poniedziałek, 13 lutego 2023

Polska - dwa elektoraty

 Zacznę od takiego drobnego, pozornie nieistotnego przykładu. Niedaleko od Warszawy, w małym mieście, pracownik Orlenu, który zarabia tam całkiem dobre pieniądze (nawet jak na Warszawę), ma także w pobliskiej wsi kilka hektarów pszenicy. Jego szwagier „ściąga” mu tę pszenicę wielkim kombajnem w jeden dzień, a krótko potem do kieszeni pracownika koncernu trafia dodatkowo pokaźna gotówka. To przykład z życia wzięty. W bogacącej się Polsce, tej gminnej i powiatowej, nieco odległej od politycznego wrzasku, też tworzy się stabilna finansowo struktura społeczna, która nie ma nic wspólnego z dość prymitywnym wyobrażeniem o prowincji, jaki dominuje w politycznym światku Platformy czy na Wiertniczej. Mieszkańcy tej „małej” Polski są niemniej zaradni od wielkomiejskiej korporacyjnej klasy średniej. A przy tym, nie mają w sobie tej odpychającej postawy wyższości. Rzeczywiście, hołdują bardziej tradycyjnym wartościom, ale wcale nie są zaściankowi i zamknięci na otaczający ich wielki świat. Może rzadziej podróżują, może jeszcze ciężej pracują, ale prowadzą życie o standardzie zbliżonym do mieszkańców wielkich miast.


Ta gminna i powiatowa oraz wiejska Polska uważana jest za bastion Prawa i Sprawiedliwości. Sporo w tym prawdy, ale to nie oznacza, że tak jak osiem lat temu magnesem dla mieszkańców „małej” Polski będą teraz takie same obietnice wyborcze jak w 2015 czy w 2019 roku. Innymi słowy, jeśli PiS chce utrzymać na „swojej” prowincji wysokie poparcie w nadchodzących wyborach, to nie wystarczą już same transfery finansowe. Ważna jest infrastruktura drogowa i kolejowa, możliwość atrakcyjnego spędzenia wolnego czasu blisko miejsca zamieszkania, po prostu wszystko to, co łączy się z codziennymi warunkami życia. Osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy, przy korzystnej koniunkturze gospodarczej spowodowało, że polskie wsie i małe miasta przeszły w większości wielką metamorfozę i trochę w opozycji do wielkich miast wyrósł elektorat o podobnie wysokich aspiracjach, bez żadnych kompleksów wobec Warszawy czy Łodzi. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiadomo, czym dziś mieszkańcy Wilanowa mieliby zaimponować mieszkańcom Gąbina czy Sierpca, poza kupowaniem na pokaz jak najdroższych odmian pomidorów, które i tak nigdy nie będą tak smaczne jak te z lokalnego targu.


Co więcej, nie ma jakiegoś istotnego konfliktu pomiędzy Polską powiatową i wielkomiejską, jedni i drudzy mieszkańcy mają swoje własne zwyczaje i dominujące wartości. Tam ważna pozostaje rodzina, tu kluczowa jest indywidualna kariera. Mamy więc dziś dwa elektoraty, które trudno już dzielić na prawicę i lewicę. Można powiedzieć, że tradycyjna Polska nowocześnieje, a nowoczesna niestety parcieje w oparach absurdu, jaki dominuje w komercyjnych mediach i u ich politycznych patronów z PO. Serwowany jest nadal obraz europejskiej, wielkomiejskiej, oświeconej elity i pisowskiej, ciemnej prowincji. Idealna droga do wyborczej klęski. Co prawda Donald Tusk w swoich rajdach po Polsce bywał tu i tam, ale nadaremno byłoby szukać w jego wystąpieniach pozytywnego odniesienia do żyjących tam ludzi. Hejt na PiS, straszenie chlebem po 30 złotych i wyprowadzaniem prezesa NBP z gmachu to nie jest oferta dla „małej” Polski, chcącej po prostu żyć dostatnio i w zgodzie ze swoimi najczęściej tradycyjnymi wartościami, która chce się bogacić na zdrowych, równych zasadach. Mniemanie, że prowincja czeka tylko na to, jak PiS coś znowu rzuci na wybory jest przejawem politycznej głupoty.


Politolog Jarosław Flis w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”* nazwał ten nowy podział wśród wyborców „góra – dół”, akcentując, że ów „dół” czyli prowincja jest zdecydowanie bardziej wspólnotowy, a wielkomiejski to indywidualizm i życie bez tradycyjnych ograniczeń i odrzucenie starych wzorów. Można przyjąć, że jeszcze przez co najmniej jedną kadencję po tegorocznych wyborach te dwa elektoraty będą głosowały głównie na PiS lub PO (szerzej na liberalną opozycję). Bo ruch Hołowni, cokolwiek by nie wymyślił jeszcze jego lider, nie jest atrakcyjny ani dla jednego ani dla drugiego bloku. Nie ma tam nic oryginalnego, co przyciągnęłoby pokaźną grupę wyborców wielkich miast czy Polski powiatowej. To stabilne póki co 10% Szymona Hołowni i tak jest fenomenem socjologicznym.

Jak może więc wyglądać walka o rząd dusz za kilka lat? Jeśli Prawo i Sprawiedliwość wygra wybory w 2023 roku i prawidłowo odczyta zmieniające się na naszych oczach aspiracje mieszkańców prowincji, a także dokona niezbędnej, wewnętrznej sanacji po wyraźnym zużyciu się części swoich kadr, to nie jest wykluczone, że zapewni sobie i czwartą kadencję rządów w Polsce. Niemniej, już podczas tej wyborczej jesieni nie wystarczą same sprawdzone tradycyjne hasła wyborcze. Dwa elektoraty, wbrew pozorom nie stoją w ostrej opozycji do siebie, choć ten wielkomiejski nadal odnosi się do tego drugiego z poczuciem wyższości, a nade wszystko owej mitycznej dziś europejskości. Rzecz w tym, że ów szwagier z wielkim kombajnem ma kilkadziesiąt hektarów ziemi, dom, domy mają także jego dzieci, które ukończyły studia na warszawskich uczelniach. Jedne mieszkają w pobliżu ojca, pozostałe robią karierę w stolicy w wygodnych apartamentach. To nie jest jakiś wielki wyjątek.


Polska wiejska, Polska gminna i powiatowa do końca tej dekady będzie wymarzonym miejscu do pogodnego, choć może nie luksusowego życia. Nie tak wygodnego i z łatwym dostępem do wysokiej kultury, która zresztą z pojęciem „wysoka” ma coraz mniej wspólnego. Natomiast nad stołecznym luksusem coraz mocniej ciąży jego wysoka cena: kilkusettysięczne kredyty zaciągnięte na 30 lat, których spłaty końca nie widać, niebywały stres i chaos. Kończy się epoka bezrefleksyjnego zachłystywania się tym wielkomiejskim życiem, nieustającym pędem za kasą i korporacyjną orką. Wyrasta trochę inna, niemniej atrakcyjna Polska, o którą już niedługo trzeba będzie bardzo zabiegać, nie tylko w roku wyborczym. PiS w wielkich miastach wielkich szans nie ma, ale do odważnych świat należy. Sfrustrowanych ciężkim życiem w stolicy dziś nie brakuje, więc od dzieła.


Toksyczna opozycja. 'Żarty z Obajtka, że jest z Pcimia, to przepis na przegrane wybory' | Biznes na Next.Gazeta.pl 

środa, 8 lutego 2023

Widmo globalnej wojny

Świat jest zmęczony samym sobą, swoim byciem, trwaniem i rozwojem. Zmęczeni są lewacy, którzy chcieliby zawładnąć kulturowym obliczem Zachodu, bo wbrew temu, co sądzi prawica, opór społeczny jest duży, a w czasach niepewnych, wręcz wojennych, bliscy, rodzina, są bezpieczną przystanią dla milionów obywateli starego kontynentu. Zresztą sami lewacy toczą gorący spór o swoją lewackość, który zrozumiały jest już tylko dla garstki fanów lewicy. Liberałowie zaciekle bronią się przed uznaniem wojny na Ukrainie za agresję wobec całego świata zachodniego, bo łudzą się jeszcze cały czas, że są nadal na drodze budowy swojego mitycznego nowego społeczeństwa - zatomizowanego, zarządzanego poprzez media i ideologię, gdzie demokracja służy jedynie umocnieniu ich rządów. W rzeczywistości mamy do czynienia z bezsilnością europejskich elit, z jałowym powtarzaniem haseł, które tracą moc w obliczu realnego zagrożenia nowy światowym konfliktem zbrojnym.

 

Można powiedzieć, że nikt z możnych świata XXI wieku nie jest zadowolony ze swojej obecnej pozycji na globie. Niemcy nie godzą się na utratę pozycji hegemona w Europie na rzecz zrównoważonego układu sił, w którym Polska i Europa Środkowa z Ukrainą stają się dla nich przeciwwagą. Francja miota się sama ze sobą, marząc o odsunięcia Stanów Zjednoczonych na boczny tor i ułożenia porządku europejskiego z Niemcami i Rosją. Wszystkie te zapewnienia o solidarności z Ukrainą, te Cezary wysyłane na Ukrainę są jedynie zasłoną dymną, która niewiele kosztuje i ma charakter propagandowy. Nawet jeśli Waszyngton, Warszawa i Kijów odniosą sukces i w końcu na front trafi kilkaset Leopardów, w myśleniu Francuzów czy Niemców niewiele się zmieni. Oni cały czas sądzą, że im się ta Europa po prostu należy, a Wuj Sam powinien stąd się wynieść. Jeśli akceptują teraz działania Ameryki, to czysto instrumentalnie, bo taka jest potrzeba chwili i trzeba grać na kilku fortepianach.

 

Oczywiście w tej wielkiej rozgrywce dominującą rolę odgrywają Stany Zjednoczone i Chiny. Te dwa mocarstwa nie są zmęczone swoim trwaniem i byciem w świecie, choć świat jako taki bez wątpienia znajduje się w egzystencjalnym dołku. Co najwyżej są zaniepokojone realizacją swoich globalnych aspiracji. Starego porządku z Rosją jako wielkim graczem już nie ma, a nowy jeszcze się nie wyłonił. Kreml od lat był świadom, że epoka ich dominacji w polityce światowej dobiega końca, że rozwój nowych technologii, gospodarcza ekspansja Chin spycha ich do roli regionalnego mocarstwa, a jedynym straszakiem, który jeszcze robi wrażenie na miękkim Zachodzie jest broń jądrowa. I jak zawsze, w tych trudnych chwilach, pomocną dłoń wyciągnęły Niemcy wchodząc na całego w rosyjski gaz, ale po części także Amerykanie, którzy sądzili za czasów Obamy, że Moskwa może się do czegoś przydać w rozgrywce z Pekinem. Dziś to już nie jest aktualne. Stany Zjednoczone i Pekin stoją naprzeciw siebie i zastanawiają się jak walkę o globalne przywództwo mają rozegrać i jakich narządzi użyć do tego celu. Przez długi czas dla Chin był to (a pewnie i jest) Tajwan, którego odcięcie dziś od świata groziłoby gwałtownym tąpnięciem w światowej gospodarce, ale Joe Biden już zapowiedział, że USA w ciągu dwóch lat będą miały dostęp do najnowocześniejszych chipów z własnych nowo wybudowanych fabryk przez tajwański koncern, co może osłabić dotkliwość ewentualnego chińskiego ataku na wyspę. Tak czy inaczej, najwięksi gracze mają swoje wielkie interesy, chcą zdominować świat i to ich niesie ku przyszłości. Stara Europa nie ma ani żadnych mocy, by w tej grze wziąć udział, ani pomysłu na samą siebie.

