obstawić, tam dać zeta z myślą, że kulka wpadnie na szczęśliwą liczbę. Może jestem z innej bajki (pewnie tak), ale jak obserwuję debatę wokół ewentualnego odwołania minister Muchy, to myślę sobie: Witaj Rosjo w Warszawie! No po prostu to już jest, jak mówił Miro „dziki kraj”, to już jest pełen odjazd. Pomijam tu głosy takich tam Halickich czy Olszewskich, oni się toczą po tej ziemi już na zawsze Tuskiem.
Minister rządu defrauduje,  bo jak inaczej to nazwać, sześć milionów złotych, albo, jak ktoś ogląda amerykańskie kryminały, dwa (!) miliony dolarów, i mało, że chodzi sobie na wolności (a już nie powinna), to jeszcze jest ministrem, tak jak gdyby nic się nie stało. To jest dokładnie tak, jak bywało w socjalizmie: najpierw imadło, imadło, imadło, a jak popuścili, to ludziska cieszyły się, że mają ręce i nogi. Minister Pitera. Ciekawa co ona ma do powiedzenia w tej sprawie, może tak: „W kwestii karpia podtrzymuję swoje surowe stanowisko, a jeśli chodzi o minister Muchę, to koncert był piękny”.
Warszawa już jest w standardach rosyjska, skorumpowana na olbrzymią skalę. Możecie się obrażać mieszkańcy stolicy. Na Nowym Świecie sześć milionów nie robi na nikim wrażenia. To betka, kieszonkowe córeczki na wakacje. Za dwie zdefraudowane bańki zielonych w USA, Pani Mucha już by miała na sobie więzienny drelich, a nie markowy kostium. Ta sprawa pokazała, jaka jest Polska. Nie ma przecież większego oburzenia. Jakim cudem w głowie Muchy, nie zaświeciła się myśl, by podać się do dymisji, nie wiem. Ale może tam się nic nie świeci. Durni posłowie rozważają, na ile to może jest, a może nie jest niezgodne z prawem. Kierowałem swego czasu biurem, przez które przepływały publiczne pieniądze. Gdyby szef  kazał mii wydać kilka tysięcy złotych na zakup dwóch komputerów, a ja bym sfinansował za to koncert kapeli „Krzywe dęby”, bo kurna chłopaki mają deficyt, siedziałbym do dziś w więzieniu.
Tak działa Polska, jak „zegarek Nowaka”. Mało tego, on ma czelność iść do sądu przeciwko „Wprost” i żądać iluś tam milionów złotych, chyba na jacht pełnomorski. Ludzie powinni wyjść na ulice, ale siedzą w hipermarketach. Już pal sześć standardy szwedzkie, czy niemieckie, ale może chociaż kongijskie. Tak na marginesie, guzik obchodzi mnie los Stadionu Narodowego, jak również te zachwyty jaki on cudny, no ni ma Panie nic piękniejszego na świecie. Guzik mnie to obchodzi. Poza tym, że też dołożyłem się do tego biznesu. Skoro wzbudza taki orgazm moich rodaków, to dam zeta, ale potem to niech oni sobie łożą sami na to cudo, albo państwo, albo niech robią tam takie cuda, że ludzie łoszaleją z zachwytu. A tu mamy spółki, spółeczki i śliczne spółek córeczki, które żrą dalej publiczne pieniądze, robią szwindle, potem bossowie biorą milionowe odprawy i „spieprzają” sobie na Seszele. Taka jest właśnie tak zwana centrala. Nie ma szmalu na Narodowy, żeby go utrzymać, to się defrauduje sześć milionów na artystkę z krainy siwych włosów. A co tam! Lud już ogłupiały, ponarzeka, pobzdyczy i się uspokoi. A Muchę może nawet pchnie się gdzieś indziej, żeby   wróciła jako cudowny nowo narodzony motyl.                

czwartek, 9 maja 2013

Defetyzm pisowski

Słusznie mecenas Giertych Wielki domaga się tego, by Platforma Obywatelska mówiła dużo więcej o swoich sukcesach, których ma, że ho, ho. Te sukcesy, jej bóstwo Tusk, przypłacił widocznym zmęczeniem, co przyznał Schetyna Troskliwy. Rośnie eksport żywności do Moskwy, oraz do Rosji, a także do naszego wschodniego sąsiada. O trzydzieści procent – mówił Giertych Wielki. I dalej …cisza. Nic. Co jeszcze? Defetyzm pisowski już działa. Bo samo słowo „pisowski” zawiera już w sobie depresję, defetyzm i autodestrukcję. Kiedy Stefan Niesiołowski mówi o czymś pisowskim, to tak, jakby mówił o krostach na nosie, wrzodach gdzie indziej i smarkach na koszuli. Prawda, że brzmi obrzydliwie? Czy PiS odpowiedział Platformie czymś podobnym? Lemingami. Nawet syczące „PiiiiSssss” ma dużo większy ładunek emocjonalny, nie wspominając już o „PiS da”. Do tego mohery. Za samo słowo „mohery” dżentelmen Tusk powinien zapłacić słoną grzywnę, albo przez trzy miesiące czyścić kominy. Justyna Pochanke mogłaby go ubezpieczać, z własnej, nieprzymuszonej  woli.  Nareszcie mamy Wandę Wasilewską mediów, ale o tym później. Co znaczy tak naprawdę słowo mohery, co słyszymy w nim podświadomie? Staruchy, zacofane stare baby. To już jest rasizm, w czystej postaci, który tak wielbią tropić lewacy. Przez sześć lat, cała ta machina medialno - polityczna skupiona wokół PO, kodowała codziennie, że wyborcy PiS, to jakaś gorsza, głupsza rasa. To był faszyzm w czystej postaci, tyle, że właśnie teraz widzimy, jak się rozpada, razem z partią, która go głosiła.     
To Platforma jest dziś defetystyczna do szpiku kości. Chodzą sfrustrowani po sejmowych korytarzach, nie mają nic do powiedzenia, a Halicki wygląda tak, jakby miał wymioty. A przecież wyspa jest zielona. Kłamstwo za kłamstwem, tak toczyły się rządy Platformy w Polsce i jak najbardziej faszystowskie podejście do wyborców PiS-u. Nie wspominając już o podejściu do ludzi chcących czcić pamięć ofiar Smoleńska. Pojawiło się przecież określenie sekta smoleńska, a wyraz sekta znowu miał wzbudzić pogardę u sytych i zadowolonych dla tych z Przedmieścia.
I tu pojawia się puenta tych luźnych myśli. Sytych i zadowolonych już prawie nie ma. Nasz pisowski defetyzm zrobił w końcu swoje. Przekonaliśmy wyborców Platformy, że nie ma żadnych sukcesów, że to pic. Że nigdy nie było żadnej zielonej wyspy, tylko chaszcze i zarośla, w których swoi mogli do woli ssać kasę państwa. Tego Tusk się nie spodziewał, że coś pisowskiego może być tak skuteczne. Tylko Wanda Wasilewska mediów broni partii jak niepodległości. Do Pana Laska mówiła wprost, żeby nie rozmawiać z Macierewiczem, żeby robić swoje. Dziennikarka (chyba nią jest), szczuje na antenie dużej komercyjnej telewizji przeciwko innym politykom. Przeszła bez wehikułu czasu do innej odległej epoki. To jest prawdziwy sukces. Nie zaprzeczę         