 

Można i należy się nadal obawiać naporu zielonych wizji klimatycznych, kolejnej, rewolucyjnej odsłony LGBT+ , próby narzucenia całej Europie liberalnego wzorca kulturowego, likwidacji klasycznej demokracji dzięki dominującej roli totalitarnych, liberalnych mediów piętnujących każde prawicowe odchylenie, ale to wszystko schodzi dziś na dalszy plan, bo rozpoczęły się prawdziwe gry wojenne. O wszystko. O to jaki świat ma się wyłonić w drugiej połowie XXI wieku z chaosu, który zapoczątkował Covid- 19, a który dopiero się rozkręca w obliczu wojny na Ukrainie. Jeśli ktoś sądzi, że to się da tak po prostu zatrzymać, wrócić do błogiej atmosfery niczym z lat 60- tych ubiegłego stulecia, udobruchać wszystkich aspirujących do roli regionalnych hegemonów – choćby w Zatoce Perskiej – ten jest nie tyle niepoprawnym optymistą co marzycielem. Świat jest naprawdę zmęczony swoją obecną kondycją, chciałby nowych realnych idei sprzyjających tworzeniu jakiegoś balansu pomiędzy największymi mocarstwami świata, ale dopóki nie zamknie się starych rachunków i porachunków, dopóki nie zakończy się wojna na Ukrainie po myśli Stanów Zjednoczonych i Europy Środkowej, dopóty będziemy trwać w wielkiej niepewności o naszą bliższą i dalszą przyszłość. Widmo wojny globalnej jest dziś bardziej realne niż kiedykolwiek po 1945 roku, ponieważ najwięksi gracze chcą zająć wreszcie nowe pozycje. Rosja – choć nie dziś i nie teraz – może być największym przegranym tej wielkiej geopolitycznej zmiany. I oby była.                     


czwartek, 8 grudnia 2022

Pełzająca delegalizacja

 Czytając lub oglądając opozycyjne media mamy pełną świadomość tego, że tyrania PiS-u już dawno zamordowała polską demokrację, pozostawiając jej obrońcom zaledwie: sądy i samorządy, główne portale i stacje komercyjne, wyższe uczelnie, teatry, Senat RP, a nade wszystko monopol w osądzie, co jeszcze uchodzi za demokrację, a co jest jej jawnym zaprzeczeniem. No i oczywiście opozycja decyduje o tym, czy Polska zasługuje na unijne środki z KPO – ten jeden wielki kredyt żyrowany przez wszystkich, a spłacany tak naprawdę przez tych, którzy przetrwają kolejne gospodarcze burze nadchodzących dekad. Mit KPO, że coś tu jest za darmo, znakomicie działa na wyborców Platformy, po nocach śnią się im budowane z tej kasy żłobki, przedszkola i stadiony, o czym przez wiele tygodni sugestywnie przekonywał TVN 24.

W praktyce jest to dług, który po 2027 roku będzie spłacany z podwyższonych składek członkowskich wpłacanych do unijnego worka przez wszystkie państwa UE aż do 2050 roku. Tylko śladową część środków z KPO można uznać za bezzwrotne. Tak to wygląda w praktyce, choć oczywiście w dobie kryzysu warto te pieniądze mieć teraz w swoim krajowym budżecie. Dlatego z takim uporem maniaka prezenterzy stacji z Wiertniczej powtarzają dzień w dzień, że to PiS nie chce tych pieniędzy, a Donald Tusk mówi z kolei równie często, że on, gdy tylko PO zacznie rządzić, załatwi je w kilka dni, a poseł Tomczyk nawet w 48 godzin. Mówi to na poważnie w swojej telewizji, więc nikt nie przeszkodzi mu w głoszeniu takich bzdur. Kiedyś nie do pomyślenia.

Kilkanaście lat temu żyliśmy jednak w mniej absurdalnej rzeczywistości politycznej. W ogóle w innej kulturze sejmowej i ulicznej. Przekleństwa i chamstwo sporadycznie się zdarzały, wtedy nawet Platforma Obywatelska miała swój program gospodarczy ze sztandarowym 3X15 w podatkach. Po dotkliwej pandemii i w dobie wojny na Ukrainie, nikogo nie dziwi, a nawet już nie interesuje fakt, że kluczowym hasłem na drodze do objęcia władzy w Polsce jest obecnie „Je... PiS”. Co więcej, to hasło jest już dziś trochę passe, bo politycy opozycji przenoszą nie tylko swoich wyborców w świat wendetty, a wolni sędziowie dają jasno do zrozumienia, że żaden wybryk, choćby najbardziej skandaliczny i po prostu przestępczy, nie zostanie ukarany. Pojawiają się też w ostatnich dniach kluczowe pytania o przyszłość partii rządzącej, różnych instytucji i ludzi w nich pracujących. W skrócie można rzec, że do jeziora.

Co zrobimy z Telewizją Polską? Sprzedamy ją TVN, a dziennikarzy wsadzimy do więzienia. Co zrobimy z PiS? Zdelegalizujemy. Co zrobimy z konstytucyjnymi organami państwa, takimi jak Trybunał Konstytucyjny? Powołamy nowy. Jak? Nieważne. Co zrobimy z wyborcami obozu władzy? Przymusowa reedukacja, albo won. Te głosy płyną zewsząd, nie tylko od ulicznych zadymiarzy z KOD, ale od naukowych i politycznych elit opozycji. Z uniwersytetów. Na końcu tej drogi, realnie i nie na żarty, jest nieformalna delegalizacja polskiego państwa, bo wbrew Berlinowi, Brukseli i chorym, liberalnym elitom Zachodu, takie konserwatywne państwo nie może istnieć dalej w nowym, mitycznym superpaństwie europejskim. Chyba że Donald Tusk wygra wybory, no to wtedy łaskawie pozostawią nam strzęp suwerenności w obrębie władzy samorządowej. Wszystko to razem jest zaledwie totalitarną uwerturą do spektaklu, jaki szykuje Polsce i Polakom totalna opozycja w nadchodzącym 2023 roku. Ciekawe, czy ktoś z tych politycznych szaleńców puknie się jeszcze w głowę, czy jest już na to późno.

wtorek, 8 listopada 2022

TVN "pożera" PiS

 Jeśli elity obozu władzy sądzą, że największe zagrożenie płynie ze strony rozwydrzonej Brukseli i rozpychającego się w Europie Berlina, a także absurdalnych działań totalnej opozycji, to są w grubym błędzie. Przyszłoroczne wybory, poza oczywistą kwestią zimy i inflacji, wygrywa dla opozycji już teraz amerykańska stacja w Polsce, czyli TVN, a konkretnie Fakty TVN i pasmo informacyjne TVN 24. Jeśli ktoś czuje obrzydzenie do tej stacji, to trudno, niech się przełamie i poświęci choć kilka godzin przez kilka dni i zobaczy, jak upada Polska, jak władza niszczy wszystko co napotka na drodze. Jeśli ktoś nie wie jak połączyć dwa zupełnie nieprzystające do siebie wątki społeczne i uczynić z tego bicz na władzę i Jarosława Kaczyńskiego, dostanie od „Faktów” wzorcowy przykład. Taki jak dziś. Gdy minęła już 19- ta widz tej stacji po raz enty w ostatnich dniach usłyszał o bulwersujących słowach Prezesa PiS na temat „dawania w szyję” przez młode kobiety.


Nie wnikając w szczegóły i nie oceniając jak jest z owym nadużywaniem alkoholu przez młode kobiety, TVN pokusił się o to, by zestawić wypowiedź prezesa PiS z zapłodnieniem in vitro, opatrując to komentarzem, że kobiety dają dziś sobie w brzuch zastrzyki, chcąc zajść w ciążę. Ta sama telewizja nie raz ostrzegała przed szybkim uzależnianiem się kobiet od alkoholu, teraz jednak dokonała wolty na miarę najlepszych wzorców rodem z epoki Gomułki. Można sobie kpić, że to tylko taka liberalna aberracja, że łączenie tych dwóch spraw to jakiś obłęd, nawet jeśli stanowisko PiS w sprawie in vitro jest wstrzemięźliwe.


W tych samych „Faktach”, kiedy jest mowa o możliwym kompromisie w sprawie KPO i planowanej rozmowie Szynkowski vel Sęk – Jourova, widz jest przekonany, że dochodzi do niej po kategorycznym żądaniu wyrażonym przez Tuska dotyczącym pieniędzy z KPO podczas spotkania z wyborcami. Można rzec, że to tylko drobna manipulacja, ale i tak już do końca wydania wieje grozą. Na deser, w „Faktach po Faktach” , nie kto inny tylko sam Władysław Kosiniak – Kamysz wypowiada się jako jedyny sprawiedliwy w kwestii zasiadania polityków w spółkach Skarbu Państwa, właśnie lider PSL, można powiedzieć pyszne.


Opisywanie wszystkich materiałów tego jednego wydania z 8 listopada jest oczywiście bezcelowe, bo nie chodzi tu o jeden czy drugi temat będący w istocie bezpardonowym atakiem na PiS, no i przecież mamy wolność mediów i TVN może do woli tłuc swoim medialnym młotkiem po głowach widzów i wyborców. Można też zbyć to wszystko, twierdząc, że i tak naczelna tuba opozycji przemawia do antyrządowego elektoratu, bo taki głównie z wypiekami na twarzy ogląda ich stację. Można też jednak i należy sobie postawić pytanie, czy korzystanie z tej wolności w celu całkowitego wykoślawienia i zafałszowania polskiej rzeczywistości jest etycznie dopuszczalne i ma cokolwiek wspólnego z zawodem dziennikarza.


Zbędne to oczywiście dywagacje, bo dziś media działają w różnych obozach politycznych i temu faktowi nie da się zaprzeczyć, choć można się oburzać do woli. Od Warszawy przez Londyn po Waszyngton. Jeśli jednak mamy już do czynienia z tak niespotykaną w historii III RP antyrządową kampanią jednej ze stacji telewizyjnych, to należy  zapytać obóz władzy o to, co on na to? Można powiedzieć, że od 7 lat w tej materii zrobił niewiele, albo wręcz nic. Od dnia zwycięskich wyborów w 2015 roku było jasne, że ani na Zachodzie, ani na Wschodzie, nie ma zgody na silną i suwerenną Polskę, że cała totalna opozycja od ulicznych świrów po medialne tuby będzie działać na rzecz powrotu do kraju „zgiętego” przed Berlinem i Brukselą, bez własnej polityki zagranicznej i własnych aspiracji, za cenę względnego spokojnego dorabiania się przez wybranych i cwanych. Ani przed 2015 rokiem, ani później PiS poprzez swoje elity nie uruchomił choćby namiastki koncernu medialnego, prywatnego, który byłby w stanie konkurować z narracją antypaństwowej opozycji. Dlatego dziś, można oczywiście do woli oskarżać media publiczne o sprzyjanie rządowi, choć tak naprawdę to ostatni bastion, który po prostu sprzyja Polsce.    


TVN 24 i „Fakty TVN” nie stwarzają już nawet żadnych pozorów, że działają na rzecz zniszczenia obozu władzy. Więcej, są szpicą opozycji. Kiedy zabrakło węgla na składach stacja przez blisko dwa miesiące nie mówiła o niczym innym jak o zimnych kaloryferach zimą, straszyła ludzi, że go nie kupią, albo, że się po prostu ten węgiel z importu nie pali, co jak wiadomo stało się okazją do wielkiej drwiny z doświadczenia przeprowadzonego  w jednym z materiałów TVN. Wbrew dobremu samopoczuciu części liderów PIS, to TVN zżera poparcie dla obozu władzy, nikt inny. Pohukiwanie Tuska, choćby najbardziej nienawistne, to tylko wisienka na torcie. Jak na razie, odpowiedzi PiS na pożeranie go przez TVN nie ma.                        

              

czwartek, 28 lipca 2022

Sędziowska kampania praworządności

 Ta wypowiedź sędziego Piotra Gąciarka we wczorajszym programie „Fakty po Faktach” przeszła bez echa, a zasługuje choć na niewielkie echo tutaj. Sędzia pytany o to, skąd się wzięło nagle tak sztywne stanowisko Ursuli von der Leyen w sprawie wypłaty funduszy z KPO dla Polski (wtorkowy wywiad w DGP*) odpowiedział wprost, że cały czas czynione są naciski i prowadzona jest kampania informacyjna w Brukseli, która ma przekonać Komisję Europejską, że zmiany dokonane w sądownictwie po przyjęciu nowej ustawy prezydenckiej są pozorne. I przyznał, że działa tu m.in. z powodzeniem Stowarzyszenie „Iustitia” i zapewne wszyscy prawdziwi i skrzywdzeni przez PiS sędziowie. „W Europie nikt nie nabiera się na to, że obecna władza chce cokolwiek poprawić, naprawić to bezprawie, które zostało popełnione.” – przekonywał prowadzącego sędzia Gąciarek. Innymi słowy, to usztywnienie stanowiska von der Leyen to także (głównie?) ich zasługa. Nikt nie zabrania kaście sędziowskiej („będę szczera, ja pragnę zemsty” - sędzia Irena Kamińska) wydawania kolejnych oficjalnych oświadczeń z apelami o praworządność w Polsce.