wtorek, 7 maja 2013

Potrzebna jest zmiana pokoleń

Ma rację blogerka Ufka, kiedy pisze, że Tusk nic już nie musi, ale inni chcą, albo muszą i dlatego - co do Tuska  zgadzam się w pełni - a co do reszty, chcę dodać jednak kilka zdań, nawet nie na zasadzie polemiki, choć ona jest nam potrzebna. Donald Tusk, co najmniej od roku, nie jest już Tuskiem. Wygląda marnie, jest sfrustrowany, nie ma w nim żadnej świeżości, prezentuje się tak, jakby przesiadywał się po nocnych klubach z Nowakiem, albo składał nocami trzydrzwiowe szafy. Powie to każdy niezły psycholog i każdy lekarz. Bez badania pacjenta. Widzą to prawie wszyscy. Z Platformy płynie krew, ma nawet nogę w gipsie i pierwsze objawy głuchoty, ale Platforma sama nie rządziła w Polsce i nie rządzi. Kiedy spłynie z niej już krew i będzie wyglądała jak Zombie, to być może do władzy wróci PiS, ale nie będzie miał wcale łatwego życia, chyba że się porozpycha po urzędach. No tak już jest w demokracji.

Polska nie jest wolna od obcych wpływów i nie jest też wolna od bardzo silnych wpływów różnych postkomunistycznych służb typu WSI.  Pamiętajmy, jak powstawała PO. I tym obcym i tym naszym  zależy bardzo na utrzymaniu tego układu, czyli upraszczając, III RP. Co więcej, te struktury niezwykle mocno wzmacnia i popiera tak zwany Salon, właśnie tacy ludzie jak Paradowska, Kuczyński, media. I to się trzyma praktycznie od czasów PRL-u, tylko sekretarze się zmieniali. To się trzyma i to się trzymać, cholewka jasna, chce! Ale to się starzeje, jak my wszyscy. Może będzie jeszcze jedna mała burza, ale potem, kim będą trzymać ten układ w Polsce, babciami i dziadkami z WSI? Nadchodzi zmiana pokoleń. Jest ona pewną nadzieją dla Polski, ale trzeba tych młodych wesprzeć, trzeba ich wyrwać z chorej propagandy,że nasz kraj to jedynie biurowce w Warszawie i fajne sekretarki.  Czekam na jakiś mądry ruch PiS-u, bo go na razie nie widzę. Kiedy to będzie? Za jakieś 5-7 lat. Trudno będzie  wtedy utrzymać Polskę w Europie jako krainę taniej siły roboczej i posłuszeństwa wobec obcych.  Niech więc krwawią, ale cios śmiertelny tej postsowieckiej masie zadadzą dzisiejsi dwudziestopięciolatkowie. Jarosław Kaczyński może ich do tego przygotować, a nawet poprowadzić, choć to ma mniejsze znaczenie.Równie dobrze może być to ktoś młody. Ale trzeba pracować z młodymi ludźmi, rozmawiać na co dzień, bo jest z kim. Potrzebujemy wielkiego przełomu, jeszcze większego niż Sierpień 80`, ale już bez Bolków.  Inaczej będzie klęska na okrągłe sto lat.   

poniedziałek, 6 maja 2013

Zegarki jaka nasza broń na Brukselę

Wyobraźmy sobie, że Donald Tusk i minister Sławomir Nowak jadą razem pociągiem. Nie w Polsce oczywiście, nie katujmy naszych rządzących. Jadą z Berlina do Brukseli, żeby odkręcić te 80 milionów euro i coś tam po przecinku. Jest wygodnie, Merkel machnęła ręką od niechcenia jeden raz i odjechała w siną  dal. Jadą więc, Nowak coś przebąkuje, że kolej taka jak u nas, a premier go pyta, co on w ogóle rozumie przez określenie „u nas”. Strategia na odebranie z powrotem przerżniętej kasy jest taka, że Tusk postraszy wszystkich Merkel, że On najlepiej Ją zna, oczywiście poza własnym mężem Pani Kanclerz – doda dyplomatycznie. Jeśli ta strategia nie wypali, Sławomir Nowak wyłoży z kieszeni kilka swoich drogich zegarków, oraz tych pożyczonych chyba od Darka, no i w wtedy, jak dobrze pójdzie, to się odtrąbi w Polsce sukces, a zegarki ministra dostaną pozytywną narrację i  będzie lead gigant dla GW. Przejdą do historii III RP, a PiS poleci w dół. Zamiast ukrywać się z tymi czasomierzami, minister, od niebudowania czegokolwiek, przyjdzie do Moniki Olejnik, wyłoży zdjęcia zegarków na stół i powie: to one uratowały Polskę. A MO zapyta się radośnie: -A ile ich było? Siedem – odpowie rześko i dumnie minister. Ale to wariant B.