To zrozumiałe z ich punktu widzenia. Ale sędzia Gąciarek mówił wprost o presji, o naciskach, o informowaniu Brukseli jak to jest z owymi kamieniami milowymi kanałami nieoficjalnymi. Stąd prosty wniosek, że jest to świadoma próba utrącenia środków dla Polski, środków, które nasze państwo tak jak inne żyruje. Wspomniał dziś o tym Marcin Horała. „UE będzie miała z tym kłopot, bo Polska jest współżyrującym pożyczki, na których się KPO opierają i nie będzie tak, że nie mając środków będziemy uczestniczyli w tym mechanizmie”** - stwierdził minister. A prof. Ryszard Legutko w obliczu słów szefowej Komisji Europejskiej nawiązał do „gestu Kozakiewicza”, który trzeba w tej sytuacji pokazać Brukseli, gdyż niepodległość jest wartością bezcenną.*** Otóż niepodległość w tak zwanych elitach III RP nie jest wartością bezcenną, o wiele ważniejsza, ponad głowami Polaków, jest władza liberalnych elit Zachodu. Nie może być inaczej, skoro sędziowie wchodzą w buty polityków i prowadzą na arenie międzynarodowej własną kampanię informacyjną dotyczącą praworządności w Polsce, sprzeczną nawet z ustaleniami jakie już zapadły pomiędzy polskim rządem a Komisją Europejską. Jeśli to nie jest działanie na szkodę własnego państwa, to co nim jest?


Wątpliwości prof. Ryszarda Legutki są całkowicie zrozumiałe, ponieważ zna dobrze kuluary brukselskich salonów, po których buszują obrońcy sądów z Polski i choć nie wiemy co mówią, do czego przekonują, to efekt jest taki, że Ursula von der Leyen w wywiadzie dla DGP jest zaniepokojona, że nowa ustawa prezydencka „nie gwarantuje sędziom możliwości kwestionowania statusu innego sędziego bez ryzyka, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności dyscyplinarnej.” Czyżby sugerowała zmianę Konstytucji? Bez dwóch zdań można powiedzieć, że Bruksela nie chce (przynajmniej teraz) wypłacić Polsce należnych jej środków, że działa z premedytacją, by nie tyle nawet osłabić obecny rząd, ale by go po prostu usunąć. Być może ścierają się tam różne opcje – od pragmatycznej po dogmatyczną, ale wypadkowa jest taka, jak wywiadzie szefowej KE dla DGP. A to tylko jeden element tej strategicznej gry o „strącenie” Polski z politycznej mapy Europy w wymiarze na jaki dziś zasługuje i jaki sobie wypracowuje od kilku lat. I do tego jeszcze wojna.


Polski Instytut Ekonomiczny podał dziś szacunkowe dane, z których wynika, że tylko w pierwszych trzech miesiącach wojny na Ukrainie pomoc Polski dla uchodźców wojennych (prywatna i publiczna) wyniosła około 25 miliardów złotych****. To ponad 5 mld euro, a dziś z pewnością już dużo więcej. Żadna rekompensata, choćby częściowa, za tę ofiarną pomoc Polaków i władz państwowych z Brukseli nie dotarła. I nie dotrze. A tak już przy okazji, warto obalić mit utrwalany nieustannie przez opozycję, że UE chce nam dać pieniądze z KPO, a PiS to blokuje. Generalnie jest bowiem tak, że po prostu my i inne kraje UE te środki pożyczamy i mamy je spłacić do 2050 roku. Owa bezzwrotna część pożyczki też ma być spłacana przez członków UE po 2027 roku dzięki podwyższeniu składki członkowskiej. W efekcie, tylko niewielką część KPO dostaniemy bezzwrotnie, reszta to po prostu jeden wielki kredyt zaciągnięty przez Unię Europejską, w którym partycypujemy – jak na razie teoretycznie, za to bardzo praktycznie żyrujemy go. Rafał Trzaskowski mówił, że „pieniądze będą mrożone”, no i są mrożone, więc znajdą jeszcze ze sto pretekstów, by ich nie wypłacić aż do momentu, gdy wreszcie PO „strąci pisowską szarańczę ze zdrowego drzewa”. Grubo grają.



*Von der Leyen: Polska nie wypełniła wyroku TSUE. Kary za Izbę Dyscyplinarną wciąż obowiązują [WYWIAD] - GazetaPrawna.pl

** Horała mówi o kłopotach UE. Przypomina, że Polska jest współżyrującym pożyczki na KPO (dorzeczy.pl)

*** NASZ WYWIAD.Prof. Legutko: Czas pokazać KE gest Kozakiewicza (wpolityce.pl)

****Pomoc-pol-spol-UKR-22.07.2022-D-1.pdf (pie.net.pl)

niedziela, 24 lipca 2022

Chaos Tuska

 

Wbrew tytułowi, to nie będzie analiza działań Donalda Tuska mających na celu wywołanie ogólnego chaosu w kraju i doprowadzenie nie tylko do upadku rządu, ale i do utraty suwerenności polskiego państwa. Żeby była jasność: suwerenność, podmiotowość Polski na arenie międzynarodowej, to w żadnym razie nie są wartości istotne dla większości wyborców Platformy Obywatelskiej, dla nich – podobnie jak dla liderów PO – motywem przewodnim jest zoologiczna nienawiść do PiS i do wyborców tej partii. Wydarzenia w Kórniku – wulgaryzmy, plucie na ludzi wychodzących ze spotkania z Jarosławem Kaczyńskim, to nadal tylko przedbiegi, swoiste preludium do tego, co uroiło się w głowie Donalda Tuska. Jeśli rząd nie wyjdzie z defensywy, jeśli rzeczywiście wystąpią braki podstawowych towarów, a ceny znowu strzelą w górę, organizowanie się ulicy będzie dużo prostsze. Póki co, jest czas by ten negatywny trend dla PiS zatrzymać.

 

Donald Tusk powrócił do kraju z myślą, by obalić rząd – w zasadzie to już miał być obalony, ale coś poszło nie tak. To wszystko miało współgrać z naciskami Brukseli i Niemiec, z kolejnymi karami i zarzutami. I tak się dzieje. Jako państwo znajdujemy się w śmiertelnym niebezpieczeństwie pogrzebania całego dorobku budowy niepodległego kraju. Niemal się o tym nie mówi, ale za kulisami wielkiej polityki trwa po prostu walka o przetrwanie Polski. Umocowanie rządu, który zrealizowałby scenariusz całkowitej dezercji politycznej Warszawy wymaga jednak pokonania PiS w nadchodzących wyborach. A tu, zamiast zjednoczonej opozycji, jest właśnie ów chaos, chaos, za który personalnie odpowiada jeden człowiek – Donald Tusk.

 

A więc do rzeczy. Obecny lider PO, tak jak to czynił już wcześniej, chce podporządkować sobie niemal całą opozycję i pod jednym sztandarem zmiażdżyć PiS. Ale zamiast konsolidacji jest wręcz niebywały chaos. Knują tam jak nigdy wcześniej. Czy to jest Biedroń z Trzaskowskim czy Hołownia z Kosiniakiem, to łączy ich głębokie przeświadczenie, że Donald Tusk w przypadku jednej listy, spacyfikuje po ewentualnych zwycięskich wyborach każdego, kto będzie rościł sobie pretensje do lauru tego wymarzonego tryumfu. Innymi słowy, efekt Tuska polega na tym, że w opozycji jest dużo więcej zamieszania, dużo więcej niepewności i zakulisowych rozgrywek, niż gdyby tego powrotu do kraju nie było. Pomijając Konfederację, która po 24 lutego wypadła z tej gry, PO, PSL, Nowa Lewica i Polska 2050 mogły wypracować wspólną strategię na pokonanie PiS czy to w jednym, czy to w dwóch blokach wyborczych.

 

Żaden z liderów tych partii, nie miał takich zamordystycznych zapędów jak obecny szef PO, można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że bez Tuska oni by się dogadali,  podzielili miejscami na listach i stołkami w przyszłym rządzie. Z nim nie jest to możliwe, co wyraźnie – choć nie wprost – mówią i Kosiniak – Kamysz i Szymon Hołownia. Trwa więc nieustające przeciąganie liny, i jedynie polityczne odpryski takie jak PPS już zdecydowały zapewne, że zasilą listę Koalicji Obywatelskiej. W gruncie rzeczy, jedynie Włodzimierz Czarzasty trzyma pion i nie daje się (póki co) wkręcić w kombinację szefa PO. A ponieważ kombinacja ta nie przyniosła spodziewanych efektów i nie udało się wziąć wszystkich pod but, to niestety dla Polski, roi się „zorganizowanie się na ulicy”. Bez Tuska w kraju, opozycja miałaby realną szansę pokonać PiS w demokratycznych wyborach, z nim może ewentualnie wygrać, ale na jego warunkach i pod jego dyktatem, na co – co zrozumiałe – się nie godzi. Donaldowi Tuskowi pozostały metody najbardziej obrzydliwe, ale sprawdzone w polityce: kłamstwo i nienawiść. Tu, lider PO, czuje się jak ryba w wodzie.                                

sobota, 9 kwietnia 2022

Chorzy przez Polskę

 

Łzy napływają do oczu, gdy Małgorzata Kidawa – Błońska apeluje we wpisie na Twitterze do rządu: Bądźcie ludźmi!* Nie można wątpić w to, że troska o to, by ukraińskie dzieci nie usłyszały jutro syren w 12. Rocznicę Tragedii Smoleńskiej, jest szczera i płynie prosto z serc polityków Platformy Obywatelskiej i powiązanych z nią prezydentów miast. Zawsze tacy byli. Ich głos oburzenia, kiedy oddawano mocz na znicze lub gdy pospiesznie usuwały je służby podległe Hannie Gronkiewicz – Waltz był słyszalny niemal w całej Europie, a Donald Tusk, ówczesny premier, nie krył oczywiście swojego wzburzenia. Co więcej, ta pamięć o katastrofie, pamięć o jej ofiarach jest i dziś imponująca. Kiedy Arkadiusz Szczurek biegał po Pomniku Ofiar Tragedii Smoleńskiej, niemal cała partia Tuska zażądała jego surowego ukarania, bo przecież 10 kwietnia zginęli ich przyjaciele, partyjni kamraci. Jeszcze większy polityczny tumult w opozycji nastąpił zaledwie dwa tygodnie temu, gdy owemu Szczurkowi wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie przyznano 4 tysiące zadośćuczynienia. Tak nie może być! – mówili prominentni politycy PO. Hańba!  

 

Można do woli gromadzić przykłady empatii liderów Platformy, jak choćby „słynna” rozmowa Donalda Tuska z rodzinami smoleńskimi, można przywoływać pamiętne, sejmowe wystąpienie Ewy Kopacz, ale przecież nie chodzi w tym momencie o kolejną próbę rozliczenia tamtego obozu władzy za bezdyskusyjną kapitulację przed Kremlem. Czas na to przyjdzie, nieuchronnie. Gdyby rzeczywiście, tak jak powyżej, zachowali się politycy opozycji w obliczu Tragedii Smoleńskiej, to dziś ich troska o spokój uchodźców wojennych i apel o wycofanie się z uruchomienia syren w godzinę naszej tragedii narodowej, zabrzmiałby  być może bardziej autentycznie. Rzecz w tym, że jeśli Polska jest dla kogoś nieznośnym obciążeniem, nigdy nie stanie po stronie prawdy, ani w sprawie 10 kwietnia, ani w żadnej innej decydującej o suwerenności czy bezpieczeństwie państwa. Można oczywiście mieć pewne wątpliwości, co do użycia syren, które dla kilkuset tysięcy ukraińskich dzieci są złowrogim sygnałem nadchodzących bombardowań, ale znikają, gdy poprzedza je rzetelna informacja, że są wyrazem naszego hołdu dla największej tragedii narodowej po II wojnie światowej. Tragedii, w której wiele poszlak, ale i zdroworozsądkowego oglądu samej katastrofy, jednoznacznie wskazuje na zamach. Zamach na rosyjskiej ziemi, pod rządami tego samego Putina, który dziś jest odpowiedzialny za zbrodnie na Ukraińcach. Za gwałty, grabieże, mordowanie dla przyjemności niewinnych ludzi, tylko po to, by strach zabił wiarę w zwycięstwo, w ogóle chyba wiarę w człowieczeństwo.

 

Można potraktować tę niebywałą histerię opozycji wzruszeniem ramion, bo to w gruncie rzeczy nic nowego, dzień jak co dzień. Każda okazja do generowania nienawiści jest dobra, a że wykorzystuje się do tego przy okazji traumatyczne przeżycia dzieci, nie ma żadnego znaczenia. Oświecana przez trzy dekady lepsza cześć społeczeństwa, nazywająca się sama „gorszym sortem” przyjmuje takie akcje z aplauzem. Bo to jest ta sama „elita”, dokładnie ta sama, która fetowała Tragedię Smoleńską na Krakowskim Przedmieściu „zimnym Lechem”. Chorzy ludzie, chorzy przez tę nie ich Polskę, którą tak skutecznie im obrzydzano w III RP, że w końcu, w obliczu realnego zagrożenia wojną z Rosją, dostali teraz niebywałego wprost rozdwojenia jaźni. Tylko PiS trzyma ich przy życiu i wyznacza im kierunek walki. A syreny – te jutrzejsze – symbolicznie – są z pewnością nie tylko wyrazem pamięci o naszej tragedii.                                                       

 

*M. Kidawa-Błońska na Twitterze: „Porażający brak empatii. Wycofajcie się z decyzji i nie uruchamiajcie syren. Bądźcie ludźmi!” / Twitter 

 

piątek, 8 kwietnia 2022

Gorączka Donalda Tuska

Żadne to dziś odkrycie powiedzieć, że maski opadły, pozostaje jedynie pytanie, czy naprawdę trzeba było tak długo czekać na ich opadnięcie, żeby wiedzieć, kim tak naprawdę jest Donald Tusk i kto nadal upatruje w nim wybawcy od rządów Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, w dużej części są to obywatele „tego kraju”, niespecjalnie przywiązani do polskiej państwowości, tradycyjnych wartości, ale nade wszystko zakompleksieni niewyobrażalnie wobec Zachodu. Donald Tusk ma swój elektorat i to jest dziś największe polskie nieszczęście. Nie chodzi tu bynajmniej o to, że PiS jest jedyną siłą polityczną, która może bronić naszej suwerenności i niepodległości, wcale tak nie musi być, można wyobrazić sobie partię liberalną, która ma zbliżone podejście do kwestii naszej suwerenności w Europie jak obecny obóz władzy.

 

Tak jednak nie jest. W chwili próby, bodaj najważniejszej od zakończenia II wojny światowej, lider Platformy występuje otwarcie przeciwko polskiemu premierowi, chcąc nie chcąc wspierając obrzydliwe kłamstwo o jego antysemityzmie, wypowiedziane przez Prezydenta Francji. Niewyobrażalne. Ale to słowo straciło już w polskiej rzeczywistości jakąkolwiek moc i znaczenie. Platforma, umoczona przez lata po uszy w prorosyjskiej polityce, żąda natychmiastowych sankcji, kreuje się na największego wroga Putina. To zwykła farsa, ale przekaz trafia poprzez przyjazne PO media do właściwych ludzi, zainfekowanych nienawiścią do PiS na skalę, której nigdzie w Europie nie ujrzymy.

 

Zakończyły się właśnie wystąpienia Ursuli von der Leyen i Josepa Borella po rozmowach z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i doprawdy, po raz kolejny, nic konkretnego nie usłyszeliśmy poza przekazaniem symbolicznego dokumentu zapraszającego Ukrainę do Unii Europejskiej. Gesty, wsparcie, współczucie i niemoc, bezradność. A wszystko w imię utrzymania światowego pokoju. Za chwilę skończy się również chwalenie Polski za przyjmowanie uchodźców, bo Zachodowi nie mieści się w głowie, byśmy zajęli kluczowe miejsce w europejskiej polityce. W tym kontekście, dzisiejsze wypowiedzi Donalda Tuska są jak najbardziej racjonalne i uzasadnione strategią polityczną Berlina. Wzbudzają oburzenie, ale trafiają do serc i umysłów wyborców PO. Zresztą spór o to czy lepsza byłaby Le Pen czy Macron jest jałowy. Francja, niezależnie od wyniku wyborów prezydenckich, będzie nadal prorosyjska, a swoje tchórzostwo przykryje propagandą i wysiłkami na rzecz światowego pokoju. Jeśli dojdzie nawet do globalnego konfliktu, wyjdzie z niego nietknięta. I Francuzi o tym wiedzą, dla nich sprawa Ukrainy jest balastem w interesach z Kremlem.

 

Tym bardziej żałosne i skandaliczne jest zachowanie Donalda Tuska, który nie tyle gra na Macrona, co gra przeciwko własnemu państwu. Nie od dziś i zapewne  tak długo, jak to tylko możliwe, w nadziei, że nastąpi polityczny przewrót. Donald Tusk może spać spokojnie, sądy już dawno określiły się po czyjej stoją stronie, czego jakże symbolicznym dowodem jest odszkodowanie dla Pana Szczurka. W tej nadpobudliwości lidera PO nie ma nic dziwnego, bo w tych dniach ważą się   jego własne losy i losy jego formacji politycznej. Gorączka polityczna Donalda Tuska, fala kłamstw jego kamaryli, jaka zalewa media i Internet to może być ostatni oddech Platformy przed kolejnym przepoczwarzeniem. Można powiedzieć, że im też marzy się wojna – totalna, na wyniszczenie. Własnego kraju.                             


piątek, 25 marca 2022

Putinowskie kanalie

 Tytuł z premedytacją wykorzystuje język typowy dla Platformy Obywatelskiej, której to „wybitne osobistości” w trakcie toczącej się wojny za naszą wschodnią granicą piszą codziennie i namiętnie, że PiS wszystko dookoła putinizuje na potęgę: sądy, szkoły, politykę zagraniczną, gospodarkę, nie ma dziedziny, w której nie byłoby putinizacji, a pomoc dla Ukraińców płynie jedynie od ludzi dobrej woli. To są ci sami politycy i ci sami celebryci, którzy kpili do woli z tych właśnie ludzi, którzy nie tak dawno po raz pierwszy wyjechali gdziekolwiek z dziećmi na wakacje dzięki 500 plus. A to właśnie często te rodziny niosą pomoc uchodźcom, przyjmując ich pod własny dach. Nie ma żadnego zaskoczenia, że Polacy okazali się tak ofiarni i serdeczni dla matek i dzieci uciekających przed wojną. Bo Polacy tacy są, a jedynie kanalie, polskie kanalie przez dekady przypisywały nam same najgorsze cechy: zacofanie, ksenofobię i kołtuństwo.


Mieliśmy być narodem małym, niepotrzebnym, wymagającym opieki Zachodu, tych niedoścignionych wzorców, które trzeba przyswoić małym „zwierzątkom”. Wydawałoby się, że brutalna agresja wojsk rosyjskich na Ukrainę, akty ludobójstwa, ale także zdecydowana polityka obozu władzy wobec Putina cokolwiek zmieni. Nic takiego się nie stało, ponieważ cała narracja Platformy po 2015 roku jest oparta na nienawiści i pogardzie zarówno do przeciwnika politycznego jak i jego wyborców. Strategia ta, w momencie agresji Putina, osłabła tylko na chwilę i krótko potem przybrała na sile po to, żeby zdyskontować wszelkie wysiłki rządu i Prezydenta na arenie międzynarodowej, a także działania na rzecz uciekających przed wojną. Niektórzy z politycznych liderów PO, takich choćby jak Donald Tusk, zdają sobie sprawę z tego, że wizja Europy z dominującą rolą Niemiec może wkrótce lec w gruzach, a w przypadku klęski Putina zmieni się cała geografia polityczna naszego kontynentu. Niemcy już dziś muszą w sprawach energii grać pod dyktando Waszyngtonu, choć nie miejmy złudzeń – tu nie chodzi o ich cudowną przemianę względem Kremla, po prostu grają na czas.


Polska w tym historycznym momencie jest bezpośrednio zagrożona rosyjską agresją, ale jednocześnie może wybić się na państwo współdecydujące o losach Europy. Polska zyskała też wyjątkowe uznanie za postawę wobec uchodźców wojennych i za zdecydowane stanowisko wobec agresji Putina. I właśnie w takim dniu, jak dziś, kiedy z historyczną wizytą przybył do Polski Joe Biden, zaraz po awaryjnym lądowaniu polskiego samolotu, wybiło ekstra szambo Platformy Obywatelskiej, jej największych, najwybitniejszych postaci na czele z Donaldem Tuskiem. Zachowania godne kanalii, ale oczywiście polskich kanalii, a nie putinowskich jak w tytule. Na tych właśnie polityków głosowali i nadal głosują Polacy. Jacy by oni nie byli skundleni, utrzymują PO  na powierzchni, a przecież miejsce tej partii powinno być tam, skąd właśnie wybija szambo. Tusk, Budka, Zdrojewski, Grabiec, Kierwiński – wszyscy oni razem wzięci - postanowili dziś coś ugrać na tej awarii. Jakie to stało się przewidywalne, że zabiorą głos! Na bank.


Miejsce Platformy powinno być na śmietniku historii już po Tragedii Smoleńskiej, kiedy oddano śledztwo Putinowi, kiedy kłamstwo goniło kłamstwo, a strach naprzemiennie ze śmiechem dominował w pierwszych miesiącach po katastrofie. Całkiem prawdopodobne, że liderzy tej partii mają już pełną świadomość swojej bliskiej, całkiem nieodległej klęski. Pokonanie Putina, w ten czy w inny sposób, tu i teraz, wzmocni na długie lata pozycję Polski w Europie, ale to nie będzie z pewnością Polska Tuska. Nie ugryźli się w język, nie powstrzymali się choćby w ten jeden, ważny dla Polaków i Europy dzień, i odpalili ściek w mediach społecznościowych. Można używać mocnych słów, ale one szybko się dziś dewaluują, w zalewie wulgaryzmów powszednieją. Niech wystarczy więc krótka refleksja, że ta kpina z awarii samolotu Prezydenta RP płynie między innymi od polityków, którzy do dziś nie ponieśli żadnej odpowiedzialności prawnej i politycznej za Tragedię Smoleńską, za tchórzostwo i zdradę polskiego interesu narodowego. I cały czas jeszcze ci politycy liczą na to, że polski rząd na tej strasznej wojnie się przewróci. Nie będzie tu już żadnego opamiętania. 

środa, 17 listopada 2021

Koniec pokoju w Europie

Polskie sprawy wyglądają dziś dużo gorzej, niż to wynika nawet z najbardziej alarmistycznych wypowiedzi polityków Prawa i Sprawiedliwości, choć nie ma chyba wątpliwości, że w zaciszu gabinetów, bez udziału kamer, rozmowy jakie się toczą, dotyczą najczarniejszych scenariuszy dla Polski. Bo to nie jest tylko poważny kryzys graniczny, to nie jest tylko atak Moskwy na polskie państwo, ale to jest skoordynowana z Zachodem akcja politycznego zniszczenia jednego z największych państw Europy, a w pierwszej kolejności doprowadzenie do upadku obecnego rządu. Gdyby było inaczej, przywódcy Niemiec i Francji nie rozmawialiby najpierw z Putinem, tylko z polskim prezydentem i premierem. Na poważnie, okazując nie tylko duchowe wsparcie, ale nazywając sprawy po imieniu: atakiem na państwo NATO, na ich sojusznika, zarządza Kreml. Tymczasem, trwa gra pozorów, przepiękna mistyfikacja, jak to bardzo Zachód solidaryzuje się z Polską i jak bardzo chce ukarać reżim Łukaszenki.


W tym samym czasie, największe frakcje zasiadające w Parlamencie Europejskim po raz wtóry żądają zablokowania środków finansowych z Funduszy Odbudowy dla naszego kraju. W tym samym czasie, milczy w zasadzie Waszyngton, bo milczeniem można nazwać zdawkowe komunikaty płynące z Białego Domu, które nic nie wnoszą do sprawy, są jedynie zasłoną dymną, ponieważ Joe Biden nie tylko nie ogarnia polityki światowej, ale przede wszystkim wycofał się z Europy, ze współdecydowania o jej przyszłości, oddając stery Niemcom i Rosji. Na to wszystko nakłada się stan polskiej sceny politycznej i medialnej. Komentowanie wypowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej, jawnie wspierających rosyjski i niemiecki scenariusz dla Polski, analizowanie materiałów „informacyjnych” Faktów TVN mija się z celem, szkoda na to czasu. Wystarczy powiedzieć, że znakomicie to współgra z destabilizacją polskiego państwa w jednym konkretnym celu: usunięciu rządu Prawa i Sprawiedliwości i wprowadzenia ekipy, która będzie jedynie zarządzała krajem pod kuratelą mocarstw. Byłoby pięknie, gdyby było inaczej, ale to co się dzieje, jest końcem pokoju w Europie i końcem Unii Europejskiej jako organizacji, która zapewniała przez kilka dekad (przy udziale NATO) równowagę polityczną na kontynencie. Formalnie Unia istnieje, realnie jest już tylko atrapą. Trudno też mówić o jakimkolwiek porządku demokratycznym, skoro w imię ideologii liberalnej, można łamać Traktaty Europejskie, prowadząc szantaż polityczny i finansowy wobec państwa członkowskiego.