Zakładamy, że dojechali już do Brukseli i są w Komisji Europejskiej. Znając stopień korupcji wśród urzędników unijnych, niemały, od razu przystąpią do ataku i zapytają się Nowaka:
-Masz te zegarki?  Zaskoczony minister Nowak odpowie szczęśliwy:
-Mam!
-To dawaj! – odrzekną mu unijni urzędnicy.
Minister ucieszony szczerze (to możliwe w PO?) swoją wygraną o nasze, ukłoni się wdzięcznie, jak tylko on potrafi i: Będzie już widział tytuły w polskiej prasie na swój temat, no i żółte, a może nawet i czerwone paski w TVN 24. A urzędnicy z Brukseli zapytają się: - Coś jeszcze chłopaki? Bo ściągamy kasę z całej Unii i nie mamy czasu.
Tu Donald Tusk zacznie swoją kontrę, że Pani Kanclerz mu powiedziała…., ale nawet nie skończy zdania. Bo oni z kolei mu powiedzą, że ściągają tak ostro kasę właśnie na polecenie Merkel. To bęc! – można powiedzieć, wychodzą. Wracają do Polski samolotem, omijają już zaprzyjaźniony Berlin. Nie są smutni, bo co tam. Patent się zawsze znajdzie. I jest prosty. Wieczorem, oczywiście u Moniki Olejnik, minister Nowak, po kilku piszczących wręcz pytaniach redaktorki oświadczy, że przeznaczył te głupie zegarki na zmniejszenie zabranej nam kwoty, więc coś nam zwrócą, a może nawet więcej, niż wartość walających po domu Pana Sławomira zegarków.
Rzecz w tym, że Bruksela działa biznesowo. Najpierw zabiorą, a potem coś tam nam zwrócą. Nie tylko nam. Poza Węgrami, pewnie każdemu. Każdy rząd musi mieć bowiem jakiś sukces, bo w Europie wrze i ludzie są wkurzeni. A co do mecenasa Rogalskiego (dwieście notek i numer 1 w TVN 24), to dobrze, że wyszedł z tym swoim „rozsądnym” tekstem. Znowu rozgorzała dyskusja o Smoleńsku i była kłótnia o brzozę. Sprawę może wspaniałomyślnie rozstrzygnąć Putin, bo w wypada wpaść do naszej (?) stolicy. Przywiezie brakujący kawałek brzozy, który cudownie ocalał u jakiegoś tam  Saszy Sarowa, bo wziął ten kawałek na opał, ale potem kupił węgiel i został. A kupił ten węgiel, ponieważ na rosyjskiej wsi bardzo rośnie stopa życiowa. I się, kurna, wszystko wtedy wyjaśni. No, a potem coś nam zwróci Bruksela. To może być nawet jeden z tych siedmiu zegarków Nowaka, który pożyczył od Darka. I bilans wyjdzie nam, i tak na zero.        