Ktoś powie, że to absolutna przesada, że przecież toczą się rozmowy polskich polityków z Zachodem, że potępia się działania reżimu Łukaszenki, że będą nowe sankcje. Nikt jednak wprost nie oskarża Moskwy, z Moskwą się rozmawia po prośbie, co też wydaje się być zasłoną dymną, bo przecież jest czymś oczywistym, że Kremlowi marzy się pełna odbudowa jego wpływów z czasów sowieckich, bo przecież to z Niemcami zbudowali Nord Stream 2. Zachód nie tylko jest miękki, ale jest po prostu bezradny. Każdy chce teraz coś ugrać dla siebie, a Berlin jako najsilniejszy gracz po prostu chce na nowo ustawić relacje w całej Europie wspólnie z Moskwą. Być może nie jesteśmy na straconej pozycji, być może z powodów nam nieznanych, sprawę polską odłoży się „na półkę”, bo za moment zaczną się dziać rzeczy dużo bardziej niebezpieczne dla porządku światowego. Pożytek z kryzysu granicznego jeden już mamy na pewno: w sytuacji krytycznej, a to jest sytuacja krytyczna, nie możemy być pewni ani pomocy Stanów Zjednoczonych, ani NATO, ani tym bardziej zachodniej Europy. Jeśli przetrzymamy ten napór, jeśli na przekór naszym rodzimym durniom i zdrajcom uratujemy nasze państwo przed degradacją, będzie krótki czas, bardzo krótki czas, na budowę Niepodległej od podstaw, na gruncie ekonomicznym ufundowanym przez III RP. Bo politycznie III RP musi przejść do lamusa.


środa, 13 października 2021

Groteskowe narracje Donalda Tuska


        Żaden normalny polityk, choćby nawet z mikroskopijną resztką patriotyzmu w głowie, nie wdałby się w narrację o Polexicie, a już tym bardziej w organizowanie z tego powodu protestów z kosmicznie absurdalnymi wystąpieniami takich weteranek wieców jak Dorota Stalińska (bezdennie infantylna parafraza wiersza Broniewskiego) czy Maja Ostaszewska, która ratunku dla Ojczyzny upatrywała w rujnującym europejską gospodarkę programie „Fit for 55”. A w tym wszystkim jeszcze Jerzy Owsiak zachwalający zdolności Donalda Tuska w unijnej toalecie. Trzeba mieć naprawdę mocne zlecenie z zewnątrz, żeby tak demolować życie publiczne w Polsce, bo tu nawet sam pęd do władzy nie tłumaczy zachowania polityków Platformy. Tuba opozycji, czyli TVN 24, to wszystko transmitował na serio, na serio też oburzał się, że ktoś inny też wiecował i miał nagłośnienie. Niedzielne wydarzenie trafiło już jednak do medialnego kosza, nie ma co tym dalej grzać, z wyjątkiem cynicznego grania jedną z bohaterek Powstania Warszawskiego, która była świadoma tego, gdzie idzie i po co, bo od lat wspiera wszystko co tęczowe, „europejskie” i postępowe.



Teraz bowiem jest mur, mur na granicy, który będzie wielkim przekrętem obozu władzy, bo przecież tamta władza, czyli PO, w czasie gdy budowała autostrady, rozliczała się ze wszystkiego co do złotówki. Bagatela, według raportu ABW („tamtego” ABW) wyparowało wtedy nie wiadomo gdzie 20 mld złotych. Oczywiście Koalicja Obywatelska zamierza głosować przeciwko budowie muru na granicy, co już zapowiedział lider PO. Nie dość, że Tusk nie ma żadnego programu, już nawet nie dla Polski, ale dla swojej partii nawet, to nie ma również choćby jednego dobrego pomysłu na uderzenie w PiS jakąkolwiek narracją. Jest zresztą jeszcze gorzej, bo Platforma traktuje swoich wyborców jak kretynów, wmawiając im, że za chwilę Polska opuści Unię, więcej, że ona już ją opuszcza. Nie ma po tamtej stronie żadnej analizy, już nie tyle nawet propolskiej, bo tego nikt nie oczekuje, ale choćby chłodnej, politycznej oceny dotyczącej owych unijnych „porządków”, jakie Bruksela i Berlin chcą zaprowadzić w Polsce. Że to się po prostu skończy ubezwłasnowolnieniem naszego państwa, powstrzymaniem jego rozwoju, a wtedy, nawet gdy dojdzie do zmiany władzy, to nowa ekipa będzie jedynie zwykłym popychadłem, skundloną klasą polityczną, której zagranica będzie dawała ochłapy, by ona sama była w miarę syta i zadowolona.


Jeśli jest jakiś patent na zdezorientowany elektorat, który brzydzi się prawicą, ale tak nie do końca, to ten patent polega na tym, żeby przekonać go do jednej prostej prawdy: dobrobyt w Polsce „reżimu” Kaczyńskiego jest zdecydowanie bardziej prawdopodobny niż w Polsce Platformy, bo wtedy stanie się ponownie kolonią Zachodu, który bez skrupułów będzie wyciskał z polskiej gospodarki i naszych kieszenie każde euro. Można sobie potępiać w czambuł rządy PiS, ale ostatnie sześć lat wywindowało Polskę do poziomu, z którego pozostała już tylko góra dekada, by zasiąść w grupie najbogatszych państw Europy. Może taka wizja przeraża Donalda Tuska, bo na pewno przeraża ideologów liberalnej demokracji, mrozi też Moskwę, bo nie taki plan Kreml i Berlin mają na Europę. Być może przyjdzie otrzeźwienie w Paryżu i Madrycie, być może, bo w Platformie Obywatelskiej z pewnością ono nie nastąpi. Tu, jak gdyby nigdy nic, kolejne dni i miesiące będą tracone na coraz bardziej groteskowe i żenujące narracje o strasznych rządach Prawa i Sprawiedliwości.


Tych oskarżeń jest tyle, a ich język jest tak prymitywny, że przestaje to po prostu działać. Umacnia jedynie twardy, wytresowany elektorat „Faktów”. W ostatnich dniach, program ten wzniósł się na wyżyny walcowania władzy. Obraz Polski, gdy „Fakty” dobijają już do końca emisji, jest nie tyle nawet fałszywy, tylko po prostu tak przygnębiający, tak porażający, że cała ta ciężka robota ludzkiej maszynerii zamienia się w groteskę. Tak jak w groteskę zamienił się wiec na Placu Zamkowym, tak jak groteskowe były od samego początku okrzyki Borysa Budki z trybuny sejmowej jako szefa PO. Tak jak groteskowe stało się hasło Tuska, że PiS to samo zło. Pomijając fakt, że Platforma bawi się Polską i naszymi polskimi losami, pomijając, że to wszystko w obliczu kryzysu na wschodniej granicy jest bardzo groźne, to na szczęście ta totalna opozycja właśnie odbija się od ściany. I doskonale widać jak groteskowe są kolejne narracje, które mają zniszczyć obóz władzy. Jeśli PiS dobrze wyczuwa nastroje społeczne, to powinien wiedzieć, że nadszedł wyborny moment do kontrofensywy.

niedziela, 19 września 2021

Wszystko uleci Panie Tusk

Daremne trudy Donalda Tuska, jego wolty i jeszcze bardziej zabawne te komentarze, stawianie pytań, czy Platforma zmienia kurs, czy otwiera się na Polskę powiatową. Wszystko co dzieje się od pewnego czasu w polityce ma charakter doraźny, obliczony jedynie na chwilowe skoki poparcia, nieśmiałe zerknięcia w stronę niezdecydowanych lub rozczarowanych jedną czy drugą partią. Zabieg szefa PO polegający na wrzutce o zmianie Konstytucji RP w sprawie warunków prawnych opuszczenia UE nie ma większego znaczenia i Donald Tusk raczej o tym wie. Wcale nie jest tak, że PiS musi tu pójść na jakiś dialog, choć oczywiście nie odrzuca rozmów na ten temat. Za tydzień lub dwa wrzutka zdechnie, choć ożywi ją za chwilę zaplanowane na 22 września orzeczenie TK w sprawie dotyczącej wyższości polskiego prawa konstytucyjnego nad prawem unijnym. Oczywiście znowu pojawi się Polexit, choć tak naprawdę rzecz dotyczy ochrony suwerenności Polski przed próbą porządkowania przez UE, KE i TSUE obszarów, gdzie Traktaty Europejskie nie sięgają. Tłumaczenie tego, choć ważne, jest też mało skuteczne, bo wszystko ulatuje, a propaganda mediów wolnych od Polski straszy biedą, utratą funduszy, no po prostu już żadnych nowych dróg nie będzie, a ze sklepów znikną ulubione przysmaki mieszkańców Wilanowa.   

 

Platforma może sobie nawet zorganizować konwencję w platformerskiej wsi (o ile taka jest), jej lider może modlić się z rolnikami w kościele o dobre, przyszłoroczne zbiory, ale wszyscy (no prawie wszyscy) wiedzą, że to jest partia wielkomiejska i taka pozostanie. Tam ma elektorat i żadnego nowego już nie pozyska, chyba że PiS zaliczy jakąś wyjątkową klęskę. Wszystko uleci, bo takie mamy czasy - niespokojne, w których dzień z dniem skleja się w jeden wielki szum informacyjny. Przebić się przez niego, wrzucić nową narrację, narzucić ją przeciwnikowi, zapełnić newsem media na dłużej niż tydzień stało się nie lada wyczynem. Marta Lempart idąc ulicą w Bielsku – Białej usłyszała od przechodnia swoje „wypier….” To puenta jej protestu. „Białe miasteczko” znika z powodu tragicznego zdarzenia – to oficjalnie, ale tak naprawdę, ten protest po prostu nie chwycił, a żądania z kosmosu wkurzyły niemałą część opinii publicznej. To też uleci. Podwyżki oczywiście będą, ale nie takie jakie sobie wymarzyli protestujący.

 

W polityce ma się gotować, nieważne o co i po co, byle było głośno. Tak długo jak się da, a długo się nie da, bo elektorat ma nadmiar wszelakich zdarzeń, newsów i „wstrząsających” wypowiedzi ludzi władzy, do znudzenia przytaczanych w „Faktach” TVN. Jest oczywiście nadzieja, że w końcu coś zatrybi, ale póki co słabo to idzie. PiS ma wymierne sukcesy w polityce społecznej i w gospodarce, więc elektorat partii jest niewzruszony i stabilny. Nawet blokowanie środków unijnych tego nie zmieni, o czym zresztą w Brukseli wiedzą, więc cała ta gra obliczona jest jedynie na podgryzanie obozu władzy z każdej strony, w każdej sprawie, z nadzieją, że dotrze się w końcu do fundamentów tego „nieznośnego” poparcia. Nowe szaty Tuska w Płońsku, co by nie mówić, były jednak urocze i zabawne. Chociaż tyle i aż tyle.   


piątek, 10 września 2021

Wszystkie działa wycelowane w PiS

 Bruksela chce wreszcie rozwiązać kwestię pisowską w sposób ostateczny. A w zasadzie chce to uczynić Berlin, bez zgody którego Komisja Europejska nie poszłaby na otwartą wojnę z Warszawą. W gruncie rzeczy gra toczy się teraz o to, czy kary i unijny szlaban na kasę, przy akompaniamencie wewnętrznej kampanii nienawiści i hejtu na PiS, zniechęcą w końcu Polaków do obozu władzy na tyle, by rząd podał się po prostu do dymisji, albo „wywinął” w odwecie taki numer, który w oczach wyborców przekreśli jego dorobek i zniszczy nadal wysokie poparcie społeczne. Poluje się więc na każdy antyunijny przecinek, na każdą „brukselską okupację”. Tak absurdalnej sytuacji politycznej jak w Polsce daremnie szukać gdziekolwiek. Opozycja realnie opowiada się za destabilizacją na granicy państwa, mówiąc jednocześnie o złowrogim reżimie Łukaszenki. Amerykańskie media nadające w języku polskim przez dwa tygodnie realizują narrację Łukaszenki, który jest przecież wrogiem NATO i wrogiem USA. Politycy z Platformy tryumfują w sytuacji, gdy pada zapowiedź kar dla Polski, głosząc jednocześnie, że to PiS prowadzi antypolską politykę. A do tego część społeczeństwa (wcale niemała) podziela zdanie upadłego człowieka, że żołnierze pilnujący naszego bezpieczeństwa to śmieci.



Jaskółka nadziei już tylko w tym, że Platformie i Brukseli pozostało niewiele armat, z których mogą odpalać kolejne pociski wymierzone nie tyle w PiS, co w Polskę i Polaków. Co jeszcze bardziej absurdalne dzieje się to ku uciesze części społeczeństwa, które ogarnięte jest amokiem. Fani PO czy Lewicy z chęcią zobaczyliby w Warszawie wprost rządy Berlina, Brukseli, kogokolwiek właściwie, byleby nie były to dalej rządy Kaczyńskiego. Ci wyborcy zostali tak wytresowani przez ichnie media, że nadal postrzegają Zachód i Unię Europejską jako mityczny twór wspaniałych, demokratycznych wartości, rządów prawa, tolerancji i wolności. Układ dziś stricte polityczny i siłowy postrzegają jako wspaniałomyślną organizację, która wbrew zdrowemu rozsądkowi niepotrzebnie zwleka z sankcjami, karami, w ogóle z wykończeniem tego pisowskiego państwa. Bo gdy ono zostanie wykończone, wtedy powróci prawdziwa demokracja i „wolność” - katolików się opiłuje, a pisowców obejmie się infamią. Oczywiście bakłażany zastąpią kiełbasę. Kto nie będzie jadł bakłażanów, będzie chłostany aż do skutku.


Żywioł polski zmaga się z agresją obozu, który trudno nawet już nazywać, bo większość nazw została zbanalizowana. Na nikim dziś nie robią wrażenia takie określenia jak obóz zdrady czy obóz brukselski. Ale to jest na pewno obóz antypaństwowy, bo nie atakuje się własnego państwa, nie zachęca się zagranicy do nakładania kar w imię własnych interesów politycznych. Nikt tak w Europie nie robi. Odwrotu od tej szaleńczej pogoni opozycji za władzą już nie ma. Liderzy PO są przekonani, że koniec PiS jest rychły, że z pomocą Berlina, Brukseli i Tuska wykończą tę znienawidzoną władzę. Owszem, ta władza nie jest idealna, listę grzechów i zaniechań mogą wyliczać jej zwolennicy i przeciwnicy, ale nie widzieć tego, że niszczy się przy okazji własne państwo, jest grzechem niewybaczalnym, śmiertelnym. Czy dlatego kilkunastu polityków Platformy nie głosowało za uchyleniem stanu wyjątkowego? Oby. Kiedy odrzuci się medialny bełkot TVN, prowokacyjne artykuły Wyborczej w wydaniu Bartosza Kramka, każdy, dosłownie każdy zobaczy, że jesteśmy świadkami agresji, która ma przeciąć nie tylko rządy PiS, ale także nasz samodzielny byt państwowy. Kto tego nie widzi jest idiotą lub głupkiem, kto widzi i udaje, że nic takiego się nie dzieje, stoi po stronie agresorów, występuje przeciwko własnemu państwu.


Na razie nie bardzo wiadomo, jaki jest cel wizyty Angeli Merkel w Warszawie, poza już śmiałą próbą „wpadnięcia” do Prezydenta RP bez dyplomatycznej zapowiedzi. Kanclerz spotka się więc z premierem Mateuszem Morawieckim i będzie to być może ostatnia szansa na porozumienie, co wydaje się wręcz optymalne dla interesów gospodarczych Polski i Niemiec, a niekoniecznie dla Unii Europejskiej i jej biurokratów. Mówiąc wprost, albo Niemcy odłożą w czasie swój apetyt na Polskę, albo zrobią wszystko, by PO jak najszybciej przejęła władzę i ustanowiła w Polsce rządy europejskie, czyli niemieckie. Berlin sporo ryzykuje, chcąc obezwładnić PiS, bo w takiej strategii nie sposób przewidzieć reakcji społeczeństwa. Dziś, i w siedzibie KO i w siedzibie Kanclerz Niemiec panuje najwyraźniej przekonanie, że koniec PiS jest bliski. Powinni o tym porozmawiać z Michałem Kamińskim.

niedziela, 18 lipca 2021

Nowa wizja wywrócenia Polski

 Reporterka „Faktów” biegała dziś ze swoim smartfonem wśród polityczek PO by oceniły „zbrodnię” marszałek Sejmu Elżbiety Witek, której dokonała na wiecu z mieszkańcami. Jak to bardzo jest już przewidywalne, co zrobi ta stacja, gdy Twitter podniesie larum na PiS. Jak bardzo przykleiła się do opozycji i to nie są bynajmniej słowa krytyki. Wolno im. Ale to nie są żadne „wolne media”.

Rysuje się natomiast szerszy obraz skutków powrotu Donalda Tuska do Polski, powstaje wręcz panorama zdarzeń i możliwych scenariuszy na przyszłość. Wypłakuje się już na łamach gazety Robert Biedroń, że Rafał Trzaskowski został bardzo źle potraktowany przez byłego premiera, a co poniektórzy wpływowi politycy PO widzą jednak w Trzaskowskim swojego lidera a nie w Tusku, co zakończy się pewnie ich „uciszeniem”. Już jutro p.o. szefa Platformy przedstawi kolejną odsłonę swojej „wizji” Polski na drodze do „załatwienia” rządów Prawa i Sprawiedliwości. Używa takich określeń, bo jego wyborcom nic tak się nie marzy jak „załatwienie” PiS – przed czasem, nie poprzez demokratyczne wybory, tylko poprzez wywołanie awantury społecznej, totalnego konfliktu. Co więcej, ci wyborcy chętnie przyjmą z powrotem politykę nic nie robienia, dziurawego administrowania i „serdecznego” uścisku Berlina. Trzy dekady trwała obróbka ich umysłów, by wpoić im, że wszystko co polskie jest gorsze, że duma to nacjonalizm, że wstyd jest uczuciem, od którego trzeba zacząć wychodzenie z ciemnogrodzkiej pieczary. Donald Tusk nie musi właściwie nic mówić, co łączyłoby się z wizją przyszłych rządów. Chce zniszczyć PiS i to jest zarówno jego cel osobisty jak i wyznaczony mu zapewne przez liberalny Zachód.

Może więc do woli epatować wyborców Złem, które sieje po kraju PiS, może brutalnie usuwać lub uciszać polityków stojących ma na drodze z własnego obozu politycznego, bo tego chce jego lud. Nie ma tu miejsca na program, tak jak nie było go zresztą po 2007 roku, poza mglistą wersją europejskiej, nowoczesnej Polski. Nic się za tym nie kryło, poza dezercją w polityce zagranicznej i wyprzedażą majątku narodowego obcemu kapitałowi, często wbrew jakiejkolwiek logice. Agresja – to jest dziś program byłego premiera dla Polski. Jeśli uda się dzięki niej odsunąć PiS od władzy, główna przeszkoda do wywrócenia Polski zostanie pokonana. W tej sytuacji, jakiekolwiek dalsze targi w Zjednoczonej Prawicy są samobójcze. Donald Tusk doskonale czuje nastroje swoich wyborców, którzy szczerze nienawidzą rządów Prawa i Sprawiedliwości oraz ich zwolenników. W przeciwieństwie do części polityków PO, a także PSL czy Lewicy chce budować całą politykę na wrogości i nienawiści, a nie na demokracji. Nie ma miejsca na żadne kompromisy. Przyszłość samej Platformy nie jest mu obojętna, ale samo jej wzmocnienie ma służyć jedynie wywróceniu kraju. Na gruzach obecnego porządku przyjdzie czas na ustalenie podziału łupów. Taka to jest mniej więcej wizja Polski Donalda Tuska. Niestety, całkiem realna, jeśli po drugiej stronie nie będzie autentycznej mobilizacji i odpuszczenia sobie jakichkolwiek własnych ambicji przynajmniej do wyborów parlamentarnych. Bruksela i Berlin czekają z upragnieniem na polityczny chaos w Polsce, na zmianę władzy, bo coraz bogatsza Polska ma się czym dzielić. A najlepiej, gdyby dzielono stamtąd, a nie z Warszawy. Nie ma zmiłuj się obozie władzy, to jest wojna.

piątek, 9 lipca 2021

Worek kłamstw Donalda Tuska

 Wpadł i wypadł, ale udziela wywiadu skarbnicy prawdy i mówi, że chce przywrócić w Polsce przyzwoitość. Osobliwe, jeśli weźmie się pod uwagę sytuację, w której rugał niepokorne rodziny ofiar Tragedii Smoleńskiej. Przykładów przyzwoitości Donalda Tuska można by podać całe mnóstwo, ale ta cała sytuacja z jego „powrotem” do polskiej polityki już stała się farsą. Bo też od samego początku była to zamierzona farsa, oparta na prymitywnych wistach, prowokowaniu, pohukiwaniu na swoich i PiS, teatralnych gestach i gestykulacji z mównicy, która powinna bardzo źle kojarzyć się wszystkim ludziom „miłującym” demokrację. Tusk przywiózł worek kłamstw o współczesnej Polsce i także o dokonaniach swojego rządu, a wszystko tylko po to, by sprowokować drugą stronę do frontalnego ataku. Do tego wszystkiego – nie wiedzieć czemu – funkcjonuje w rodzimej polityce przekonanie, że jest zawodnikiem wagi ciężkiej, że tylko on może zachwiać władzą PiS lub wręcz ją obalić, bo obalenie a nie wyborcze zwycięstwo to jest to, co demokraci z PO lubią najbardziej.


Pierwsza odsłona jest za nami i widać już teraz, że ta prosta konstrukcja oparta na frontalnym ataku i prowokacji nie bardzo byłemu premierowi wyszła. Można wręcz powiedzieć, że poza hukiem niemal we wszystkich mediach, odzew na Tuska był słaby, dużo poniżej oczekiwań. Nie ma w tym nic dziwnego, bo życie publiczne w Polsce nie koncentruje się wokół twardej polityki. Tylko za sprawą mediów i portali społecznościowych polityczny kocioł cały czas wrze, cokolwiek by się nie działo. Jak się nic nie dzieje, to kolejny, absurdalny wpis Klaudii Jachiry staje się wiodącym tematem wtorkowego czy środowego popołudnia. W czwartek już nikt o nim nie pamięta. Oczywiście, Donald Tusk nie da o sobie zapomnieć i ma zapewne przygotowane kolejne odsłony swojej wojny z Polską.


A moment, w którym to wszystko się dzieje, jest kluczowy i to z kilku powodów. Po pierwsze wali się na naszych oczach cała architektura Unii Europejskiej, tym razem już bez możliwości jakiegoś resetu, powrotu do zasad, które były przestrzegane jeszcze dekadę temu. Po drugie, Polska rzeczywiście znalazła się w trudnym położeniu geopolitycznym po zwycięstwie Bidena i po obraniu ostrego kursu przez Berlin wobec Warszawy. To nas osłabia, ale z drugiej strony mamy przed sobą co najmniej pięć lat wysokiego wzrostu gospodarczego, który przełoży się na awans Polski do największych potęg gospodarczych Europy. Byłoby wielką naiwnością sądzić, że Zachód kibicuje nam, by tak się właśnie stało. A już na pewno nie pod rządami narodowo – konserwatywnymi, jak mawiają przyjaźni nam niemieccy dziennikarze.