Nat Geo Wild polityczny

Obejrzałem film przyrodniczy o zwierzętach mordercach i pomyślałem sobie, wzorem "Polskiego  ZOO", że mamy na naszej politycznej "scenie" też trochę zwierząt morderców, choć czasami bywa tak, że ktoś się uważa  za boa dusiciela, a to jego duszą.
Prezydent Komorowski. Ja wiem, że tu się tylko jedno zwierzę samo narzuca, ale to lista dość pozytywna. Można więc pieszczotliwe ustalić, że w sam raz pasuje do postaci łosia, który jest przecież bardzo miłym zwierzęciem. Czas na premiera Tuska, który ma, jak wiadomo, wilcze oczy, ale niekoniecznie jest wilkiem, choćby z racji dziwnej postury. Nie kojarzy sie tak. Nieduży, nerwowy, rozbiegane oczy, uśmiech raczej zawsze fałszywy, ale może nie potrafi, albo nie lubi się uśmiechać. Pasuje mi z obejrzanego filmu nietoperz wampir. Małego rozmiaru, ale ma taką zaletę, że wypija krew ze swojej ofiary, a ona o tym nawet nie wie. Przy czym, wypija z ciała  tylko około pół szklanki krwi, więc politycy przeżywają jego atak, ale niektórzy chodzą jak zombie. Dodać tu trzeba, że rzecz dotyczy jego kolegów z włąsnej partii, a nie z opozycji. Poza tym dobrze wiemy, że premier śpi w dzień długo,  budzi się dopiero około 15-tej, kiedy ma swoją konferencję prasową.
Gdybym miał sięgać do niedawnej wypowiedzi Leszka Millera podczas pierwszomajowego wiecu, to słowo papuga byłoby najbardziej adekwatne, ale trącałoby banałem. Biorąc pod uwagę całokształt jego dokonań, może jest raczej pancernikiem, choć pancernikiem może być także Jarosław Kaczyński. Miller, co prawda, już raczej zakończył czas dokonań w polityce, a Kaczyński jeszcze nie. Ale można też mówić o Prezesie PiS, że pasuje do roli skorpiona. Jest niewysoki, potrafi się przyczaić na długi czas w jakimś miejscu, tak jak skorpion, i mocno ukąsić, co niejednokrotnie już robił w ostatnich latach.
Sławomir Nowak się nie ucieszy, ponieważ w jego przypadku nie ma żadnego, ani dobrego ani groźnego zwierzęcia. Słowo paw jest chyba najlepsze, bo tak się nosi - i po salonach, i taki podobno w ogóle jest. Zresztą to i tak taryfa ulgowa dla człowieka od zegarków. Powinien przenieść się po prostu do jakiegoś ekskluzywnego salonu w Londynie i tam sprzedawać czasomierze. Mógłby też sobie wypożyczyć zegarki na wieczory w klubie. Mamy w naszym salonie politycznym Waldemara Pawlaka, który mógłby zostać rasowym aligatorem, gdyby nie to, że nie ma wielkiej paszczy. Jak wiadomo aligator potrafi godzinami nic mówić  i się nie poruszać. A to byłemu szefowi PSL-u świetnie wychodziło.             
 Z czołówki politycznej, ale w sensie medialnym, nie sposób ominąć Janusza Palikota. On w ogóle jest zwierzęciem politycznym i można go porównać do kilku z nich - od kameleona, czyli od „Ozonu” do skrajnego lewactwa  – oraz, tu jego zwolennicy się może obrażą, ale do jelenia. Jemu się wydaje, że jest rozgrywającym, a on tylko podaje piłki spoza boiska, choć robi to nieźle medialnie i reżymowe media go lubią.. I nie będzie nigdy nic rozgrywał, chyba że z jakąś gigantyczną pomocą służb wszelakich, dodatkowo w atmosferze protestów społecznych. Oby nie! Na dziś wystarczy. To w końcu tylko zabawa w skojarzenia. Są oczywiście jeszcze sarny w naszej polityce, są żuki, z których robi się sok (pamiętna komedia amerykańska), są też małpy i mrówki. Zwierząt morderców jest naprawdę niewiele. A szkoda.