Może być więc tak, że poza ratowaniem PO przed samounicestwieniem, Donald Tusk – kiedy uporządkuje już do końca własne podwórko – zajmie się na poważnie destrukcją i niczym więcej. I nie warto nawet pytać, czy to jest obliczone na zablokowanie środków z Funduszu Odbudowy czy tylko na obalanie rządów PiS. Tak czy inaczej, destrukcja jest tu celem samym w sobie, bo podporządkowanie sobie przez Donalda Tuska Platformy jest dla niego jak widać dziecinną igraszką: pochowani, wystraszeni, zamieszczający pochwalne wpisy na rzecz wodza jak za Bieruta – dosłownie paraliż. Destrukcja państwa, a potem dopiero zgarnięcie całej puli - tak to wygląda z perspektywy dotychczasowych działań Donalda Tuska. Warto więc myśleć o tym, jak te działania zatrzymać, jak się im przeciwstawić, bo to jest nowa sytuacja, z jaką nie mieliśmy jeszcze do czynienia po 1989 roku. Destruktor nie jest zawodnikiem wagi ciężkiej, jest po prostu destruktorem i zwykłym szkodnikiem. A że przy okazji rozum odebrało wielu dziennikarzom i politykom, to już temat na odrębne rozważania.

sobota, 3 lipca 2021

Misja ratunkowa Tuska

 

Sytuacja nie do pozazdroszczenia, gdy wchodzi się na mównicę i trzeba porwać tłumy, wyzwolić energię, przykryć czapką Rafała Trzaskowskiego, wyrwać Szymonowi Hołowni elektorat i odmłodzić się jeszcze samemu o jakieś dwadzieścia lat. To musiał dziś zrobić Donald Tusk i co by nie mówić prawie tego dokonał. Ale za jaką cenę? Język PO i tak na co dzień jest pełen nienawiści do wszystkich, którzy głosują na PiS, nie wspominając już o politykach partii rządzącej, bo to przecież standard od 2005 roku. Donald Tusk, chcąc nie chcąc, musiał pójść o krok dalej, a nawet dwa, musiał udowodnić, że jego bezwzględność, nienawiść i pogarda do PiS i jego wyborców weszła na dużo wyższy poziom. Niczym Che Guevera, pokazał, że można być jeszcze bardziej brutalnym dla przeciwnika, że trzeba go po prostu zlikwidować. Użył  sformułowania, że trzeba ich załatwić. To język z filmów akcji i nie chodzi tu o demokratyczne wybory, tylko o dintojrę. Trzeba przyznać, że w tej roli Donald Tusk wypadł naprawdę bardzo wiarygodnie. Albo taki jest, albo tylko dobrze odegrał rolę, którą mu wyznaczono.   

 

Nie ma sensu powtarzać i tym samym nagłaśniać ekstremalnego języka pogardy i nienawiści byłego premiera, który sam ma w tej materii niebywały dorobek. Faktem natomiast jest, że w obliczu wystąpienia Donalda Tuska bledną inwektywy Borysa Budki, a likwidacja TVP INFO Rafała Trzaskowskiego to niegroźne pieszczoty w porównaniu z wojną jaką zapowiedział tak zasłużony dla Niemiec polityk. Bo tu chyba jest pełna zgoda, że bardziej dla Niemiec, niż dla Polski. Ale kluczowe jest pytanie, po co i dlaczego Donald Tusk zrobił coś, przed czym wzbraniał się z tysiąc razy, bo przecież byłby obciążeniem dla opozycji. Dziś już nie jest. Dziś zepchnął do narożnika Rafała Trzaskowskiego, choć zapewne  przydzielono mu już tekę po ewentualnym zwycięstwie wyborczym. Z przymrużeniem oka należy traktować póki co te wszystkie straszne podziały w PO, choć prezydentowi Warszawy podcięto skrzydła.

 

Donald Tusk objął stanowisko p.o. szefa partii w starych dekoracjach, które właśnie teraz chcieli zburzyć „młodzi” platformersi, w perspektywie dostrzegając jeszcze potencjalny sojusz z ruchem Hołowni. Są tylko dwie opcje dotyczące tego „powrotu”. Jedna wiąże się ze zmianami politycznymi w Europie, a już szczególnie w Niemczech. Po jesiennych wyborach nie będzie już Angeli Merkel, a w nowym rozdaniu politycznym istotną rolę będą odgrywali zapewne Zieloni. Wyprzedzając te zdarzenia, Tusk już dziś lamentował na temat polityki klimatycznej i to była jedyna jako tako merytoryczna część jego wystąpienia. Być może przypadek, ale to nie było przypadkowe wystąpienie, w żadnym razie. Poza tym, wizja Europy z pozycji Niemiec czy Francji wyklucza Polskę rządzoną przez PiS. Może Donald Tusk musiał po prostu „wrócić”.

 

Ale jest jeszcze druga, bardziej banalna opcja, bez jakiejś większej, przemyślanej  strategii. To po prostu doprowadzenie do chaosu politycznego w Polsce, tak dużego, by na gruzach obecnego porządku politycznego wprowadzić prawdziwy zamordyzm po „europejsku”. Z odwetem i z gigantycznym skokiem na kasę. Skokiem od wewnątrz i z zewnątrz. Choćby wyprzedaniem polskich gigantów energetycznych, choćby błyskawiczną likwidacją energetyki węglowej, by w to miejsce weszła „zielona energia” z Niemiec. „Załatwienie” PiS nie jest celem samym w sobie, to tylko droga do celu, jakim jest pacyfikacja Polski jako samodzielnego bytu gospodarczego i politycznego. W żadnym innym przypadku nie wysłano by Donalda Tuska z misją ratunkową do Polski, w żadnym innym przypadku Donald Tusk nie wróciłby tak po prostu na fotel szefa PO. Może to jest prawdziwą przyczyną tego, że dostaje, jak mówi,  furii. Inna sprawa, że ta jego furia staje się dziś bardziej groteskowa niż złowroga.

wtorek, 8 czerwca 2021

Jak nie koniec historii, to koniec demokracji

 Jaki smutek ogarnia nas, orędowników wielkiej, wspaniałej Ameryki, gdy jej afroamerykański syn, były prezydent Barack Obama, tak brutalnie odsłania prawdę o Węgrzech i Polsce – krajach, które sprzeniewierzyły się postępującej w całym demokratycznym świecie, jedynie słusznej i niezastępowalnej demokracji liberalnej, tej demokracji, która być może jest właśnie owym zwieńczeniem „końca historii” spisanej ponad trzy dekady temu przez Francisa Fukuyamę. A więc jednak rządy autorytarne. Barack Obama nie miał nic istotnego do powiedzenia po Tragedii Smoleńskiej, a o rezygnacji z budowy tarczy antyrakietowej w Czechach i w Polsce poinformował nas w tym tak pogodnym dla Polaków, historycznym dniu 17 września. Jego stwierdzenie o „polskich obozach śmierci” oczywiście oburza, ale przecież to tutaj, nad Wisłą, jest silna grupa historyków, którzy dopisują nam kolejne zbrodnie na Żydach, a płaci im za to polskie państwo. Poza tym, Niemcy nigdy nie byli nazistami, to chyba już wyjaśniono w świecie prawdy liberalnej ponad wszelką wątpliwość.


O ile jeszcze po wystąpieniu Donalda Trumpa na placu Krasińskich, wsparciu, jakiego udzielił idei Trójmorza, asertywnej polityce wobec Niemiec i realnej wobec Rosji, można było snuć nadzieje, że mamy sojusznika, który nie chce „oddać” Polski w ręce dwóch wielkich sąsiadów, o tyle już po pięciu miesiącach prezydentury Joe Bidena widać wyraźnie, że dobre czasy dla polskich aspiracji w Europie się skończyły. Żadnego wsparcia politycznego USA dla Polski w opozycji do Rosji czy hegemonistycznych dążeń Niemiec już nie będzie. Pretekstem jest lub będzie brak demokracji, brak poszanowania praw LGBT+, zamach na sądy i narastający antysemityzm. To też się wkrótce pojawi, bądźmy pewni. Obama powiedział to, co na razie nie za bardzo wypada powiedzieć Bidenowi, więc tych słów nie należy lekceważyć. I trzeba od razu dodać, że gdyby w Polsce rządzili znowu orędownicy panujących w Europie Niemiec, to Biden realizowałby dokładnie ten sam scenariusz, używając jedynie innych argumentów. Choćby takiego, że Polska jest tak wspaniałą i niezagrożoną niczym demokracją, a Rosja jest tak potrzebna Ameryce w globalnym starciu z Chinami, że my w tym wszystkim możemy odegrać bardzo ważną rolę jako przykład państwa, które po latach „zimnej wojny” z Moskwą, wraca na ścieżkę partnerskiej i przyjaznej współpracy. Może nawet odkurzono by słynny dokument BBN o bezpieczeństwie narodowym z czasów Bronisława Komorowskiego.


Fakt, że dobre czasy dla naszych europejskich aspiracji się skończyły nie oznacza wcale, że nie możemy ich realizować. Polska jest dziś zupełnie innym krajem niż dekadę temu, a mowa oczywiście o potencjale gospodarczym. Nie jest on jeszcze na tyle duży, by gwarantował nam głos współdecydujący o losach kontynentu, ale wystarczający, by wykorzystać go w grze o stabilną i mocną pozycję w Europie, niezależnie od tego, co powie lub zrobi Biden, Putin, czy następca Merkel. Póki co, Rosja nie napadnie na Polskę, wystarczy jej na razie Białoruś i być może zwasalizowana Ukraina. Zresztą decyzje o tym zapadną ponad głowami Ukraińców, niezależnie od tego, co powie w lipcu Bidenowi prezydent Zełenski. Żołnierze US Army z Polski nie wyjadą, ale kurs na budowę w środku Europy niezależnego od Rosji i Niemic geopolitycznego obszaru już został zatrzymany, a przynajmniej nie będzie miał istotnego wsparcia, gdyż inne są priorytety Stanów Zjednoczonych, bynajmniej nie od 20 stycznia tego roku, tylko znacznie wcześniej, gdy na horyzoncie pojawił się nowy wielki gracz, czyli Chiny. Świat Zachodu się liberalizuje i komunizuje, a póki co, w Warszawie, nie ma na szczęście rządu, który dołączyłby do tej katastroficznej w skutkach utopii.

piątek, 4 czerwca 2021

Przytulanie Donalda Tuska

 Jeśli wróci, może być już za późno dla Jarosława Gowina na cokolwiek. Jeśli wróci, Borys Budka, który emanuje energią i optymizmem, popadnie rychło w depresję. Duży kraj, ogarnięty gospodarczo, wbrew pozorom, niezwykle stabilny i przewidywalny, targany jest medialną wrzawą, wręcz orgazmem części polityków i dziennikarzy, gdy na horyzoncie zjawia się Donald Tusk, a wokół niego huczy od plotek, że jednak wraca, że przejmie PO, że przejmie opozycję, że po prostu przejmie Polskę. Daremne były poranne wysiłki redaktor Agaty Adamek, by wydusić z szefa Europejskiej Partii Ludowej jasną deklarację, że właśnie dziś, właśnie 4 czerwca, w tak symbolicznym dniu „policzmy głosy”, odpali zapowiadaną „bombę” i powie „sakramentalne” tak. Nie powiedział, a czas wywiadu szybko minął, co z niemałym żalem wyraziła już po jego zakończeniu prowadząca. To jest cały czas ta sama zgrywa, to samo straszenie, i swoich i obcych, że jak dalej będzie tak źle, albo jeszcze gorzej, to ja „przywrócę demokratyczny ład”. To byłby z pewnością niepolski ład, ale niepolskie bycie i życie w Polsce ma swoich zagorzałych zwolenników. Jest to tak na oko jedna czwarta narodu, która z narodem nie chce mieć zbyt wiele wspólnego, jako z gruntu ciemnym i zacofanym.


Tę zagadkę „wróci, nie wróci” można łatwo rozwiązać, słuchając Grzegorza Schetyny. A były szef PO powiedział dziś, że powrót Donalda Tuska jest możliwy, że w zasadzie on czeka na to. Co należy oczywiście czytać dokładnie odwrotnie, że jest nierealny, zbędny i przeciwskuteczny. A jest tak, ponieważ tego powrotu wcale nie łaknie sama szpica PO, poza tymi, którzy sądzą naiwnie, że mogliby się ogrzać w blasku wybawcy. Szpica nadal marzy o tym by po prostu ocalić PO, ale nie za cenę jakiejś nowej, mitycznej formacji, którą wygenerują wspólnie Trzaskowski i Hołownia. Tu Donald Tusk okazał się dziś być realistą i skarcił Prezydenta Warszawy: „jeśli budujemy coś nowego, niekoniecznie musimy niszczyć albo unieważniać to, co w tej chwili funkcjonuje na scenie.” Dosadniej nie można, choć… oczywiście można. Innymi słowy, może kiedyś, kiedy już PiS będzie szorował dno, może właśnie wtedy będzie ta przyszłość, w której należy odpalić nową formację, odnowy III RP, której będzie patronował Donald Tusk.


Póki co, także wbrew przewidywaniom zwolenników obozu władzy, nie zanosi się na rychły koniec Platformy Obywatelskiej. Do najbliższych wyborów samorządowych i parlamentarnych taki scenariusz jest wręcz nierealny. Koalicja Obywatelska rządzi w wielu regionach i dużych miastach, może się marzyć Rafałowi Trzaskowskiemu wielki campus z udziałem prezydentów Gdańska, Poznania czy Wrocławia, ale nie wszyscy liderzy tej formacji chcą tak radyklanego zwrotu politycznego. Stara PO jest zasiedziała, poukładana lokalnie, czerpiąca niemałe profity ze sprawowania władzy w samorządach, komu tam jest potrzebna liberalna rewolucja? Będzie więc trwanie na przetrwanie i raczej czekanie na to, że druga strona się jednak posypie, a wtedy powstanie „demokratyczna większość” i w Sejmie i w Senacie, z naszym premierem i z naszym prezydentem. Donald Tusk, tak po ludzku, jest człowiekiem zmęczonym polityką, był już nawet nią zmęczony pod koniec drugiej kadencji rządów PO/PSL. Teraz nie jest z pewnością zbyt zmęczony, ale nie widać u niego nawet cienia entuzjazmu i podniecenia, gdy słyszy pytanie o swój powrót do polityki krajowej. Z prostego powodu: polityka krajowa na tym etapie jest dla Donalda Tuska zbyt awanturująca się. A dziś przecież sam mówił o potrzebie większej czułości. Na razie może więc przytulić Olgę Tokarczuk.


piątek, 14 maja 2021

Borys wychodzi, Szymon wchodzi

 Gdyby łazik Perseverance, z jakichś bliżej nieznanych nikomu powodów, nagle zawiódł i przestał prowadzić swoją arcyważną misję marsjańską, jest jeden człowiek, który by temu zaradził, więcej, on by powiedział stąd, z Warszawy lub z Płocka, co się łazikowi stało, i co trzeba zrobić, żeby znowu działał. Ten lider mówi nam od wielu tygodni: - My wiemy jak! Fenomen tego człowieka, bo przecież nie jego ruchu (ruch taki sobie jak wiele innych) zdumiewa i rodzi poważne obawy o stan umysłów części polskich wyborców. Nie jest to ocena pozbawiona pewnych racjonalnych podstaw, pomijając oczywisty fakt, że część z nich, zwanych kiedyś lemingami, straciła po prostu wiarę w to, że to Platforma obali PiS, i - co całkowicie zrozumiałe - ujrzała swojego wybawcę w Szymonie Hołowni. Postaci, która co kilka dni lub co kilkadziesiąt godzin siada przed monitorem i uprawia słowotok-bełkot składający się z wszystkich niemal popularnych narracji, miłych dla ucha całego szerokiego centrum i lewego skrzydła także jak najbardziej. Bo to jest trochę tak z Szymonem Hołownią, że on, niczym komiwojażer puka do naszych drzwi i dziś mówi, że ma właśnie do sprzedania Biblię, a już następnego dnia wpada, dajmy na to, z „dziełem” „Epizody wojny rewolucyjnej” Ernesto Che Guevary i gotów jest przekonywać nas, że autor też wiedział „jak”. Nie ma rzeczy niemożliwych dla nowego lidera politycznego. Jako komiwojażer przyniesie nam zawsze wprost pod drzwi dobrą nowinę, podsunie rozwiązanie na likwidację mrówek w kuchni i naprawę marsjańskiego łazika. Jak to jest możliwe w Polsce – 30 lat po Stanie Tymińskim, doprawdy trudno pojąć. Ale pewne jest, że Szymon wchodzi, a Borys już wychodzi.


Bo właśnie Borys Budka, walcząc na lewo i prawo, ogniem i mieczem, by nikt nie wychodził, by już tylko tych kilku prawych brakowało do magicznej liczby 276, jednocześnie wystawia za drzwi dwóch, bynajmniej nie anonimowych posłów, sam zbliżając się nieuchronnie do tego, że w końcu to jego wystawią za drzwi. Borys Budka - samobójca polityczny, tak to wygląda z perspektyw dzisiejszego popołudnia. Jeśli wyrzucenie z Platformy Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego miało „przykryć” prezentację „Nowego Ładu” Prawa i Sprawiedliwości, to cena jest dość wysoka, a to zapewne tylko przedsmak tego co nas czeka, skoro właśnie inny lider PO rozpoczął w Opolu biesiadowanie na skrzynkach i nie są to bynajmniej narady pracowników sadu przed zbiorem jabłek. Borys Budka idzie jak burza, co więcej, to szybkie cięcie konserwatywnego skrzydła w partii, zamiast wystraszyć innych buntowników, może jedynie przyspieszyć dekonstrukcję największej partii opozycyjnej w polskim parlamencie. Borys Budka wychodzi z wielkiej polityki, choć tak bardzo chce być w niej wielkim aktorem, głównym rozgrywającym. Zdezorientowanym mieszkańcom Wilanowa pozostaje dzisiaj tylko siąść po północy w restauracyjnych ogródkach i podjąć życiową decyzję: Szymon albo Rafał. Rafał oczywiście pokona Szymona, ponieważ on z kolei jest uosobieniem ideału wyborców PO. Im mniej zajmuje się Warszawą, a właściwie to przecież wcale, tym bardziej jest idealny. Im więcej i częściej mówi „to rząd”, „obalić PiS”, „natychmiast”, tym większe budzi zaufanie i aplauz. Pomysłu na Polskę i rządzenie nie ma, ale przecież Platforma w tej konwencji rządziła osiem lat i było całkiem fajnie, Była wtedy fajna Polska, co zauważył Tomasz Lis. Tylko romantyczna Monika Olejnik martwi się jeszcze na serio na łamach „Wyborczej”, co to się dzieje z tą Platformą. A nic takiego: - Zmiany, zmiany, zmiany – jak mówił Dydała do Krzakoskiego w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”.


sobota, 8 maja 2021

Niewielkie smutki Borysa Budki

 Problemem Borysa Budki jest to, że zupełnie, ale to zupełnie, nie dostrzega swojej tragikomicznej sytuacji, w jakiej się znalazł ostatecznie po wtorkowym głosowaniu w Sejmie. Bo ta sytuacja była tragikomiczna już wcześniej, ale nie na tak dużą skalę. Nie jest to tylko efekt przysłowiowej „bańki”, w której dziś funkcjonują i politycy, i większość mediów, ba, znajduje się w niej nawet niemała cześć wyborców, zarówno tych od PiS i tych od PO. Dlatego można rzec, że niewielkie są smutki Borysa Budki, ponieważ nie będąc ani strategiem, ani wybitnym myślicielem politycznym, uważa najpewniej, że to co się wokół niego dzieje od kilku dni jest tylko chwilowym regresem, niewielką, wewnętrzną depresją działaczy jego partii. Borys Budka nie jest ogrywany tylko przez PiS, on jest cały czas ogrywany zarówno przez Rafała Trzaskowskiego, jaki i przez Grzegorza Schetynę. Mówiąc wprost, nikt tam nie traktuje już obecnego szefa poważnie. W tym sensie, nawet szkoda człowieka, że cały czas wydaje mu się, że czymś steruje, a tymczasem to nim sterują, z różnych zresztą stron sceny politycznej. Politycy Platformy chodzą po studiach telewizyjnych i zapewniają, że linia partii jest słuszna, tymczasem wiedzą doskonale, że PO czeka przebudowa i to na wielką skalę.

Gdyby było naprawdę inaczej, Koalicja Obywatelska od czasu przegranych wyborów prezydenckich zrobiłaby choć jeden krok w kierunku uporządkowania swoich szeregów, wytyczenia sobie jakichkolwiek celów ideowych, politycznych, oczywiście poza obaleniem rządu. Postąpiłaby w ten sposób każda racjonalna partia, a przecież PO nie jest zgrupowaniem wariatów. Tymczasem, powstał ruch „Wspólna Polska” Rafała Trzaskowskiego, w sukurs idzie mu projekt „Campus Polska Przyszłości”, i to wszystko ma niby działać na rzecz jedności Platformy? Także spotkania Trzaskowski – Biedroń? Głosowanie (w praktyce) przeciw ratyfikacji Funduszu Odbudowy?


Wygląda to trochę tak, jakby ktoś skutecznie dążył do tego, by toczący się jeszcze całkiem nieźle po drodze samochód, rozebrać na części i to w trakcie jego jazdy. Demontaż już się rozpoczął, ponieważ PO nie spełniła oczekiwań nie tyle swoich wyborców, co swoich przeróżnych mocodawców, zarówno tych wewnętrznych jak i zewnętrznych. Przesadą jest twierdzenie, że Platforma za chwilę się rozsypie, że wszyscy pójdą do Hołowni, albo do nowej formacji Trzaskowskiego. To jest duża organizacja, z szerokimi kadrami i co najmniej wątpliwe są zachwyty i strzelające korki od szampana po prawej stronie. W gruncie rzeczy, dla obozu władzy najlepszy jest ten permanentny marazm w Koalicji Obywatelskiej, przepychanki i wzajemne podgryzanie się liderów. Tym bardziej, że Lewica zrobiła krok w bok i nie jest wykluczone, że w jakiejś części jest skłonna na kolejne rundy rozmów z PiS. To się może nie podobać twardemu elektoratowi Prawa i Sprawiedliwości (także Lewicy), ale patrząc realnie na ruchy odśrodkowe w Zjednoczonej Prawicy, o wiele ważniejsze jest w tym momencie stabilizowanie sytuacji politycznej w Polsce i powrót do szybkiego wzrostu gospodarczego. Bo trzeba gonić, trzeba nadal gonić najbogatsze kraje Zachodu i to wcale nie po to, by je tylko dogonić, ale po to, by w efekcie, pod koniec tej dekady, realnie współdecydować o losach Unii Europejskiej i Europy, być po prostu ważnym partnerem do rozmów, takim, bez udziału którego nie podejmuje się ważnych decyzji. I doprowadzić do sytuacji, w której Berlin i Paryż, ale także Moskwa, nie będą rozgrywały meczu na naszym terenie, bez naszego udziału. Wystarczy już tego – można powiedzieć. Pojawiła się naprawdę realna szansa na to, żeby ograniczyć wpływ sił zewnętrznych na polską rzeczywistość.


Można wątpić, żeby Borys Budka miał tego świadomość, ale taką świadomość mają Rafał Trzaskowski i Donald Tusk. Mają ją też wszyscy ci na Zachodzie, którym do uprawianej od dekad gry geopolitycznej, Polska jest zupełnie niepotrzebna, wprost przeciwnie, przeszkadza im w budowaniu nowej Europy. Jakiej? Tu już są różnice zdań: od rosyjsko – niemieckiego duopolu po mityczną federalizację Unii czy wreszcie jeszcze szerszy projekt „zjednoczonej” Europy od Uralu po Madryt. Jeśli PiS, a w zasadzie Jarosław Kaczyński dał sygnał, że możemy wziąć udział w tej grze na jeszcze bardziej zintegrowaną Europę, to można chyba założyć, że stało się tak, ponieważ mamy szansę być w tym nowym układzie politycznym i instytucjonalnym istotnym graczem, a nie dlatego, żeby oddawać jeszcze więcej swojej suwerenności i ryzykować spłacanie długów za innych. Być może właśnie dlatego Lewica zasiadła do stołu, bo ten ruch może zaprocentować nie tylko w kontekście wyborów parlamentarnych.

Tym wszystkim kłótniom i nieporozumieniom z ostatnich dni i tygodni, trochę z boku przygląda się Ruch 2050 Szymona Hołowni, który lawiruje, kombinuje, uśmiecha się do każdego, kogo spotka na drodze, no może z wyjątkiem Konfederacji. I niestety, jest to kolejna mutacja, kolejna poczwara polityczna III RP, która chciałaby kontynuować kurs Donalda Tuska, podjęty w 2007 roku, oprawiony jedynie w zielone ramy chwytające młody elektorat. Przez to właśnie ruch ten, o ile utrzyma swoje wysokie dziś notowania, jest o wiele groźniejszy dla Polski niż Platforma Obywatelska. Stąd i i nie tylko stąd, naprawdę, niewielkie są smutki nie tylko Borysa Budki, ale całej PO.